Lanfeust z Troy (wydanie zbiorcze), tom 1 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

LANFEUST POWRACA

 

Po mniej więcej piętnastu latach od pierwszego polskiego wydania, „Lanfeust z Troy” powraca na księgarskie półki w pięknej, zbiorczej edycji. Wznowień nieco starszych pozycji nie brakuje w ostatnim czasie na naszym rynku, jednakże ten tytuł należy do tych, które zdecydowanie warto jest wyróżnić. Dlaczego? Bo dzieło Arlestona i Tarquina to zdecydowanie jedna z najlepszych komediowych serii fantasy, jakie komiksy mają w ogóle do zaoferowania, pełna przygód, niebezpieczeństw, humoru, krwi i całkiem sporej szczypty erotyki.

 

Witajcie w Troy, niezwykłym świecie, który obejmuje czarodziejska Aura podtrzymywana przez moc mędrców z miasta Eckmul. Tu każdy mieszkaniec posiada jeden magiczny talent, choć czasem są to umiejętności bardzo przydatne, a czasem zupełnie bezsensowne. Nie inaczej jest z Lanfeustem. Ponieważ za pomocą spojrzenia może topić metal, zostaje uczniem kowala Gramblota i wiedzie w miarę spokojne życie. Ale, jak się można domyślić, do czasu. Oto pewnego dnia w zakładzie zjawia się kawaler z Baronii, który uszkodził swoją broń w walce z trollem i prosi o naprawę. Niestety, kiedy tylko Lanfeust dotyka jego miecza, zaczyna dziwnie świecić i wpada do kadzi z roztopionym metalem. Straszna śmierć? Nic bardziej mylnego, bo chłopak, ku zdziwieniu wszystkich, wychodzi z tego bez szwanku, a nawet więcej. Kiedy bowiem zostaje zabrany do mędrca Nikoleda, ten odrywa, że młody pomocnik kowala zdobył moc Aury, co w skrócie oznacza, że zaczął właśnie władać wszystkimi możliwymi zdolnościami. A to oczywiście za sprawą ostrza miecza, które wykonano z kości Magohamotha, stworzenia odpowiadającego za całą magię w Troy. Fakt ten jednak nie wyjaśnia całego fenomenu, dlatego Nikoleda postanawia zabrać Lanfeusta do Ecmulu, by przyjrzeli mu się tamtejsi mędrcy. Do drużyny dołączają jego córki, jasnowłosa C’ian, wcielenie łagodności i dobrocią, którą kocha Lanfeust, oraz brunetka C’ixi, zwodząca mężczyzn kusicielka. Zaczyna się pełna niebezpieczeństw podróż, która stanie się zaledwie wstępem do wielkiej przygody!

 

„Lanfeust z Troy” to jeden z tych komiksów, które czyta się po prostu jednym tchem. Zabawny, wciągający, świetnie napisany i znakomicie narysowany, dostarcza solidnej porcji rozrywki stojącej na naprawdę znakomitym poziomie. Niby to wszystko już było, niby każdy czytelnik ceniący fantasy doskonale zna wszelkie motywy, jakie przewijają się przez strony tego albumu, ale scenarzyście udało się zmiksować to wszystko w coś przepysznego. I pikantnego.

 

A co dokładniej znajdziemy w tym komiksie? Właściwie wszystko, bez czego nie może się obejść gatunek fantasy. Jest quest, są przygody, magia, bogaty bestiariusz, dzielni wojownicy, piękne kobiety… Ale wszystko jest w pewien sposób uwspółcześnione, nie jeśli chodzi o realia, ale samo podejście do tematu. Bywa więc krwawo aż do granic parodii, nie brakuje erotyki i żartów z nią związanych, bohaterowie także mają mało archaiczny charakter, ale nie są to minusy serii. Wręcz przeciwnie, to one dodają jej uroku i mocy. A przy okazji całość nie jest wcale prostą, humorystyczną historyjką, jak mogłoby się wydawać. To soczysty, treściwy komiks dla starszych czytelników, rozrywkowy, ale na pewno nie głupi, za to bardzo klimatyczny i wciągający.

 

Szata graficzna „Lanfeusta” to także, kolokwialnie mówiąc, kawał dobrej roboty. Europejska, nieco cartoonowa kreska Didiera Tarquina znakomicie oddaje zarówno komediowe aspekty opowieści, jak i krwawe czy erotyczne elementy. Wzbogacona o dobrze dobrany kolor, przyciąga spojrzenie i przykuwa uwagę na dłużej. Po prostu super!

 

I cóż zostaje mi dodać, jeśli nie polecić tę serię Waszej uwadze? Jeśli jeszcze jej nie znacie, a lubicie fantasty i nie stronicie od jego humorystycznej części, rozejrzyjcie się koniecznie za „Lanfeustem z Troy” wśród nowości. Naprawdę warto.

 

Młody świat – Chris Weitz

ŻYJ SZYBKO, UMRZYJ MŁODO?

 

Gdybym miał się sugerować poleceniami na okładce tej powieści, chyba nigdy po nią bym nie sięgnął. James Patterson porównuje bowiem „Młody świat” do marnej i bezsensownej „Niezgodnej”, a to nie jest najlepsza reklama dla książki, a jakby tego było mało, z całkiem sporego dorobku kinowego jej autora wytłuszczono koszmarny „Księżyc w nowiu”. Pojawił się też hit w postaci „Łotra 1”, ale czemu pominięto „Był sobie chłopiec?”. Na szczęście „Młody świat” to niezła książka, którą naprawdę dobrze się czyta.

 

To był rekordowo dobry rok dla padlinożerców, jak mówią ci, którym pozostało jeszcze nieco humoru – choćby i czarnego. Większość ludzkości zginęła. W wyniku dziwnej epidemii umarli wszyscy dorośli i wszystkie dzieci, pozostali jedynie nastolatkowie, a wśród nich dowodzący jedną z grup ocalałych zamieszkujących okolice Placu Waszyngtona Jefferson, i Donna, w której jest zakochany. Muszą żyć w świecie, gdzie jedzenie stało się największym dobrem, konsole do gier i odtwarzacze muzyki służą tylko nielicznym, potrafiącym wytworzyć prąd, a na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo, bo dostęp do broni ma każdy, kto splądrował sklep czy odpowiednie miejsce, a młodzi ludzie albo utworzyli nie zawsze przyjaźnie nastawione grupy, albo popadli w szaleństwo. Nadziei na poprawę sytuacji nie ma. Seks przestał grozić ciążą, więc gatunek nie zdoła przetrwać, a jakby tego było mało wszyscy żyją ze świadomością, że po osiągnięciu pełnoletności zaczną chorować i umrą. A co gdyby pojawiła się szansa na ocalenie? Jeden z członków grupy Jeffersona wpada na trop lekarstwa, ale by osiągnąć cel, nastolatkowie muszą odbyć niebezpieczną podróż, czy jednak ich wyprawa ma szansę powodzenia? I co czeka na nich w drodze?

 

Choć postapo nie jest młodym gatunkiem, jego popularność nie przemija. Wręcz przeciwnie, w ostatnich latach zdaje się przeżywać swoją drugą młodość, może nawet intensywniejszą niż ta pierwsza. Literatura postapokaliptyczna narodziła się praktycznie wraz z Science Fiction, bo za powieść rozpoczynającą ten odłam fantastyki uważa się wydanego w 1826 roku „Ostatniego człowieka” Mary Shelley, potem dzieła reprezentujące ów nurt tworzyli choćby H.G. Wells, Arthur C. Clarke, Stephen King czy jego syn Joe Hill. Sporą popularność zyskał także Dmitry Glukhovsky ze swoim przereklamowanym „Metrem 2033”. Ja na tym bogatym i różnorodnym tle wypada Chris Waitz, reżyser takich hitów, jak „American Pie” czy znakomity „Był sobie chłopiec” oraz scenarzysta m.in. „Mrówki Z” i „Złotego kompasu”, który „Młodym światem” debiutuje jako powieściopisarz?

 

Jak wspominałem na początku, całkiem nieźle. To lekka, prosta, niezobowiązująca lektura dla młodych czytelników, którzy lubią fantastykę. Powieść ma swoje dobre strony (czyta się ją szybko i bez znudzenia, czasem autor miewa trafne komentarzem, jak choćby wtedy gdy portretuje współczesną młodzież, która wygląda niczym transwestyci, czasem potrafi urzec swoją wizją), ma też minusy (zbyt wiele akcji, zbyt mało psychologii bohaterów oraz ukazania ich świata, czasem także szwankuje logika), ale w ostatecznym rozrachunku to niezła lektura. Sympatyczna, ciekawa, niepowalająca na kolana, ale i nierozczarowującą. Ot rozrywkowa literatura środka dla nastoletnich odbiorców. Grupie docelowej się spodoba, szczególnie, że bohaterowie nie są grzecznymi dzieciakami, więc im mogę polecić ją z czystym sumieniem.

 

A wydawnictwu Insignis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Śpiące królewny – Stephen King, Owen King

KRÓLEWNY W KOKONIE

 

Każda kolejna powieść Stephena Kinga to spore literackie wydarzenie; wiedzą o tym nawet ci, którzy twórczości autora z Maine zwyczajnie nie lubią. Gorzej rzecz się ma jednak jeśli chodzi o Owena Kinga, bo choć drugi z synów Króla, Joe Hill, zrobił już całkiem sporą karierę, Owen nie zdobył większej popularności. Co więcej na naszym rynku ukazał się dotychczas tylko jego debiutancki zbiór opowiadań i póki co nikt nie zainteresował się publikacją jego (podobno znakomitej) powieści „Double Feature”. Mam nadzieję, że ten stan rzeczy zmienią „Śpiące królewny”, bo to, napisane wspólnie z ojcem dzieło, pokazuje, że zbyt szybko czytelnicy skreślili młodego Kinga, nawet jeśli to Stephen gra w tym przypadku pierwsze skrzypce.

 

Clint i Lila Norcross żyją w miasteczku Dooling w Zachodniej Wirginii. On pracuje jako psychiatra w tutejszym zakładzie karnym dla kobiet, ona jest lokalnym szeryfem. Wydają się wieść spokojne życie, aż pewnego dnia wybucha tajemnicza epidemia, która sprawia, że wszystkie kobiety zasypiają. Z tym, że nie jest to zwykły sen – w trakcie jego trwania, zaczyna otaczać je dziwna substancja, przypominająca coś na kształt kokonu. Nikt nie wie co się dzieje ani tym bardziej dlaczego, a sytuacja ulega pogorszeniu, kiedy okazuje się, że naruszenie kokonu albo obudzenie znajdującej się w nim kobiety wywołuje u niej morderczy szał. Zostawieni sobie mężczyźni stają się coraz bardziej agresywni, także wobec nieświadomych niczego przedstawicielek płci przeciwnej, i prymitywni. W ich świecie dochodzi do podziałów, które każdy wykorzystuje na własny sposób, a jeszcze większe zamieszanie wprowadza Evie. Jako jedyna kobieta nie zapadła w sen, wydaje się być odporna na całą epidemię – czy cokolwiek to właściwie jest – ale nie każdy chce je pomóc…

 

Przyznam się, że kiedy spory czas temu ujawniono opis niniejszej powieści, nie spodziewałem się po niej niczego wielkiego. Z jednej strony sam pomysł brzmiał jak skrzyżowanie „Skazanych na Shawshank” z zapomnianym już nieco filmem „Kokon” i chyba nieznanym w Polsce tekstem „The Screwfly Solution” Raccoony Sheldon. Poza tym miała być to kolejna z prac Stephen Kinga napisana wspólnie z innym autorem, a te nigdy nie wychodziły mu najlepiej – nieważne, że w tym przypadku tworzył ją razem z synem, bo i takich tekstów w jego karierze nigdy nie brakowało. Na szczęście „Śpiące królewny” okazały się znakomitą, wciągającą i fascynującą lekturą, od której nie można się oderwać. Lepszą niż większość ostatnich dokonań autora z Maine, takich jak trylogia „Pan Mercedes” czy zbiór krótkich form „Bazar złych snów”.

 

Sam pomysł na fabułę nie brzmi może najlepiej, ale Kingowie wycisnęli z niej wszystko co najlepsze. Owszem, w twórczości Kinga (ojca) mieliśmy już nieraz do czynienia z podobnymi motywami, a jednak „Królewny” nie są ani trochę wtórne. Rozwiązanie niektórych wątków oczywiście bywa naciągane, ale taki już urok dzieł Mistrza Horroru. Siłą najnowszego z nich jest rozpalająca wyobraźnię wizja i to, jak bardzo wciąga właściwie już od pierwszej strony. Tradycyjnie znakomicie napisane, płynnie poprowadzone i urzekające, „Śpiące królewny” potwierdzają świetną formę Stephena Kinga i stanowią znakomitą pozycję, która spodoba się nie tylko miłośnikom jego twórczości. Idealna lektura na Halloween, będąca skrzyżowaniem horroru z postapo gwarantowana. Polecam bardzo gorąco!

 

A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie książki do recenzji.

Duchowe bliźnięta – Mitsukazu Mihara

ODNALEŹĆ SIEBIE

 

Kolejna z jednotomówek Waneko, „Duchowe bliźnięta”, to solidna, bo licząca niemal 400 stron pozycja dla starszych odbiorców. Zaczyna się mocnym akcentem, potem akcja wydaje się wręcz niewinna, by bliżej finału przejść w poruszającą opowieść pełną brudu, smutku i goryczy. Opowieść, która doskonale nadaje się jako halloweenowa lektura, gdzie to nie duchy, a zwykli ludzie przerażają najbardziej.

 

Istnieją osoby, które są dla siebie duchowymi bliźniętami. Są tacy sami, choć może mieszkają na drugim końcu świata i wydają się być kimś zupełnie innym. Każdy z nas szuka kogoś takiego – czasem spotyka go ot tak, przypadkiem, czasem odkrywa powoli, a czasem nie udaje mu się dokonać tego wcale.

31 października w Maryland zabity zostaje chłopiec o imieniu Alex. Dokładnie w tym samym czasie w Saksonii w Niemczech ginie kolejne dziecko, Rite. Pewnego dnia oboje odkrywają, że istnieją ludzie, którzy mogą ich widzieć. Ci ludzie mają swoje duchowe bliźnięta i to właśnie umożliwia im dostrzeżenie duchów – a dokładniej tych dwóch konkretnych, które przemierzają nasz świat spotykając kolejne takie osoby. Japonka, która nie może mieć dzieci, lekarz, który obwinia siebie, że nie był w stanie uratować wielu młodych ludzi, cosplayer przebierający się za ulubiona mangową bohaterkę, przyjaciele, którzy dawno się nie widzieli, kobieta nosząca gotyckie stroje… Alex i Rite spotykają na swojej drodze najróżniejsze osoby, poznają je, każde w swoim miejscu, ale sami nie potrafią poznać siebie. Nie pamiętają przeszłości, nie wiedzą też, co może przynieść przyszłość. Jednakże zbiegi okoliczności prowadzą do wielu nieoczekiwanych spotkań, które na zawsze odmienią zarówno ich, jak i ludzi, z którymi się zetknęli…

 

„Duchowe bliźnięta” mają swoje dobre i złe strony. Do tych drugich zaliczyłbym trochę chaotyczne prowadzenie akcji w środkowej części mangi – i pewnie kilka dłużyzn, jakie wkradły się do całości – a także sam finał, który był dość przewidywalny, ale przeszłość bohaterów, zaserwowana nam przez autorkę „Doll”, a także wiele znakomitych scen, rekompensuje wszystko. A przy okazji sprawia, że historię tę – bardziej powieść graficzną, niż kolejną mangę – zdecydowanie warto jest poznać.

 

Co jest największą siłą „Bliźniąt”? Przede wszystkim wspomniane sceny z przeszłości. Tak pełne niesprawiedliwości, tak brudne, smutne i poruszające, że nie da się przejść obok nich obojętnie. Ale całości także nie można zbyt wiele zarzucić. Mangę czyta się szybko i przyjemnie, akcja nie nudzi, ciekawie wypadają też sami bohaterowie i relacje pomiędzy nimi, szukanie siebie (w obu tego zwrotu znaczeniach)… Szata graficzna także trzyma poziom, choć jest prosta. Rysunki z gotycką nutą ciążą w stronę europejskiej techniki ligne claire, ale pozostają jednak na wskroś japońskie. Szwankuje trochę sam finał, ale i on nie jest zepsuty – po prostu zbyt wiele w nim fantastyki, a za mało zaskoczenia. Całość jednak pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie, dlatego polecam „Duchowe bliźnięta” uwadze miłośnikom mroczniejszych mang.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Harry Potter i Więzień Azkabanu (wydanie ilustrowane) – Joanne K. Rowling (ilustracje: Jim Kay)

HARRY POTTER I GENIALNA EDYCJA ‘WIĘŹNIA AZKABANU’

 

Trzeci tom przygód małego czarodzieja jest nie tylko jednym z najlepszych, jakie seria ma do zaoferowania, ale także zdecydowanie najważniejszym dla mnie. To w końcu od niego zaczęła się moja przygoda z Harrym Potterem, kiedy jako nastolatek, któremu spodobały się pierwsze dwa filmy, postanowiłem sięgnąć po książki i właśnie od niego zacząłem lekturę sagi. I wciągnął mnie tak bardzo, że pochłonąłem go w zaledwie kilkanaście godzin. Od tamtej pory, tak jak zresztą do wszystkich pozostałych tomów, wracałem do niego nie raz, ale niniejsza, przepięknie ilustrowana edycja, pozwoliła mi na nowo odkryć tę wspaniałą opowieść i raz jeszcze zanurzyć się w magicznym, pełnym niebezpieczeństw i przyjaźni świecie, który pokochały miliony.

 

Harry skończył drugi rok nauki w Hogwarcie, cudem przeżywszy walkę z bazyliszkiem, i teraz spędza kolejne wakacje u Dursleyów. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie odwiedziny ciotki i kłótnia, przez którą mały czarodziej używa czarów i zmuszony jest uciec z domu. Bojąc się, że zostanie wyrzucony ze szkoły, zamieszkuje w Dziurawym Kotle, gdzie zaskakuje go jednak wizyta ministra magii Korneliusza Knota. Ten natomiast, nie dość, że nie chce pozbawić go możliwości powrotu do Hogwartu, to jeszcze wydaje się podejrzanie miły. Jak wkrótce przekonuje się Harry, cała sytuacja ma związek z niejakim Syriuszem Blackiem, uciekinierem z więzienia Azkaban, który z jakiegoś powodu pragnie Harry’ego odnaleźć…

 

Co jest dobrego w „Więźniu Azkabanu”? Przede wszystkim mamy tu wszystko to, co najlepszego seria ma do zaoferowania, ale w bardziej mrocznej i dojrzalszej niż dotychczas formie. Harry od początku mierzy się ze zwiastunami nadchodzącej śmierci, dowiaduje się więcej na temat zabójstwa rodziców (oczywiście nadal nie wszystko jest jeszcze wiadome), do tego dochodzi zagadka rodem z thrillera, która autentycznie zaskakuje swoim rozwiązaniem i pojawienie się groźnych postaci – morderca, wysysający szczęście, a w skrajnych przypadkach także duszę, Dementorzy, Bogin, który potrafi przybrać dowolny kształt tego, czego boi się osoba stająca z nim oko w oko, wilkołak… A wszystko to w połączeniu z przesłaniem, przygodą, magią i pochwałą przyjaźni i dobra. Rowling chciała, by książki dojrzewały tak, jak ich czytelnicy i to widać w „Więźniu”; ale nie tylko jeśli chodzi o samą fabułę i poruszaną tematykę.

 

Dojrzalsze i bardziej mroczne są także ilustracje Jima Kaya, które stanowią największą atrakcję tego wydania. Co jest w nich takiego dobrego, widać już na pierwszy rzut oka. Są piękne, kolorowe, doskonale dobrane do treści, rzeczywiste i baśniowe jednocześnie, a z tomu na tom stają się coraz bardziej realistyczne. Twarze zaczynają przypominać zdjęcia, ale jednocześnie Kay nie posiłkuje się zbyt mocno filmowymi adaptacjami. Jego graficzne opracowanie „Harry’ego Pottera” ma swój własny, niepowtarzalny charakter oparty na tekście Rowling, a jednocześnie dodaje powieści czegoś od siebie. Po prostu coś wspaniałego!

 

A że także sama treść oraz styl, jakim „Więzień Azkabanu” został napisany, zachwycają, w ręce czytelników trafia książka, którą powinien poznać każdy – tak, jak całą tę serię. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie czytaliście „Harry’ego Pottera”, powinniście jak najszybciej nadrobić ten błąd. To prawdziwy fenomenem i jednocześnie cykl, który dostarcza znakomitej zabawy dzieciom i dorosłym, a niniejsze wydanie nadaje się doskonale do zaczęcia przygody z małym czarodziejem (zresztą miłośnicy opus magnum Rowling także powinni dołączyć je do swojej kolekcji, bo stanie się jej prawdziwą ozdobą). Polecam bardzo, bardzo gorąco!

 

A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

ReLIFE #7 – Sou Yayoi

FESTIWAL MIŁOŚCI

 

Szósty tom „ReLiFE” zakończył się retardacją, która, jak to na tę figurę retoryczną przystało, rozpaliła moją ciekawość do tego stopnia, że jak najszybciej chciałem poznać ciąg dalszy. Siódmy na szczęście nie zawiódł pokładanych w nim oczekiwań. Trzyma poziom i dostarcza solidnej porcji emocjonującej zabawy, w satysfakcjonujący sposób rozwijając dotychczasowe wątki. I jak świetnie go się czyta!

 

Oga i Kaizaki podglądają dziwne spotkanie Kariu z pewnym mężczyzną. Oga nie wie co się dzieje, martwi się, że dziewczyna, którą przecież kocha, jest na randce, ale jej nienaturalne zachowanie wydaje mu się podejrzane. Co ma zrobić w takiej chwili? Kaizaki wie jedno – nie może dać się zauważyć, ponieważ mężczyzna zna go z życia sprzed ReLIFE, a zdemaskowanie zakończyłoby cały projekt. Wszystko to prowadzi jednak do tego, że Oga, pod wpływem porad kolegów, decyduje się wyznać Kariu miłość. Co więcej, dziewczyna zamierza powiedzieć jemu o swoich uczuciach. Oboje postanawiają zrobić to na festiwalu z pokazem fajerwerków, jednak im bliżej są tego momentu, tym trudniej jest im się przełamać. Czy będą w stanie zrobić to, czego tak pragną?

Tymczasem Kaizaki coraz bardziej zbliża się do Hishiro. Niestety, chociaż sam doradza przyjaciołom i był już w związku, nie potrafi nic z tym zrobić. Nie pomaga mu fakt, że jest od niej o dziesięć lat starszy i tylko udaje nastolatka, a jakby tego było mało, źle odbiera wszelkie jej gesty….

 

Sytuacja uczuciowa w mandze z każdą chwilą komplikuje się coraz bardziej – ale to właśnie jest jednym z najlepszych elementów „ReLIFE”. Po tym, jak przeszłość Kaizakiego i to, co wydarzyło się w pracy zostały ujawnione, to właśnie miłość stanowi najważniejszy i najbardziej poruszający element mangi. Można rzec, że teraz zaczął się jej prawdziwy festiwal, bo na pokazie fajerwerków wybucha wiele uczuć, a co z tego wynika, musicie przekonać się sami. A warto!

 

Zdarzało mi się trochę narzekać na tę serię – wątki z zawodami sportowymi z jednego z poprzednich tomów do mnie nie trafiły – ale teraz akcja rozwinęła się tak, że aż nie mogę doczekać się kolejnej części. Zaskoczenie, jakie autorka serwuje nam w finale nie tylko budzi duże emocje, ale przede wszystkim otwiera ciekawe możliwości dla ciągu dalszego. Ale przecież całość, od samego początku do ostatniej strony, trzyma znakomity poziom i dostarcza porcji przeżyć, dla których warto jest czytać tę serię.

 

Do tego dochodzi też znakomita szata graficzna. Dobrze, że ilustracje są coraz mroczniejsze, lepiej bowiem pasują do treści, a fakt, że manga jest w całości kolorowa, dodaje jej uroku – i pewnego powiewu świeżości na tle innych tytułów, które rzadko wychodzą poza dwie, trzy kolorowe strony na tom. Jeśli lubicie dobre mangi obyczajowe, „ReLIFE” to tytuł, który gorąco polecam Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarz do recenzji.

Fistaszki zebrane 1983-1984 – Charles M. Schulz

WYBORNE FISTASZKI

 

Można je kochać, można nienawidzić, ale nie da się zaprzeczyć geniuszowi „Fistaszków”, które udowodniły, że coś tak prostego, jak humorystyczny pasek gazetowy, może być tworem absolutnie rewelacyjnym. Zabawnym, mądrym, odrobinę ciętym, piętnującym to, co w nas złe – po prostu satyrycznym, a zarazem na tyle lekkim by można było traktować go jako pozycję rozrywkową. Najnowszy, siedemnasty już tom, nie zwalnia tempa i trzyma poziom, dostarczając niesamowitych wrażeń.

 

Jak to zwykle w przypadku pasków do gazety bywa, trudno jest tutaj mówić o jakimś motywie przewodnim. Tym razem jednak więcej jest miłości, chociaż nie brakuje również baseballowych, muzycznych, czy skautowskich wrażeń. Oczywiście między innymi. Z jednej strony mamy związek Charliego z Pepermint Paty i Marcie, a ten oczywiście rozkwita i nabiera tempa, z drugiej Linus zmaga się z uczuciem Sally, a gdzieś między tym wszystkim zaiskrzy między parą ptasich skautów. Schroeder postanawia przestać być tak poważny, Charlie ponosi porażkę w sporcie, powraca Spike, brat Snoopy’ego, bohaterowie męczą się ze szkolnymi zdaniami (ach ta tabliczka mnożenia i gruszki!) i wiele, wiele więcej. To w końcu kolejne dwa lata z ich życia (umowne, ale jednak), zmieniają się pory roku, a wraz z nimi pojawiają się kolejne problemy. Śnieg czy słońce, deszcz czy wiatr, jedno jest pewne, z „Fistaszkami” nie można się nudzić!

 

Chyba nie da się już napisać o tej serii niczego oryginalnego. Przez 67 lat, jakie minęły od jej premiery (a warto nadmienić, że „Fistaszki” były publikowane nieprzerwanie dokładnie pół wieku, do chwili śmierci autora) powiedziano już bowiem wszystko. Ale są takie dzieła, a komiks Charlesa Schultza zdecydowanie do nich należy, o których mimo to wciąż chce się mówić. Bo zachwycają, bo poruszają, bo satysfakcjonują… Można by długo wymieniać, a premiera każdego kolejnego tomu zbiorczego wydania to doskonała okazja by przypomnieć czym jest to dzieło i co ma do zaoferowania.

 

A jest tego niemało. Każda strona tego tomu to 1-3 historie z sympatycznymi bohaterami w roli głównej, czasem łączą się w dłuższą fabułę, zachowując jednocześnie autonomiczność poszczególnych pasków, czasem są niezależnymi humoreskami. Jak wspominałem na początku, wszystkie doskonale sprawdzają się zarówno jako zabawny, niezobowiązujący komiks dla poprawy humoru, jak i trafny utwór satyryczny, skłaniający do myślenia. „Fistaszki” to przy okazji dzieło posiadające swój własny charakter, które, choć wywodzi się ze starszych pozycji, jak choćby „Kot Krejzol”, samo stało się wyznacznikiem dla kontynuatorów tradycji tej formy komiksowej. Znakomicie przy tym narysowane i przepięknie wydane, są pozycją, którą przeczytać powinien każdy – nie tylko miłośnicy komiksów, a także stanowią piękną ozdobę biblioteczki. Dlatego polecam ten tytuł bardzo, bardzo gorąco Waszej uwadze, bo te „Fistaszki” są wprost wyborne.

 

A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Orange #6 – Ichigo Takano

KOLOR ZACHODU SŁOŃCA

 

Ta manga była dla wielkim zaskoczeniem. Nie tylko jeśli chodzi o tom szósty, który właściwie nie miał prawa powstać, jako że cała opowieść została już zakończona, ale w ogóle. Kiedy sięgałem po pierwszą jej część, liczyłem na lekką, prostą opowiastkę dla zabicia czasu, a tymczasem otrzymałem poruszającą, intrygującą i wciągającą opowieść o miłości i próbach zmienienia przyszłości, która źle się potoczyła. Cieszę się, że mogłem ją przeczytać, cieszę się też, że pojawił się  ciąg dalszy – i to godnie kontynuujący całość. A perspektywa, że to być może jeszcze nie koniec, optymistycznie nastraja na, nomen omen, przyszłość.

 

Piątka przyjaciół będąc w liceum straciła swojego kolegę, Kakeru, który popełnił samobójstwo. Doprowadził do tego splot wielu okoliczności, a oni nigdy nie przestali obwiniać się o jego śmierć. Jednakże udało im się znaleźć sposób by przesłać do przeszłości wiadomości o tym, co się stało i odmieć losy chłopaka. W wyniku tych działań Kakeru nie zginął – przynajmniej w tej linii czasowej, do której trafiły wiadomości: reszta pozostała taka sama. Ale czy aby na pewno? W tym miejscu zaczyna się akcja tomu 6. Bohaterowie z przyszłości wysyłają listy w podróż w czasie, ale nie mają nawet pewności, że gdziekolwiek one dotrą. Jak jednak wyglądałaby ich teraźniejszość, gdyby to ich Kakeru dzięki temu przeżył? Pojawia się szansa zobaczenia tego na własne oczy…

Jednocześnie obserwujemy jak wyglądało ich życie od momenty samobójstwa przyjaciela, niemalże do czasów obecnych. Kończy się liceum, drogi wszystkich się rozchodzą. Suwa, który staje się głównym bohaterem tej historii, próbuje zdobyć Naho. Ta wciąż kocha jednak Kakeru i nic nie jest w stanie tego zmienić. Co w takiej sytuacji zrobi chłopak? I jakie będą jego prawdziwe intencje?

 

Uwielbiam tę mangę. Po prostu uwielbiam. Niby to tylko taka nieskomplikowana opowieść typu szkolne życie o chłopaku z problemami, który kochał dziewczynę, ale nie potrafił nic z tym zrobić, dziewczynie, która także go kochała, ale podobnie unikała zaangażowania, zakochanym w niej koledze i ich przyjaciołach. Nutka fantastyki w postaci świadomości nadchodzących wydarzeń i prób ich zmienienia tylko dodawała „Orange” smaku. Wszystko jednak się wyjaśniło, rozwiązało i zakończyło. Czy był sens tworzyć ciąg dalszy?

 

Tak! I cieszę się, że szósty tom „Orange” ujrzał światło dzienne, bo to znakomity dodatek do tej świetnej mangi, ukazujący przede wszystkim co wydarzyło się w przyszłości. Przede wszystkim jednak przywołujący te emocje i wzruszenia, które towarzyszyły czytaniu serii, a to naprawdę wiele znaczy. Szczególnie, że całość czyta się znakomicie i dosłownie jednym tchem, i z wielką przyjemnością ogląda, bo kreska, choć prosta i delikatna, pozostaje niesamowicie urocza i doskonale pasująca do samej opowieści.

 

Jeśli więc czytaliście „Orange” i zastanawiacie się czy warto sięgnąć po ten dodatkowy tom, przestańcie i koniecznie go przeczytajcie. A jeśli nie czytaliście tej serii? Jeśli lubicie obyczajowe opowieści o miłości (celowo nie używam tu słowa romans, bo to jednak kojarzy się z kiepskiej jakości czytadłami i wyrządziłoby tej historii krzywdę), koniecznie powinniście ją poznać. Jest tego naprawdę warta, dlatego polecam gorąco i mam nadzieję, że autorka jak najszybciej stworzy tom siódmy!

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kuro #3 – Somato

KURO – KONIEC

 

„Kuro” to jedna z ciekawszych mang, jakie czytałem – i to nie tylko w ostatnim czasie. Połączenie słodkiej opowieści o przyjaźni dziewczynki i nietypowego kota, z horrorem o tajemniczych demonach okazało się w tym wypadku strzałem w dziesiątkę. Urok i mrok splatają się w tej historii tak, jak kolorowe strony z czarnobiałymi, tworząc wciągającą opowieść, która wreszcie doczekała się swojego finału. I to finału satysfakcjonującego, jak cała ta króciutka, ale warta poznania seria.

 

Mała Koko po śmierci rodziców, którzy życie stracili w wypadku, mieszka sama w wielkim domu. Za jedynego towarzysza ma kota Kuro, jednak zwierzak nie jest tym, na co wygląda. Sam stracił życie, powrócił zza grobu jako stworzenie opętane przez demona, ale różni się od bestii, które mordują ludzi: broni dziewczynki i dba o nią. Czy taki stan rzeczy może trwać długo? Po ostatnich wydarzeniach Kuro wyssał ze swojej pani kolor, do tej pory nikt nie przeżył czegoś takiego, ale jej nic nie jest – poza tym, że jej włosy stały się białe, nie zmieniło się nic. Jednakże jej przyjaciółki Maria i Milk decydują się ocalić Koko przed „kotem”, tym bardziej, że mieszkańcy miasta także nie zamierzają siedzieć bezczynnie. Takiej sytuacji, jak obecna nie było nigdy, ale nie mogą przecież ryzykować. Wszyscy spotykają się w domu dziewczynki by ostatecznie rozwiązać problem. Na jaw wychodzą kolejne szczegóły z przeszłości Koko i detale na temat funkcjonowania świata, ale czy ta historia może zakończyć się szczęśliwie?

 

Co jest największą siłą „Kuro”? Przyznam, że sam nie potrafię zdecydować – czy niesamowity klimat tego komiksu, czy też jego szata graficzna. Fabuła jest w końcu prosta i lekka, to prawda, ale rozwiązanie zagadek nie rozczarowuje (w tym tomie dowiadujemy się kolejnych ciekawych rzeczy, choćby czym właściwie są białe kwiatki, które trzymają demony z daleka od ludzi), dobrze też, że nie wszystko podane jest wprost. Klimat tego dzieła jest wspaniały, balansujący na granicy niewinnej historii i mrocznego horroru, ale równie zachwycające są też ilustracje. Z jednej strony mamy tu bowiem urocze dziecięce postacie o niewinnych buziach, z drugiej mroczne bestie, krwawe sceny i przepięknie, realistycznie przedstawione otoczenie. A większość tego tomu przygotowana została w pełnym kolorze, który robi wielkie wrażenie.

 

Aż szkoda, że to już ostatni tom „Kuro”. Ale jak to mówią, to co dobre, szybko się kończy, a ta manga jest dobra, i to bardzo. Dlatego też gorąco polecam ją Waszej uwadze, świetnie się ją czyta, z wielką przyjemnością ogląda. Po porostu super!

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.