ROK 2018 OD WYDAWNICTWA ALBATROS

Jest początek roku, pojawiają się także pierwsze zapowiedzi wydawnicze na najbliższe dwanaście miesięcy, a jedne z nich przygotowało wydawnictwo Albatros. Po obfitującym w znakomite nowości i wznowienia roku 2017, na czytelników znów czeka mnóstwo wrażeń (w tym przyjazd w kwietniu do Polski Lee Childa), a ja pozwolę sobie przytoczyć kilka tytułów, które mnie osobiście interesują najbardziej. Pod nimi znajdziecie informację od samego wydawcy.

 

„Vaterland” Roberta Harrisa to kultowa już, a przy okazji także bardzo ceniona, powieść autora „Ghostwritera” czy „Konklawe”. Coś w sam raz dla miłośników historii, drugiej wojny światowej i dobrej literatury sensacyjnej. „Moja kuzynka Rachela” Daphne du Maurier („Ptaki”) też zapowiada się nad wyraz ciekawie, jako klasyczny thiller psychologiczny, ale moją uwagę najbardziej zwróciły dwie pozycje.

Pierwsza z nich to „Kurt Vonegut: Opowiadania wszystkie”. Jak tytuł wskazuje, mamy tu do czynienia z kompletnym zbiorem krótkich form kultowego pisarza. A że Vonegut to także klasa sama w sobie, jest na co czekać.

Drugim „Dziwna pogoda” (tytuł roboczy) Joe Hilla, syna Stephena Kinga. Po rewelacyjnym „Strażaku” tym razem autor serwuje nam 4 nowele, ale nie ulega wątpliwości, że będziemy mieli tu do czynienia z naprawdę znakomitą lekturą. I to taką, która pobudza wyobraźnię i mrozi krew w żyłach.

 

Na tym oczywiście nie koniec, ale więcej informacji znajdziecie poniżej:

 

Nowy rok to nowe pomysły, nowe wyzwania i… mnóstwo nowych lektur.

Rok 2018 zaczniemy doskonałymi propozycjami dla małych i dużych czytelników. W styczniu do kin trafi długo oczekiwana ekranizacja Cudownego chłopaka R.J. Palacio, z Julia Roberts, Owenem Wilsonem i Jacobem Tremblayem w rolach głównych. Z tej okazji nie tylko przypomnimy historie Auggiego Pullmana, ale tez wydamy jej ilustrowana wersje dla młodszych dzieci. Wkrótce potem w księgarniach pojawia się Trzy cudowne historie, rzucające zupełnie nowe światło na losy niezwykłego chłopca.

Kto czekał na powrót Myrona Bolitara, tego cierpliwość wreszcie zostanie nagrodzona najnowszym thrillerem Harlana Cobena W domu.

Wielbicielki cyklu powieściowego Siedem sióstr Lucindy Riley ucieszą się z ponownego spotkania z tajemniczymi i pięknymi dziewczętami w Siostrze cienia – a nie będzie to jedyna powieść tej autorki w 2018 roku.

 

W 2017 roku listy bestsellerów i rankingi czytelnicze podbił thriller B.A. Paris Za zamkniętymi drzwiami, który osiągnął w Polsce rekordowa sprzedaż. Już w lutym ukaże się nowa powieść tej autorki – Na skraju załamania. Gwarantujemy, ze zadziwi i zaskoczy, wywróci do góry nogami wszelkie wyobrażenia o naprawdę wstrząsającym thrillerze. A przy okazji premiery nowej książki Polskę po raz pierwszy odwiedzi B.A. Paris.

Pamiętacie bestsellerowe powieści Lauren Weisberger Diabeł ubiera się u Prady i jej kontynuacje, Zemsta ubiera się u Prady? W nowej książce Gra singli autorka będzie sprawdzała, jak daleko jej bohaterka jest w stanie się posunąć, by zdobyć upragniona sławę.

Oczywiście nie zapominamy tez o miłośnikach poważniejszych lektur – ci mogą jak zwykle liczyć na niezawodnego Roberta Harrisa. Fabuła jego najnowszej książki, Monachium, osnuta jest wokół brzemiennej w skutki konferencji monachijskiej z 1938 roku. Przy okazji premiery wznowimy także jego, klasyczna już, powieść Vaterland.

W pierwszej połowie roku wielka gratka czeka miłośników włoskich thrillerów w najlepszym stylu – do księgarń trafi Dziewczyna we mgle Donato Carrisiego, a do kin jej ekranizacja w reżyserii samego autora, z Jeanem Reno i Tonim Servillo w rolach głównych.

Kto kocha Jacka Reachera, z radością przywita nie tylko nowa powieść z tym bohaterem pt. Nocna runda, lecz także samego Lee Childa, który zawita do Polski pod koniec kwietnia.

Z nowymi tytułami w 2018 roku powrócą znani i lubiani: John Grisham – jego nowa książka Bar pod Kogutem (tyt. roboczy) to klasyczny thriller sadowy; Guillaume Musso, od lat najlepiej sprzedający się francuski autor, z Apartamentem w Paryżu; a Alex Marwood tym razem zaskoczy thrillerem psychologicznym o dziewczynkach wychowanych przez sektę.

Czytelnicy na pewno przyzwyczaili się już, ze Albatros ma tez propozycje dla wielbicieli literatury z najwyższej półki. W tym roku będzie to pierwszy kompletny zbiór krótkich form literackich autorstwa Kurta Vonneguta, jednego z najgenialniejszych pisarzy XX wieku, pod redakcja Jerome’a Klinkowitza i Dana Wakeelda, z przedmowa Dave’a Eggersa. A w setna rocznice urodzin Ingmara Bergmana ukaże się jego biografii a autorstwa Thomasa Sjöberga.

Ci, którzy lubią się bać, dostana Dziwna pogodę (tyt. roboczy) prosto od Joego Hilla. Ten zbiór opowiadań zyskał już uznanie w Stanach Zjednoczonych, nominowano go tez do Goodreads Choice Award w kategorii horror.

W 2018 roku na ekrany kin, telewizorów i do oferty platform internetowych trafi również wiele ekranizacji naszych książek, m.in. Prawda o sprawie Harry’ego Queberta Jöela Dickera, Katedra w Barcelonie Ildefonso Falconesa czy serial Castle Rock, oparty na twórczości Stephena Kinga.

Jak zwykle będziemy kierować się naszym credo: najsławniejsi autorzy, najgłośniejsze książki, największe światowe bestsellery, dostarczając czytelnikom doskonałej i różnorodnej lektury przez okrągły rok!

 

Zespół Wydawnictwa Albatros

Life & Death: Prometeusz – Dan Abnett, Andrea Mutti

PROMETEUSZ NIOSĄCY ŻYCIE I ŚMIERĆ

 

W ostatnich latach za sprawą powrotu do filmowego świata Alienów zainteresowanie uniwersum krwawiących kwasem obcych po raz kolejny przeżyło rozkwit popularności. Obecnie wprawdzie, za sprawą przejęcia wytwórni 20th Century Fox przez Disneya, przyszłość kinowego cyklu stoi pod bardzo wielkim znakiem zapytania, niemniej komiksy z tej serii wciąż mają się znakomicie. Dowodem na to jest choćby seria „Life and Death”, której najnowszy tom, „Prometeusz” pojawił się właśnie wśród komiksowych nowości.

 

Czterdzieści trzy lata po wydarzeniach z filmu „Obcy: Decydujące starcie” i rok po cyklu „Fire and Stone” na planecie LV-797 zwanej także Tartarusem zjawił się oddział mający zbadać nielegalną działalność prowadzoną w ukryciu przed korporacją Weyland-Yutani, do której należy glob. Pojawienie się Predatorów doprowadziło jednak do walki. Teraz, ci którzy ocaleli, uruchomiwszy obcy statek znajdujący się na LV-797, eskortują go do stacji Ganimedes celem przeprowadzenia inspekcji. Podróż ma zająć sześć tygodni, jednak żadna ze stron nie ma ze sobą kontaktu. Ekipa pozostająca na obcym statku nie rozumie do końca jego działania, nie zna też wszystkich funkcji, choć stara się opanować wszystko przed dotarciem do celu. Niestety napotykają nieoczekiwane problemy, kiedy z jednej z komór wydostaje się żywy Inżynier. Jak się szybko okazuje, nie ma zbyt dobrych zamiarów, na dodatek chroni go osłona, której żołnierze nie mogą przebić kulami, ale on nie ma najmniejszych problemów z zabijaniem ludzi. A to zaledwie początek, bo już wkrótce na wszystkich czeka spotkanie z Alienami oraz Predatorami…

 

„Fire and Stone” powstało na fali popularności kinowym „Prometeuszem” i okazała się naprawdę ciekawą wyprawą do świata kosmicznych bestii. „Life and Death”, bezpośrednia kontynuacja tamtej serii trzyma poziom, nie odpowiadając wprawdzie na pytania, jakie pozostały po seansach czy poprzednich albumach, ale oferując znakomitą przygodę, akcję i ciekawy klimat. Jednocześnie to także całkiem udana próba ponownego zbudowania komiksowego uniwersum Alienów i Predatorów. Stare, ze względu na nowe filmy, w dużej mierze przestało obowiązywać – podobnie jak to miało miejsce przy „Gwiezdnych wojnach” – przed twórcami stanęło więc trudne zadanie, ale wybrnęli z niego w całkiem zgrabny sposób.

 

Także, jeśli chodzi o szatę graficzną. Ta wprawdzie w poszczególnych opowieściach jest bardzo różna, oscylująca od udającego malarstwo hiperrealizmu, przez klasyczną komiksową kreskę, po brudne rysunki rodem z lat 90., ale zawsze znakomita. Ten tom jest bardziej klasyczny, dość realistyczny, prosty, ale nastrojowy. Nie brak tu krwi, nie brak też mroku – czyli tego, czego oczekują miłośnicy kosmicznych stworów.

 

Ja jestem z serii zadowolony. Dobrze jest wrócić do tego świata, choćby na krótko, i raz jeszcze odwiedzić niegościnne zakątki wszechświata. Komiksy „Life and Death” umożliwiają to na całkiem niezłym poziomie. Miłośnikom Alienów polecam z czystym sercem, szczególnie jeśli podobały im się najnowsze kinowe odsłony.

 

Ms Marvel #3: Zdruzgotana – G. Willow Wilson, Mark Waid, Takeshi Miyazawa, Elmo Bondoc, Humberto Ramos

CUDOWNA DZIEWCZYNA POWRACA

 

Ms. Marvel” to zdecydowanie jedna z najlepszych serii od Marvel Now, to nie ulega wątpliwości. Choć w pewnym stopniu stanowi twór politycznej poprawności i ulegania pewnym trendom, traci to na znaczeniu, kiedy tylko zacznie się lekturę. Dlaczego? Bo to naprawdę znakomicie napisana i poprowadzona opowieść, która urzeka zwyczajnością sympatycznej bohaterki wykreowanej co prawda w duchu Spidermanowej tradycji, ale mającej swój charakter i niepowtarzalny klimat.

 

Do niedawna Kamala był zwykłą nastolatką, od rówieśników różniła się tylko tym, że jako muzułmanka nie mogła robić wielu rzeczy takich, jak oni. Wkrótce potem jednak, w wyniku wybuchu bomby terrigenowej zyskała supermoce i od tamtej pory broni Jersey City przed złem. Ledwie jednak pokonała groźnego Wynalazcę, a już będzie musiała stawić czoła kolejnym kłopotom – tym razem w postaci boga kłamstwa, Lokiego. Skąd on się tu wziął? Władczyni Asgardu, za karę za jego ostatnie wyczyny, zesłała go by zajął się sprawą Wynalazcy właśnie, którego twory mogłyby zagrozić istnieniu obu rzeczywistości. Żeby przeprowadzić śledztwo, Loki musi wmieszać się między licealistów, ale ponieważ są walentynki, a Kamala nie chce iść na imprezę z zakochanym w niej przyjacielem, bo rodzice by ją za to zabili, postawia zaangażować się na tym polu. Oj będzie się działo!

Ale to nie koniec miłosnych perypetii. Ani kłopotów. W Jersey City pojawia się tajemniczy nieznajomy, który zawróci w głowie Kamali. Jakby tego było mało, także SHIELD zacznie w jej szkole tajną misję, a biedna nastolatka będzie musiała poradzić sobie i w życiu osobistym, i w działalności superbohaterki…

 

Jeśli podobały się Wam pierwsze dwa tomy „Ms. Marvel”, trzecim także będziecie zachwyceni. Jest tu w końcu wszystko to, co urzekło Was dotychczas: humor, problemy nastolatki zmuszonej pogodzić życie uczennicy/córki z codziennością superbohaterki, akcję, zagrożenia i wiele, wiele więcej. Z okazji walentynek dostajemy też wątki miłosne, bez których nie może obejść się żądna tego typu młodzieżowa historia, a wszystko to podane w sposób lekki, prosty, zabawny i bardzo trafiony.

 

Co jeszcze warto w tej serii docenić? Fakt, że w czasach, kiedy religia jest uważana za powód do wstydu czy drwin– nie ważne jaka by ona nie była – G. Willow Wilson zdecydowała się podkreślić ten właśnie aspekt swojej bohaterki i zrobiła to w znakomitym stylu. I nawet jeśli wynika to z politycznej poprawności, ma swój urok. Całość na dodatek może się też pochwalić świetną szatą graficzną, jakże różną od tego, co na co dzień widzimy w Marvelu, bo cartoonową i utrzymaną w niszowym stylu. W tym tomie zmienili się wprawdzie rysownicy za nią odpowiedzialni, ale udało im się zachować ducha serii. Jedynie występujący gościnnie Humberto Ramos pozostał wierny swojej charakterystycznej kresce, ale i on wypada znakomicie. Do tego dochodzi świetny kolor i bardzo dobre wydanie uzupełnione o galerię okładek.

 

Jeśli zatem szukacie dobrej, świeżej i pomysłowej opowieści superhero, komiksy z serii „Ms. Marvel” to lektura dla Was. Ja niezmiennie bawię się świetnie i mam ochotę na więcej, dlatego też polecam je Waszej uwadze. Bo choć to historia mało znanej bohaterki, tworzona przez mniej rozpoznawalnych artystów, zdecydowanie wybija się ponad większość dostępnych na rynku nowości.

 

Original Sin (Grzech pierworodny): Hulk kontra Iron Man – Kieron Gillen, Mark Waid, Luke Ross, Mark Bagley

GRZECHY IRON MANA

 

„Grzech pierworodny”, choć chyba najmniej epicki spośród wydanych w linii Marvel Now eventów, wprowadził większe zamieszanie właściwie w każdej serii w niego zaangażowanej, niż którykolwiek z pozostałych. Wszystko to za sprawą faktu, że w trakcie jego akcji na jaw wychodzą wszystkie tajemnice, o których bohaterowie wydawnictwa nie mieli dotychczas pojęcia. Spider-Man dowiaduje się, że pająk, który dał mu moce ugryzł jeszcze pewną dziewczynę, Thor odkrywa, że ma siostrę, a X-Men poznają testament Charlesa Xaviera. Teraz nadszedł czas by to Hulk i Iron Man przekonali się, co kryje ich przeszłość i jakie będzie miała to konsekwencje dla obecnych wydarzeń.

 

Watcher, istota, która obserwowała wydarzenia dziejące się na Ziemi i wiedziała na ich temat dosłownie wszystko – więcej nawet, niż ludzie w nie zaangażowani – nie żyje. Morderca skradł jednak jego oczy, a kiedy jedno z nich „eksploduje” tajemnicami, bohaterowie dowiadują się rzeczy, o jakich nigdy wcześniej nie mieli pojęcia. Wśród nich jest Hulk, który odkrywa, że być może Tony Stark, Iron Man, jego długoletni przyjaciel i naukowiec, z którym zawsze rywalizował, mógł mieć wcale niemały związek z bombą gamma. Bombą, która zmieniła Bruce’a Bannera w Hulka, niszcząc mu życie. Jaki był udział Starka w tym wszystkim? To najmniejszy w tym momencie problem. Hulk lubi bić, Hulk lubi niszczyć, zaczyna się walka między nimi, która równie dobrze może skończyć się pogodzeniem obu bohaterów, jak i tragedią…

 

Original Sin (Grzech pierworodny): Hulk kontra Iron Man” to drugi z dwóch albumów zbierających miniserie bezpośrednio uzupełniające główny event. Pierwszym z nich był „Thor i Loki”, teraz nadszedł czas na kolejną z tego typu opowieści. Czytelnicy znów odkrywają kilka wcześniej nieznanych faktów i dostają opowieść skupioną na akcji i walce. Tempo jest tutaj szybkie, a napisana przez Waida i Gillena fabuła jest naprawdę udana. Całość nie nudzi, ma też kilka znakomitych momentów, a miłośnicy obu postaci znajdą tutaj kilka nowych rzeczy istotnych dla ich historii i wzajemnych relacji.

 

Jak album prezentuje się od strony graficznej? Dobrze, w szczególności jego połowa rysowana przez Marka Bagleya, do którego mam duży sentyment. To on odpowiadał za wiele zeszytów „Amazing Spider-Mana” wydawanych w Polsce w latach 90., a także za komiksy z serii „Ultimate Spider-Man” – przynajmniej ich zdecydowana większość. Operujący brudniejszą kreską Ross też radzi sobie całkiem nieźle.

 

Jak na wydanie od Egmontu przystało, nie zabrakło tutaj także dodatków. Kilka szkiców Bagleya (pokazujących, że całość o wiele lepiej wyglądałaby w czerni i bieli) i galeria okładek to jedno, ciekawsze jest za to wprowadzenie do wydarzeń i przybliżenie nam losów obu tytułowych bohaterów. Jeśli więc podobał się Wam „Grzech pierworodny” albo po prostu należycie do miłośników Hulka i Iron Mana, to komiks z pewnością dla Was. Dobrze uzupełnia to, co już wiemy i dostarcza porcji udanej rozrywki. Warto go poznać w oczekiwaniu na czas, kiedy wśród nowości pojawi się kolejny Marvelowski event, tym razem „Axis”.

 

B.B.P.O: 1946-1948 – Mike Mignola, John Arcudi, Joshua Dysart, Paul Azaceta, Gabriel Ba, Fabio Moon, Max Fiumara

Z ARCHIWUM BBPO

 

Ledwie miesiąc temu na rynku pojawiło się zbiorcze wznowienie dwóch pierwszych tomów opus magnum Mike’a Mignoli, „Hellboya”, a już w ręce czytelników trafia kolejne dzieło tego artysty. „BBPO: 1946-1948” bo o nim mowa to spin-off przygód Piekielnego Chłopca, przedstawiający wczesne lata karier jego „ojca”, Bruttenholma. Wszyscy jednak, którzy dali się zauroczyć głównej serii, także i tym razem będą zachwyceni, bo „BBPO” to wprost rewelacyjny album, oferujący wszystko to, co w „Hellboyu” najlepsze.

 

Rok 1944. Niemcy prowadzą swoje chore eksperymenty na ludziach. Kobieta, którą się „zajmują” nie jest jednak człowiekiem. Udaje się ją poskromić, ale lekarzom pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wiedzą, co robią…

Dwa lata później Trevor Bruttenholm przybywa do zrujnowanego wojną Berlina. Konflikt wprawdzie dobiegł końca, ale miasto jest w opłakanym stanie, ludzie głodują, a wojska rosyjskie, jak to mają w zwyczaju, wprowadzają własny porządek i siłą odbierają „reparacje”. Co w takim miejscu robi amerykański profesor? Jako przedstawiciel nowopowstałego BBPO (Biura do Badań Paranormalnych i Obrony) zajmuje się tropieniem wszelkich okultystycznych działalności, a naziści byli w nich ekspertami. Nic więc dziwnego, że na ich terenie wciąż odkrywane są kolejne niezwykłe rzeczy. On i towarzyszący mu żołnierze mają zebrać i uporządkować dane na ich temat. Nie wiedzą jeszcze z jakim zagrożeniem przyjdzie im się zmierzyć…

 

Oczywiście to nie jedyna przygoda Bruttenholma jaką znajdziecie w tym tomie. Poza nią (wydaną kiedyś w Polsce w samodzielnym albumie) czekają na Was także jeszcze dwie inne miniserie, shorty z początków kariery profesora i mnóstwo (blisko 60 stron) dodatków w postaci szkiców z komentarzami. To wszystko jednak niemiałoby jednak najmniejszego znaczenia, gdyby treść nie stała na wysokim poziomie. Na szczęście Mignola po raz kolejny nie zawiódł, choć muszę przyznać, że miałem pewne obawy co może z tego wyniknąć.

 

Dlaczego? Po pierwsze dotychczas, poza drobnymi wyjątkami, Mike Mignola sam pisał scenariusze „Hellboya”. Tym razem w znacznym stopniu pomogli mu John Arcudi („Lobo/Maska”) i Joshua Dysart. Poza tym graficznie także zaszła duża zmiana – większa nawet niż w przypadku późnych przygód Piekielnego Chłopca rysowanych przez innych artystów. A jednak całość jest równie dobra, co one. Zagadki są ciekawe, akcja znakomicie poprowadzona, niepokojąca atmosfera pierwowzoru także została zachowana. Komiksy wchodzące w skład tego tomu czyta się naprawdę znakomicie, ale i z wielką przyjemnością ogląda. Są tu prace cartoonowe, stylizowane na Mignolę, są też brudne i bardziej autorskie, ale za każdym razem udane.

 

Jeśli polubiliście „Hellboya”, „BBPO” powinniście poznać koniecznie. Podobnie zresztą, jeśli do gustu przypadło Wam „Z archiwum X”, bo to bardzo zbliżona opowieść. Polecam – oby więcej było takich nowości na naszym rynku.

 

 

 

http://www.taniaksiazka.pl/bbpo-1946-1948-p-944055.html?q=bbpo

Centaurus #3: Szalona ziemia – Leo, Rodolphe, Zoran Janjetov

ODLEGŁY, BLISKI ŚWIAT

 

Kiedy zaczynałem moją przygodę z „Centaurusem” nawet nie oczekiwałem, że może ona być tak znakomita, jaka okazała się w ostateczności. I choć wiele w opowieści już się wyjaśniło (a siłą serii jest jej tajemniczość), wymyślona przez Leo i Rodolphe’a historia nadal zachwyca. I to jak.

 

O cym opowiada? O przyszłości jakże dobrze znanej nam z innych dzieł Science Fiction – ludzkość wojnami, zanieczyszczeniami i wyeksploatowaniem zasobów naturalnych doprowadziła Ziemię do stanu, kiedy nie da się już na niej żyć. Ziemianie szczęścia zaczęli szukać w kosmosie i tak wyruszyli na statku-świecie w kierunku nowego, zdatnego do zamieszkania globu. Planeta Vera, bo tak nazywał się ich cel, przywitała ich jednak w nieoczekiwany sposób. Spodziewali się, że będzie przypominać Ziemię, nie mieli jednak najmniejszego pojęcia, że aż tak!

Trzeci tom „Centaurusa” zaczyna się w chwili, kiedy bohaterowie są w trakcie eksplorowania powierzchni. Tak docierają do miasta, które wygląda jak kopia Mont Saint-Michel, miejsca zniszczonego na dwa stulecia przed odlotem ludzi. Po co ktoś miałby budować tutaj coś takiego? I na dodatek zapełnić je idealnie odwzorowanymi ziemskimi pieniędzmi i drobiazgami? A może wcale nie jest to kopia. Na dodatek w mieście znalezione zostają resztki obozowiska. Ktoś niedawno spędził tu czas i to ktoś inteligent, potrafiący gotować i korzystać ze sztućców.

Tymczasem na statku trwa badanie sprawy intruza, który zapładniał kobiety. Matka bliźniaczek nic najwyraźniej nie pamięta, ale całe wydarzenie jest więcej niż niepokojące. A to dopiero początek…

 

Centaurus” to seria znakomita. Tak po prostu. Może nie szczególnie odkrywcza, bo w fantastyce podobne motywy występowały już niezliczoną ilość razy więc na wielkie nowości  nie macie co liczyć, a jednak twórcy tego cyklu zdołali przekuć je w coś fascynującego. Historia ma klimat, oferuje ciekawe przygody, zawiera też obowiązkową porcję niebezpieczeństw i zachłyśniecie się epickimi sekwencjami, ale w tym wszystkim znaleźć można coś więcej. Głębie i przesłanie? Nie do końca, ale intrygującą zagadkę – a właściwie kilka zagadek – a także wyraźne odniesienia do klasyki gatunku, które sprawiają, że całość nie tyle się czyta, co pochłania jednym tchem.

 

Szata graficzna? Też nie zawodzi. Rysunki Janjetova są znakomite szczególnie, jeśli chodzi o tła, plenery i znakomite oddanie detali. Gorzej wychodzi mu prezentacja twarzy bohaterów – są charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne, niemniej trochę zbyt toporne – ale i tak to jedynie drobny minus. Cała reszta, łącznie z dobrym wydaniem jest jak najbardziej na plus i warto ją polecić każdemu miłośnikowi Science Fiction. Nieważne czy lubi komiksy, czy nie, na pewno będzie bardzo zadowolony. Ja ze swej strony polecam bardzo gorąco.

Książkarnia

KSIĄŻKARNIA 2.0

W lutym blog.pl przestaje działać. Ale Książkarnia nie znika, zmienia się jedynie jej adres (i nieco wygląd, ale mam nadzieję, że na lepsze). Wprawdzie stara odsłona do lutego wciąż będzie działała, niemniej już teraz zapraszam na nową Książkarnię:
https://ksiazkarniablog.blogspot.com/
i mam nadzieję, że będziecie odwiedzać ją równie chętnie, jak tą :)

Pozdrawiam i przy okazji życzę wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Michał

Batman/Sędzia Dredd: Wszystkie spotkania – Alan Grant, John Wagner, Simon Bisley, Cam Kennedy, Val Semeiks, Glenn Fabry, Carl Critchlow, Dermont Power, Jim Murray

PRAWO, SPRAWIEDLIWOŚĆ I ŚMIERĆ

 

Kończący się właśnie rok 2017 był rokiem fantastycznych komiksowych wznowień. Wśród setek nowości, na księgarskie półki powróciły także albumy, na które czytelnicy czekali od lat. „Kaznodzieja”, „Hellboy”, „Osiedle Swoboda”, „Życie i czasy Sknerusa McKwacza”, „Top 10” – to tylko część z nich, absolutne musisz-to-mieć dla miłośników opowieści graficznych. Grudzień też przyniósł kolejną, znakomitą reedycję, uzupełnioną przy okazji o wcześniej niepublikowane w naszym kraju albumy. „Batman/Sędzia Dredd: Wszystkie spotkania”, bo o nim mowa, to kawał znakomitego komiksu, w którym co prawda fabuła właściwie nie istnieje i stanowi jedynie pretekst do kolejnych starć i masakr, jednak szata graficzna jest tak zachwycająca, że naprawdę nie potrzeba już nic więcej.

 

Jeśli chodzi o treść, wszystko sprowadza się do tego, że oto pewnego dnia w Gotham City, mieście, które chroni Batman, pojawia się tajemniczy stwór, który określa siebie mianem Sędziego Śmierci. Po zamordowaniu dwójki kochanków i jednego z policjantów, jacy stają mu na drodze, musi stawić czoła Mrocznemu Rycerzowi. Ostatecznie starcie kończy się wysadzeniem Sędziego w powietrze, ale nie na wiele się to zdaje – nie można bowiem zabić czegoś, co już nie żyje. A czy można to powstrzymać? W końcu Sędzia Śmierć przybył tu w konkretnym celu – zabić wszystkich, bo dla niego życie jest zbrodnią. Batman badając tajemniczy pas, jaki po nim pozostał, przeniesiony zostaje do innego wymiaru, gdzie trafia do Mega City One – miasta, w którym porządku pilnuje Sędzia Dredd. Ten jednak uznaje Nietoperza za zagrożenie i zamyka w więzieniu. Z pomocą przychodzi mu jedna z towarzyszek Dredda, ale to dopiero początek, bo na wszystkich czeka starcie z potężnym wrogiem…

 

„Batman/Sędzia Dredd: Sąd nad Gotham”, pierwszy z sześciu zebranych tu komiksów, ukazał się w Polsce w roku 1993 nakładem wydawnictwa TM-Semic. Do dziś dzierży tytuł najlepiej wydanego z ich albumów, stał się też w pewnym sensie obiektem kultu – jak chyba każdy komiks  lat 90. XX wieku z rysunkami Bisleya – a przy okazji znalazł się na trzecim miejscu najlepszych polskich „Batmanów” zamieszczonej w ostatnim numerze „Batmana&Supermana”. Powrót tak legendarnej opowieści już sam w sobie można uznać za nie lada wydarzenie. Na szczęście wydawnictwo Egmont nie poprzestało tylko na tym i w solidnej grubości tomie zebrało także wszystkie pozostałe spotkania Batmana i Sędziego Dredda, a na deser dorzuciło wydany niegdyś na naszym rynku crossover „Lobo/Sędzia Dredd”. Co ważne, niemal połowa tych historii w Polsce nigdy wcześniej się nie ukazała. Przed laty zaserwowano nam co prawda dwuczęściowy „Uśmiech śmierci”, chronologicznie będący ostatnią częścią całości, ale już dwóch wcześniejszych albumów nie.

 

Aż do teraz. Lepiej jednak późno, niż wcale, bo to naprawdę udane komiksy. Owszem, fabuła w nich potraktowana została pretekstowo (choć odpowiadają za nią znani i cenieni Alan Grant i John Wagner), ale znajdziecie tu też naprawdę niezłe momenty – jak choćby „Wendeta w Gotham”. Całość, jeśli chodzi o treść, nie nudzi i czyta się szybko, ale prawdziwą gwiazdą tego pięknie wydanego albumu pozostają ilustracje. Najlepsze są oczywiście te Simona Bisleya, wspaniale malowane, mocno osadzone w estetyce lat 80., po prostu zachwycają. Swoją drogą Biz zdobył za nie najważniejszą komiksową nagrodę, Eisnera, a także dwie kolejne nominacje, a to także o czymś świadczy. Pozostali twórcy też radzą sobie nieźle. Proste grafiki Cama Kennedy’ego wpadają w oko, Critchlow, Power i Fabry (znany głównie z okładek serii „Kaznodzieja”) też wypadają bardzo dobrze, a fotorealistyczne grafiki Murraya śmiało mogą konkurować z tym, co pokazał Bisley. Rysowany przez Semeiksa Lobo, choć utrzymany w typowym, prostym i czystym stylu amerykańskich komiksów środka, też ma swój urok i budzi sentyment w czytelnikach wychowanych na TM-Semicowych publikacjach.

 

Wydanie „Batmana/Sędziego Dredda”, jak na DC Deluxe przystało, prezentuje się bez zarzutu. Twarda oprawa, dodatkowa obwoluta, kredowy, błyszczący papier… Wszystko to wygląda pięknie, album doskonale też prezentuje się na półce, a całość to kolejny komiks wart polecenia każdemu miłośnikowi tego medium. Dla takich ilustracji naprawdę warto.

Anihilacja #3 – Christos Gage, Keith Giffen, Stuart Moore, Giuseppe Camuncoli, Scott Kolins, Andrea DiVito, Mike McKone

OSTATNIE DNI ANIHILACJI

 

Wydawanie „Anihilacji” zaczęło się w naszym kraju w styczniu 2017 roku. Teraz, niemal rok później opowieść wreszcie dobiega końca, a zarazem wprowadza nas do ciągu dalszego: pierwszy tom serii „Anihilacja: Podbój” ukaże się już w lutym. Póki co jednak do rąk czytelników trafia finał eventu i jak można się było spodziewać, trzyma poziom, choć nadal początek całej opowieści, miniseria o Cammi i Draxie, pozostaje niepobity.

 

Nasz wszechświat rozszerza się. Ale nie jest jedynym wszechświatem, obok niego sąsiaduje bowiem ten rządzony przez Annihilusa – tak zwana Strefa Negatywna. Niestety jej przywódca uważa obecny stan rzeczy za zagrożenie dla swojego kosmosu, dlatego też wraz z olbrzymimi siłami, które przybierają nazwę Fali Anihilacji, wyrusza odebrać ta, co należy do niego. Fala sieje śmierć i zniszczenie i nikt nie jest w stanie jej powstrzymać. Z rozbitego Korpusu Nova, będącego siłami pokojowymi naszego wszechświata, z życiem uchodzi tylko jeden z jego członków. Teraz, wraz z innymi zdolnymi do walki, stara się powstrzymać wroga, zanim będzie za późno na jakiekolwiek działania. Po swojej stronie ma tak znakomitych wojowników, jak Gamora, Ronan, Drax, Star Lord czy heroldwoie Galactusa, ale z drugiej strony do Annihilusa dołączył nie kto inny, jak Thanos, który działa wprawdzie na swój sposób, ale przez to jest tym bardziej niebezpieczny. Tymczasem swoją walkę toczy także Galactus, do którego powrócił Silver Surfer. Jednak nawet ten Pożeracz Światów nie ma lekko – Aegis i Tenebrous są najwyraźniej potężniejsi od niego. Czy w takiej sytuacji jest jeszcze nadzieja? I czy cokolwiek może odmienić losy wojny?

 

Skoro od wydania „Anihilacji” minęło już dziesięć lat, a uniwersum Marvela nadal istnieje i istnieje też mnóstwo postaci występujących w tym evencie, trudno było by choć przez chwilę uważać, że mogłoby być inaczej. Ale przecież nie chodzi o to czy dobrzy bohaterowie wygrają, bo to oczywiste jest od początku, tylko za jaką cenę i w jaki sposób. I, oczywiście, także o to, by było widowiskowo i epicko – i tak też jest. Bo „Anihilacja” to (podobnie zresztą jak „Nieskończoność”) trochę takie „Gwiezdne Wojny” z całkiem sporą ilością pobocznych wątków i całkiem zgrabnie poprowadzoną fabułą.

 

Trzeci tom eventu jest lepszy od drugiego. W szczególności pod względem rysunków, ale i sama fabuła, która wkracza wreszcie w decydującą fazę przedstawia się naprawdę znakomicie. Nie ma tu chwili na nudę, walka dzieje się na wielu frontach, część z bohaterów chce osiągnąć własne cele… Dobrze wypada zabieg nie wciągania do opowieści czołowych herosów Marvela. Z bardziej znanych postaci mamy tu Novę, Star Lorda, Silver Surfera i na tym koniec. W końcu akcja dzieje się w kosmosie, gdzie praktycznie nie bywają ziemscy bohaterowie, dzięki czemu nie znajdziecie tu takich rzeczy jak wysyłanie na gwiezdną potyczkę postaci bez supermocy, jak to miało miejsce we wspomnianej „Nieskończoności”.

 

Graficznie ostatni tom „Anihilacji” prezentuje się zdecydowanie lepiej, niż jego poprzednik. Nie ma tu cartoonowych rysunków, a przynajmniej nie ma ich zbyt wiele, jest za to więcej realizmu i klimatycznych scen. A epickie momenty, szczególnie z Galactusem i finałowe starcie (oraz przede wszystkim okładki poszczególnych zeszytów) robią wrażenie.

 

Podsumowując: „Anihilację” warto jest przeczytać. To naprawdę świetny event, mający kilka absolutnie rewelacyjnych momentów, który nadaje się zarówno dla miłośników Marvela, jak i zupełnych laików. Całość uzupełniają akta poszczególnych postaci wyjaśniające skąd się wzięły, jakimi mocami władają i właściwie wszystko, co trzeba wiedzieć na ich temat. Do tego dochodzi znakomite wydanie, wzbogacone o dodatki w postaci galerii szkiców i wyciętej strony – i perspektywa ciągu dalszego, który już w lutym 2018 trafi na sklepowe półki. Ja już nie mogę się doczekać.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Lucky Luke #57: Nitrogliceryna – Lo Hartog Van Banda, Morris

WYBUCHOWA KOMEDIA

 

Dziki Zachód to konie, pociągi, kowboje, małe miasteczka, strzelniany i… Tak, tak, środki wybuchowe. Bo jak tu bez dynamitu wysadzić sejf? Albo tory? Ale przecież nie tylko do tego one służą, prawda? Niestety nawet używane w dobrym celu mogą przysporzyć wielkich kłopotów, o czym przekonuje się najszybszy z kowbojów, w kolejnym znakomitym tomie swoich przygód.

 

Jest rok 1862. Senat USA wydaje postanowienie o połączeniu linią kolejową wschodniego i zachodniego wybrzeża. O zbudowanie jej zaczynają rywalizować dwie kompanie: Central Pacific i Union Pacific. Obie dokładają starań by zdobyć koncesję, dają wielkie łapówki komu trzeba, ale w konsekwencji obie dostają do zbudowania po połowie linii. Jeden z pracowników tej drugiej wpada na pomysł jak pozbyć się konkurentów. Ponieważ do wydrążenia tunelu w górach potrzebna jest dużą ilość materiałów wybuchowych, kradną cały transport prochu należący do konkurencji. Kiedy kolejne dostawy podzielają jego los, Centra Pacific wynajmuje Lucky Luke’a, by służył za eskortę. Tym razem jednak przewożona jest nitrogliceryna, środek bardzo niestabilny i mogący wybuchnąć w każdej chwili. Wystarczy najlżejszy wstrząs, a skoro przewożona jest pociągiem, chętnych do transportu nie ma zbyt wielu. Szczególnie, że konkurencja nie śpi i nie zamierza pozwolić, żeby udało im się dotrzeć do celu. Jakby tego było mało, kiedy poprzednia dostawa środków wybuchowych eksplodowała niedaleko więzienia, przez dziurę w murze uciekli Daltonowie. Tak się składa, że zauważają oni skrzynię załadowywaną na pociąg i przekonani, że to złoto, postanawiają zdobyć ją. I to za wszelką cenę. Sytuacja z każdą chwilą się pogarsza, a Lucky Luke stara się zrobić wszystko, co w jego mocy by podołać tej misji…

 

Wybuchowa komedia pomyłek – to określenie pasuje do 57 tomu „Lucky Luke’a” lepiej, niż doskonale. Pełna humoru, znakomitej akcji, przygód i świetnego klimatu, wciąga i bawi już od pierwszej strony – i nie przestaje do samego końca. Takiej historii jak „Nitrogliceryna” nie powstydziłby się zresztą sam René Goscinny, scenarzysta odpowiedzialny za najlepsze z historii. Z tomami przygotowanymi przez innych niż on czy twórca postaci Morris bywało różnie, ale ten na pewno nie zawodzi, tak stałych czytelników, jak i zupełnie nowych odbiorców serii.

 

Świetny scenariusz to jednak nie wszystko. Album oferuje też znakomitą szatę graficzną, charakterystyczną zresztą dla serii. Cartoonową, zabawną, klasyczną, ale nieodmiennie przyjemną dla oka. Ponadczasową można rzec. A że całość tak samo bawi zarówno najmłodszych, jak i najstarszych czytelników, warto „Lucky Luke’a” polecić właściwie wszystkim.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.