Kubuś i przyjaciele. Dekoracje świąteczne

PUCHATKOWYCH ŚWIĄT!

 

Powoli zbliżają się Święta. Wprawdzie, kiedy piszę te słowa kończy się dopiero wrzesień, ale jak wiemy wszyscy z doświadczenia lat ubiegłych, już wkrótce w sklepach pojawią się pierwsze gwiazdkowe produkty i dekoracje. A co za tym idzie warto zacząć powoli myśleć o prezentach i gadżetach, żeby uniknąć późniejszej gorączki. Szczególnie takich, które pomogą w przygotowaniach. A ta przeurocza książeczka należy właśnie do nich należy!

 

Co konkretnie ma do zaoferowania? Jak mówi sam tytuł, w przypadku „Kubusia i przyjaciół. Dekoracji świątecznych” możemy liczyć na bożonarodzeniowe dekoracje właśnie. Pytanie co to oznacza w praktyce? Książeczka proponuje przede wszystkim mnóstwo naklejek i wypychanek. Na tym jednak nie koniec, bo w środku znalazło się także miejsce na porady, jak krok po kroku przygotować własną bombkę czy nawet upiec miodowe pierniczki. A wszystko to w utrzymane w Świątecznym klimacie i – oczywiście – otoczone całym wianuszkiem puchatkowych postaci, które lubi chyba każdy z nas, nie tylko dzieci.

 

Jak widać „Kubuś i przyjaciele. Dekoracje świąteczne” to znakomita propozycja dla miłośników misia o małym rozumku i jego przyjaciół. Szczególnie jeśli dziecko nie może już doczekać się świat i uwielbia ich atmosferę. A czy jest ktoś, kto jej nie uwielbia w młodym wieku? Niniejsza książka dobrze wykorzystuje oba tematy prezentując ciekawe i przydatne rzeczy, które wykonać może każdy (w towarzystwie rodziców oczywiście), doskonale się przy tym bawiąc.

 

Edytorsko pozycja została wydana bardzo ładny sposób. Kolorowe, wesołe, ciepłe wnętrze, wspomniane już naklejki i wypychanki (które nie są tylko dodatkiem, ale elementem nierozerwalnie związanym z zawartością książki). Wszystko to składa się na ciekawą i godną polecenia publikację dla najmłodszych. Sięgnijcie zatem i pamiętajcie, że w ofercie wydawnictwa znajduje się jeszcze wiele podobnych tytułów. Polecam gorąco!

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zielone martensy – Joanna Jagiełło

FELIKS, OPTA I WIKA

 

Kiedy zapoznałem się z opisem tej powieści, pomyślałem, że ktoś postanowił stworzyć kopię serii „Felix, Net i Nika” z tym, że pozbawioną elementów fantastyki. Główny bohater nazywa się Feliks, a jego przyjaciółką jest rudowłosa dziewczyna w martensach. Brzmi znajomo? A jednak Joanna Jagiełło zasiała na tym gruncie ziarno, z którego wyrosła niesamowita powieść o nastolatkach, ich problemach i uczuciach.

 

Feliks ma czternaście lat i nie należy do najpopularniejszych uczniów. Outsider, który ze względu na mizerny stan sił fizycznych nie znosi sportu, przez rówieśników uznawany jest za mięczaka. Nie chce być taki, jak inni, wszelkie rywalizacje uważa za głupotę, a wolny czas woli spędzić z książką w ręku lub na spacerze. Niestety „czas wolny” to dość abstrakcyjne pojęcie, kiedy ma się pracującą za granicą matkę pielęgniarkę, młodszą o cztery lata wiecznie narzekającą siostrę i babcię, której stan zdrowia zaczyna się niebezpiecznie pogarszać. I nagle pewnego dnia poznaje ją. Opta, jak każe na siebie mówić, Otylia, jak nazwali ją rodzice (co przez rówieśników zostało szybko zinterpretowane jako Otyła, szczególnie, że dziewczyna ma nieco nadwagi) wydaje się inna, niż reszta dzieci w szkole. Po pierwsze jest chętna z nim rozmawiać. Po drugie jest w niej coś takiego, że nie potrafi nie być przy niej rozbrajająco szczery. A po trzecie jest outsiderką, jak on sam. Chora na astmę, kolorowo ubierająca się dziewczyna w zielonych martensach nie przejmuje się ani tym, że ma kilka kilogramów za dużo, ani traktowaniem ze strony niektórych rówieśników. To spotkanie będzie brzemienne w skutkach, odmieniając życie obojga nie do poznania…

 

Ta książka jest urocza, mądra, znakomicie napisana i czyta się ją po prostu jednym tchem. Najważniejsze są w niej jednak niesamowite emocje towarzyszące lekturze, dzięki którym po prostu wpada się z literacki świat i życie trójki głównych bohaterów, Feliksa, Wiki i Opty, z perspektywy których poznajemy wydarzenia. A jest to życie naprawdę intrygujące, zwyczajne, a jednak fascynujące.

 

Co warto nadmienić „Zielone martensy” to nie naiwna, infantylna opowiastka dla młodych, ale realistyczna i bardzo prawdziwa historia z ludzkimi bohaterami. Nie brak jej dojrzałości, nie stroni od trudnych tematów, a także oferuje solidną porcję nadziei i pocieszenia. Oraz, oczywiście, płynący z całości morał. Jednym słowem literatura idealna dla wszystkich nierozumianych outsiderów, którzy czują się, jakby nie pasowali do szkoły, świata i wypełniających go ludzi. Pamiętajcie, że gdzieś tam są osoby takie, jak Wy. I są też książki, które opowiadają o nich właśnie. O Was. „Zielone martensy” to taka właśnie pozycja – i to jedna z najlepszych w swoim gatunku. Dlatego polecam bardzo gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Spider-Man. Encyklopedia postaci – Daniel Wallace

KOMPENDIUM WIEDZY O SPIDER-MANIE

 

Książki nie należy oceniać po okładce. To prawda tak dobrze wszystkim znana, że stanowiąca już frazes, a jednak warto o niej pamiętać. Weźmy na przykład tę pozycję. Po okładce spodziewałem się lekkiej i prostej książki dla dzieci i, owszem, po części to właśnie otrzymałem, ale przede wszystkim w moje ręce trafiła wspaniała i kompleksowa encyklopedia, która spodoba się także dorosłym fanom Spider-Mana.

 

Człowiek Pająk jest z nami już 54 lata. Przez ten czas doczekał się kilkunastu tytułów prezentujących jego przygody i grubo ponad tysiąc zeszytów (sama główna seria „Amazing Spider-Man” doczekała się już ponad 730 numerów), a co za tym idzie całej rzeszy bohaterów; zarówno tych dobrych, jak i złych. „Encyklopedia…” zbiera ponad dwieście najważniejszych z nich od tych bardzo znanych (Gwen Stacy, Green Goblin, Venom, Vulture, Mysterio) po te, o których prawie nie słyszeliśmy w naszym kraju (Nightmare, Paper Doll, Sentry). Całość została uzupełniona także o bohaterów innych serii Marvela gościnnie działających z Pajęczakiem, takich jak członkowie Avengers, X-Menów czy wreszcie Fantastycznej Czwórki. A wszystko to w bogato ilustrowanym tomie, który wpada w oko.

 

Zacznijmy od dziecięcej strony „Encyklopedii…”, bo w końcu to najmłodsi miłośnicy Spider-Mana są grupą docelową. Mamy więc dużo kolorowych ilustracji, podstawowe informacje o bohaterach i ich losach, status (czy jest wrogiem, przyjacielem czy kimś neutralnym), a także profil oceniający posiadane moce w skali 1-7. Treść została napisana w prosty, przystępny sposób, a dobór ilustracji nie tylko dobrze obrazuje temat, ale także stanowi swoisty przekrój przez graficzną historię serii. John Romita Sr.,John Romita Jr., Terry Dodson, Mark Bagley, Todd McFarlane czy Humberto Ramos to zaledwie część jakże bogatej listy autorów, których prace tutaj wykorzystano. I to można uznać za pierwszy z powodów, dla których nawet dorośli fani Pająka powinni sięgnąć po tę publikację, ale przecież nie jedyny.

 

Najistotniejszą bowiem rzeczą dla miłośników Spider-Mana okazuje się możliwość poznania treści, które nie ukazały się w naszym kraju. Wraz z opisami losów postaci otrzymujemy streszczenie wątków aż po wydawanego aktualnie w naszym kraju „Superior Spider-Mana”. W efekcie dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy zarówno z początków serii, dalszych momentów niedokończonej w Polsce Sagi Klonów, runu Straczynskiego (Morlun, pajęcze totemy etc.), „Brand New Day” czy „Big Time”. A także pobocznych wątków, jak chociażby tych z historii „American Son”, „Grim Hunt”, „Civil War”, a nawet serii „Ultimate Spider-Man” i losów Milesa Moralesa.

 

Brzmi ciekawie? I tak też jest! Nawet jeśli jest to książka przeznaczona dla dzieci, fakt ten nie zmienia jej wartości. I choć w tekście zakradło się kilka błędów (choćby ten, że Jackalem jest Kingsley), jako całość to wspaniała, świetnie wydana propozycja dla miłośników Spider-Mana i komiksów Marvela w ogóle. Dlatego polecam ją bardzo gorąco Waszej uwadze.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Panika – Jeffery Deaver

PANIKA CZAI SIĘ WSZĘDZIE

 

Jeffery Deaver, autor popularnego cyklu o przygodach Lincolna Rhyma (pierwsza część tej serii doczekała się filmowej adaptacji pod tym samym, co powieść tytułem – „Kolekcjoner kości”), od dekady poświęca czas także na drugą cykliczną opowieść. Losy Kathryn Dance zyskały sobie całkiem spore grono oddanych fanów, którzy teraz mogą się cieszyć, bo na naszym rynku pojawiła się właśnie najnowsza ich odsłona.

 

Każdy z nas wpada czasem w panikę. Boimy się o różne rzeczy, martwimy… Sytuacja w domu, w pracy, w kraju, na świecie, moment zagrożenia… Wystarczy tylko chwila, żeby ulec emocjom, a wtedy o tragedię nie trudno. Przekonują się o tym klienci przydrożnego klubu Solitude Creek w Monterey, kiedy rozlega się alarm ostrzegający przed pożarem. Panika. Szał. Ludzie chcą uciekać, szukają ratunku, każdy chce przecisnąć się przed każdego, każdy gotów jest biec po każdym byle tylko przetrwać. Zdarzenie kończy się tragicznie: są ranni i zabici.

Sprawą zajmuje się Kathryn Dance, która szybko odkrywa, że w budynku nie było pożaru. Błąd systemu? Prawda okazuje się o wiele gorsza. Tragedia nie była bowiem bezsensownym przypadkiem, a zaplanowaną przez kogoś akcja. Kogoś, kto chciał, żeby walczący o życie ludzie pozbawiali się nawzajem zdrowia i owego życia właśnie. Kto jednak mógł się tego dopuścić? I dlaczego? Brak jakichkolwiek śladów sprawia, że śledztwo nie ma solidnego punktu zaczepienia, a pewne jest tylko jedno – sprawca nie zamierza przestać, a miejsc, w których ma możliwość wywołania paniki nie sposób zliczyć…

 

Najnowsza powieść Deavera to sprawnie skonstruowany, dobrze napisany thriller, który zasadza się na prostym przecież, a jakże przy tym skutecznym motywie. Każdy z nas słyszał chyba o przypadkach tragicznie zakończonej paniki. O stratowanych na śmierć ludziach. Zazwyczaj wiąże się to z konkretnym niebezpieczeństwem, ale co by było gdyby ktoś celowo je wywoływał? Sytuacja opisana w „Panice” mogłaby – może! – zdarzyć się wszędzie, ofiarą może być każdy z nas. I to bardzo mocno oddziałuje na naszą psychikę i wewnętrzne lęki. Deaver, prawnik z wykształcenia, autor thrillerów publikujący od blisko trzydziestu lat, wie jak wykorzystać nasze obawy. Snując swoją opowieść zabiera czytelników na emocjonującą wyprawę w dobrym stylu.

 

Lubicie thrillery? Oczekujecie udanej powieści sprawnej tak fabularnie, jak i językowo? Macie ochotę na porcję realistycznych, mocnych wrażeń? Sięgnijcie więc po „Panikę”, nawet jeśli nie czytaliście poprzednich części, bo warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Opowieści o pilocie Pirxie (audiobook) – Stanisław Lem

OPOWIEŚCI, KTÓRE POWINNI POZNAĆ WSZYSCY

 

Stanisław Lem to zdecydowanie najbardziej znany z polskich pisarzy uprawiających fantastykę i jeden z najbardziej znanych i cenionych naszych autorów w ogóle. Znać jego dzieła wypada, ale przede wszystkim warto. Bo Lem pisał pięknie, pisał imponująco i potrafił wykrzesać ze słów takie emocje, jak niewielu. „Opowieści o pilocie Pirxie” to jedno z najsłynniejszych dzieł w jego dorobku i zarazem kolejne, które doczekało się naprawdę udanej wersji audio.

 

Fabuła „Opowieści…” jest z założenia bardzo prosta. Tytułowy pilot Pirx przemierza kosmos w kolejnych statkach przeżywając kolejne przygody. Nie brak w jego życiu także i problemów i osobliwych sytuacji, z których wychodzi zawsze w znakomitym stylu.

 

„Pirx…” to wzorcowy przykład dziecięco-młodzieżowej literatury z gatunku science fiction, która przedstawia podróż bohatera ku dojrzałości przychodzącej wraz z upływem czasu i doświadczeniem. Co ważne zawarte tu historie nie tracą na jakości w oczach dorosłego odbiorcy, a wręcz przeciwnie – z wiekiem jej nabierają. Pamiętam, jak to właśnie dzięki „Opowieściom…” czytanym w szkole podstawowej poznałem Lema i jakie rozbiły na mnie wrażenie. Jak większość chłopców uwielbiałem kosmiczne przygody, odległe światy i tajemniczą niezwykłość tego, co poza Ziemią i właśnie to znalazłem u Lema. Teraz, po latach, książka trąca we mnie jakąś taką sentymentalną nutę, ale nie tylko to stanowi o jej wartości. Lem to klasa sama w sobie i niezależnie od tego do jakiej grupy wiekowej skierowany jest jego utwór, czuć to za każdym razem.

 

Skupmy się jednak na wersji audio i jej zaletach, a tych nie brakuje. „Opowieści o pilocie Pirxie” to kawał solidnie podanego audiobooka. Dobrze odczytany przez lektora o przyjemnym głosie, który stara się ów głos modulować w zależności od odgrywanej postaci, słucha się bardzo przyjemnie. Zresztą Maciej Kowalik, brzmieniem przypominający trochę Borysa Szyca, naprawdę pasuje do tych opowieści. Lekki ton i wczucie się w prezentowaną opowieść dobrze o nim świadczą.

 

Dlatego też polecam Waszej uwadze niniejszy audiobook. Jeśli lubicie słuchać książek, a Lem należy do grona autorów, po których utwory chętnie sięgacie, „Pirx…” to pozycja dla Was. Polecam.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Interwencje 2 – Michel Houellebecq

MALKONTENT SKANDALISTA

 

Powiem to już na wstępie – tak dobrego zbioru tekstów non fiction nie czytałem od lat, od czasu znakomitej książki Chucka Palahniuka, „Stranger than Fiction”. Zresztą obu tych pisarzy, Palahniuka i Houellebecqa, łączy bardzo wiele. Obaj są literackimi enfant terrible, obaj uwielbiają kontrowersje i wyrażają poglądy dalekie, od poprawnych politycznie. Jednak równie wiele ich dzieli, bo gdy Palahniuk snuje opowieści przede wszystkim o innych, Houellebecq wypowiada się głównie o samym sobie i swoich interpretacjach istotnych kwestii, z perspektywy dziwacznego malkontenta, któremu trudno jednocześnie odmówić słuszności.

 

Islam najgłupszą religią świata? Feministki to idiotki? Pedofile zaś stanowią ofiary, a literatura nie ma najmniejszego sensu? Houellebecq, ceniony pisarz, którego utwory nacechowane są niechęcią do siebie samego, jak i odrazą do gatunku ludzkiego, w „Interwencjach 2” pokazuje nam prywatne oblicze uwiecznione w licznych felietonach, tekstach, wywiadach i listach publikowanych przez lata w różnych miejscach. Zebrane w jednym tomie ukazują wewnętrzny świat autora i jego komentarz do współczesności. Houellebecq piętnuje naszą głupotę i kierunek, w którym zmierza świat. Pokazuje konsekwencje nadmiernego rozpasania seksualności, z jakim mamy do czynienia w mediach i kulturze. Kpi z poglądów. Wskazuje palcem konkretne osoby i nurty. Nie jest poprawny politycznie, a choć często w jego narzekaniu (bo tak najprościej i najdokładniej można określić teksty, które pisze – jak zresztą inaczej rzecz ująć, kiedy Houellebecq nie potrafi powstrzymać się od krytyki czegoś, co jednocześnie sam chwali?) brak jest konsekwencji, odsłania przed nami obraz tragicznego, depresyjnego świata i równie smutnej psychiki własnej, i nie sposób nie przyznać mu racji.

 

I takie są właśnie „Interwencje 2” – przygnębiające, choć bardzo prawdziwe. Nawet kiedy pisarz stawia tezy naprawdę osobliwe, jak te o pedofilii, z jego argumentami trudno się nie zgodzić. Oczywiście nie ze wszystkimi, Houellebecq, jak na malkontenta przystało potrafi sobie znaleźć powód do narzekań we wszystkim, nie zawsze słuszny. Ale, o dziwo, nie umniejsza to wartości książki. Przez tę osobliwą manierę autora jesteśmy bardziej skorzy do szukania, myślenia, zastanawiania się, analizowania. Aż szkoda, że nie można wejść w dysputę z Houellebecqiem, stanąć z nim w cztery oczy i posprzeczać się o niektóre sprawy.

 

Stylistycznie „Interwencje 2” to doskonale napisany zbiór, w którym czuć literacką klasę i inteligencję autora. Jego teksty są mądre, a zarazem przewrotne, prowokujące, czasem na siłę kontrowersyjne, jakby Houellebecq chciał potwierdzić swój status, ale za każdym razem tkwi w tym także pewna metoda. I można się z nim nie zgadzać (choć chyba nie znajdzie się nikt, kto w całości odrzuciłby jego komentarze), ale trudno nie docenić wartości tej pozycji. Dlatego też gorąco zachęcam Was do poznania jej.

 

A Wydawnictwu Literackiemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Żywe Trupy. Tom V i VI – słuchowisko – Robert Kirkman

WSZYSTKO, CO W TRUPACH NAJLEPSZE

 

Pierwsze dwa tomy słuchowiska „The Walking Dead” były niesamowitą przygodą dla miłośników grozy. Znakomicie wykonane pod względem dźwiękowym, cieszyły uszy i działały na wyobraźnię. Treścią także były całkiem udane, ale dopiero teraz nadszedł czas by także na tym polu zachwyciły, dzięki czemu trzecia część trupiego słuchowiska okazuje się najlepszym, co seria ma do zaoferowania.

 

Rick i jego ludzie nigdy nie mieli lekko i to się nie zmienia. Znaleźli schronienie w więzieniu, starają się jak najlepiej ułożyć sobie tam życie, ale prace mające na celu przygotowanie terenu placówki wcale nie należą do bezpiecznych. Nikt nie wie jednak co już wkrótce zgotuje im los. Pewnego dnia Rick, Michonne i Glenn w trakcie rutynowego wypadu poza więzienie stają się świadkami katastrofy helikoptera. Pospiesznie udają się na miejsce zdarzenia zamierzając pomóc ewentualnym ocalałym, ale odkrywają, że ktoś ich ubiegł. Przyjaciel? Wróg? Ruszając tropem zabranych ze śmigłowca ludzi odkrywają istnienie niewielkiej społeczności rządzonej przez człowieka każącego nazywać się Gubernatorem. Jak się szybko okazuje, Gubernator to najgorszy z psychopatów jakich mogli spotkać. Ocalałych z katastrofy lotniczej potraktował jako karmę dla hodowanych przez siebie żywych trupów, a plany wobec Ricka i towarzyszy ma jeszcze gorsze…

 

Tak dobrze w „The Walking Dead” nigdy nie było i podejrzewam, że równie dobrze już nie będzie. Im gorsze rzeczy dzieją się bohaterom, tym większe rosną emocje w odbiorcach, a postać Gubernatora fascynuje i przeraża. To zresztą jeden z najlepszych czarnych bohaterów komiksów oderwanych od superbohaterskiego nurtu, który tak zaciekawił miłośników serii, że doczekał się cyklu powieściowego odkrywającego jego przeszłość i ukazującego wydarzenia z perspektywy jego obozu. Wszystko wzięło jednak swój początek w tych właśnie zebranych tu zeszytach komiksowych. A słuchanie ich w wersji audio to wielka, wielka przyjemność. Choć, ze względu na brutalność i elementy grozy, skierowana do zdecydowanie starszych odbiorców.

 

Na największe pochwały jednak zasługuje w tym przypadku nie świetna fabuła, a wykonanie. Studio Sound Tropez dołożyło wszelkich starań by wykonać jedno z najlepszych słuchowisk dostępnych na naszym rynku. Dobrze dobrani aktorzy, ograniczenie do minimum wtrąceń narratora, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa z doskonale dobraną muzyką i wspaniałe efekty to gwarancja świetnej rozrywki. Komiksowy świat ożywa nagle w uszach i to we wspaniałym stylu. Lubicie „Żywe trupy”? Nie wahajcie się, naprawdę warto!

 

A ja dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

Gregor i kod Pazura – Suzanne Collins

OSTATNIA PRZEPOWIEDNIA GREGORA

 

Wszystko ma swój koniec, a ten właśnie nadszedł dla bardzo udanej serii o przygodach Gregora, chłopca-wybrańca. Czy jednak finał jego zmagań z przepowiedniami i wrogami podziemnego świata będzie oznaczał także finał jego… życia?

 

Problemy nie opuszczają Gregora nawet na chwilę. Po tym, jak był świadkiem myszobójstwa, od kilku dni nie może zasnąć, ale w najbliższym czasie raczej nie będzie mu dane wypocząć. Przez długi czas mieszkańcy Podziemia, krainy rozciągającej się pod naszymi stopami, nie chcieli dopuścić chłopca do poznania ostatniej z przepowiedni dotyczących jego osoby. Wszystko sugerowało, że przyszłość przyniesie coś osobiście dla niego strasznego. Teraz jednak staje w obliczu owej wizji Sandwicha, przepowiedni Pazura, jak brzmi jej prawidłowa nazwa, a ta wyraźnie mówi o śmierci wojownika. Śmierci Gregora! Chłopiec nie zamierza jednak uciekać wraz z bliskimi i zostawić przyjaciół na niemal pewną zgubę. Chce im pomóc, chce stanąć z nimi ramię w ramię do wielkiej wojny o Regalię. Gdy wielka armia szczurów zbliża się nieubłaganie, a jego mama i siostra są zagrożone, Gregor po raz kolejny – i być może ostatni – musi pokazać swoją wartość, jako wojownika…

 

Piąty, finałowy tom „Kronik podziemia” to nie tylko pożegnanie z serią, ale przede wszystkim dojrzalsze niż dotychczas podejście do tematu. Zresztą sam wątek tego właśnie wymagał, a że przy okazji powieść zachowała swój dziecięcy charakter i lekkość, tak fabularną, jak i stylistyczną, miłośnicy poprzednich części dostaną dokładnie to, czego oczekiwali.

 

A czego można oczekiwać? Dużo przygód, niebezpieczeństw, niezwykłych istot, przyjaźni, braterstwa i odważnych dzieci, które stawić musza czoła zagrożeniu, z jakim nie poradziłby sobie niejeden dorosły. W skrócie dziecięco-młodzieżowe urban fantasy w pełnej krasie. Tutaj bowiem magiczny świat z legend i baśni (czerpiący zarówno z kultowych książek, jak i wyobraźni autorki) egzystuje tuż obok naszego. A właściwie pod naszym. Dzięki temu w świat przedstawiony łatwiej jest uwierzyć, a bohaterowie stają się bliżsi odbiorcy.

 

Całość natomiast jest lekka, prosta i przyjemna. Spodoba się więc młodym czytelnikom spragnionym fantastycznych, prostych opowieści. Należycie do tej grupy? Sięgnijcie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Iuvi za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Krwawnik 2. Opowiadania z pozornie martwej strefy

SIEDEMNAŚCIE KROPLI KRWI

 

Nadeszła jesień, zbliża się październikowa pora, a skoro październik to i Halloween. Jak co roku na miłośników horroru czeka więc wiele mocnych wrażeń, a portal Kostnica nie zapomniał o swoich miłośnikach. Po ponad dwóch latach od publikacji tomu pierwszego ukazuje się wreszcie „Krwawnik 2”, zbiór opowiadań grozy napisanych zarówno przez znanych i cenionych autorów, jak i zdolnych debiutantów. Na miłośników literackiego strachu czeka więc cała gama różnorodnych tekstów wzbogaconych o bonus: ponad czterdziestostronicowy komiks.

 

Na ponad 230 stronach niniejszej publikacji zabrała się grupa osiemnastu twórców, żeby przedstawić co ich zdaniem znaczy słowo „lęk”. Czym w ich mniemaniu jest koszmar i strach. Niejednokrotnie zmieszany z jakże bliskim mu humorem. Rogata bestia biegająca po ulicach, domowe problemy mające w końcu szansę na rozwiązanie, nawiedzony samochód, demoniczne siły… Pomiędzy pierwszą a czwartą stroną okładki „Krwawnika 2” kryje się bardzo wiele.

Można powiedzieć, że wychowałem się na horrorach. Groza towarzyszyła mi od dzieciństwa, od chwil, kiedy przez zasłaniające oczy palce podglądałem pojedyncze odcinki „Z archiwum X”. W nastoletniości odkryłem uroki slasherów i slash teen movie, a wkrótce potem sięgnąłem po pierwsze dorosłe książki – Mastertona, Kinga i Koontza. Polskiej grozy natomiast uczyłem się na magazynach zawierających opowiadania, dlatego „Krwawnik” budzi we mnie jakąś taką sentymentalną nutę. Krótkie, różnorodne teksty, które czasami są pełnoprawnymi horrorami, a czasem o horror zaledwie się ocierają są czymś, co lubię, cenię i po co chętnie sięgam. Bo choć nie oferują tak długiej zabawy, jak powieści, rozczarowanie z trafienia na zły tekst jest również mniejsze. „Krwawnik 2” pod względem jakości trzyma całkiem niezły poziom. Oczywiście są w nim teksty wyróżniające się, a do tych najlepszych zdecydowanie zaliczają się komediowy „Porror” Dąbrowskiego (Adolf, którego natura nie obdarzyła urodą, postanawia stracić cnotę niemalże za wszelką, nawet magicznych rytuałów, cenę), „Samogon” Pauliny Król (pędzący bimber Heniek przypadkiem odkrywa, że pewien najwyraźniej nieistniejący gatunek ćmy, który wpadł do trunku nadaje mu niesamowity posmak) i „Wzór” Radeckiego (główny bohater wpada w fascynację wzorem, w jaki układają się pieprzyki na ciele jego dziewczyny).

Zbiór zamyka wspomniany już komiks, „Ostatni ciepły dzień tej jesieni”, traktujący o zbiorowym samobójstwie całej ludzkości i dwójce kosmicznych cieciów, którzy pozostając na unoszącej się w przestrzeni stacji, stają się świadkami tego wydarzenia. Jednakże z racji faktu, iż jestem autorem tej graficznej opowiastki, pozwolę sobie pominąć jej ocenę.

 

Natomiast wracając do całej reszty „Krwawnika 2” to jest to pozycja godna polecenia miłośnikom rodzimych opowiadań grozy. Jeśli więc należycie do tej grupy, sięgnijcie. To książka dla Was.

 

Ja natomiast dziękuję Kostnicy za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji. A poniżej zamieszczam stronę z komiksu, która nie znalazła się w „Krwawniku”.

Wszystko to, co wyjątkowe – Matthew Quick

JAK LEKTURA ZMIENIA ŻYCIE

 

Są na świecie książki, których przeczytanie zmienia całe nasze życie. Wie o tym każdy, kto sięga po literaturę i wiedzą także autorzy. Ale mniej jest książek poświęconych właśnie temu zagadnieniu; historii, w których bohater mierzy się z taką właśnie lekturą i konsekwencjami z niej wynikającymi. Matthew Quick, autor bestselerowego, sfilmowanego „Poradnika pozytywnego myślenia” zdecydował się pójść właśnie w tym kierunku i pokazać, co dobra książka potrafi zrobić z życiem właściwego odbiorcy.

 

Pewnego dnia, tuż przed bożonarodzeniowymi feriami, nastoletnia Nanette O’Hare dostaje od swojego nauczyciela, pana Gravesa prezent. Dziewczyna jest wzorową uczennicą, stoi na czele szkolnej drużyny piłkarskiej, a jej relacje z wychowawcą wykraczają poza typowo pojmowane, granicząc z koleżeństwem. Prezent w postaci książki nie jest więc tutaj niczym dziwnym. Ale sama powieść okazuje się być darem niezwykłym, który zmieni życie Nanette. „Kosiarz balonówki”, bo taki jest jej tytuł, przed laty wpłynął na Gravesa. Teraz pewnie jest coś wart, nakład bowiem dawno się wyczerpał, ale nauczyciel obiecał sobie oddać swój egzemplarz właściwemu uczniowi lub uczennicy i właśnie ten czas nadszedł. Nastolatka zagłębia się w treść przedstawiającą losy outsidera, introwertyka i buntownika, który pragnie jednego – zrezygnować. Tak bardzo przypomina jej ją samą, że Nanette powraca do lektury raz za razem, starając się zrozumieć urwane zakończenie książki, tak szeroko od lat omawiane w Internecie. Niczego nie zmienia także spotkanie z autorem, który okazuje się mieszkać w okolicy. W nieprzystosowanej dziewczynie narasta bunt i chęć rezygnacji, ale za jaką cenę?

 

Było wiele książek, które miały wpływ na moje życie, ale – podobnie jak to jest w przypadku bohaterki „Wszystkiego…” – największe wrażenie zrobiła na mnie powieść będąca swoistym anarchistycznym manifestem. Historia o buncie nieprzystosowanej jednostki przeciwko światu i jego wymogom, presji wywieranej na człowieku. Nie był to wprawdzie fikcyjny „Kosiarz balonówki”, ale z powodu tego podobieństwa najnowsza powieść Quicka przemawia do mnie i to bardzo, chociaż miałem co do niej pewne obawy. Wystarczył bowiem rzut oka na tytuły rozdziałów i ich nadmierną kwiecistość, bym zaczął zastanawiać się czy Quick nie popadł nagle w jakieś klimaty pozorujące jedynie wyższą wartość literacką. Na szczęście wszystkie wątpliwości rozwiały się, kiedy tylko zacząłem lekturę. I nie powróciły.

 

„Wszystko to, co wyjątkowe” to Matthew Quick jakiego znamy i uwielbiamy. Lekki, trafiający w sedno, trochę smutny, trochę optymistyczny, młodzieżowy, ale zachowujący wartości, które spodobają się także dorosłym odbiorcom. Warto jest po tę jego najnowszą powieść sięgnąć i warto posłuchać co ma do powiedzenia. I chociaż nie jest to raczej książka, która zmieni Wasze życie, z pewnością się nie zawiedziecie i spędzicie miło wiele chwil w towarzystwie nastolatki, która ma nie jedno do przekazania.

 

A ja dziękuję wydawnictwu HarperCollins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.