Wypuść mnie, proszę i inne opowiadania – Edward Lee

MROCZNE OPOWIADANIA SEKSUALNEGO TERRORU

 

Bohaterki tekstu „Niewłaściwy facet”, zamieszczonego na łamach tego zbioru, lubią myśleć o sobie, że są filozofkami nowych, mrocznych wieków seksualnego terroru. I to hasło doskonale określa również niniejszą pozycję. Czy klasyfikować ją do gatunku bizarro fiction, czy bardziej dosadnie do przedstawicieli torturę porn a nawet gorno, groza wynikająca z ludzkich popędów to coś, co dominuje w pełnych okrucieństwa i obrzydliwości ekstremalnych opowiadaniach Edwarda Lee.

 

Jak chore są pomysły autora takich dzieł, jak Sukkub”, „Golem” czy „Ludzie z Bagien”, łatwo się domyślić już po kilku zdaniach jego tekstów. W „Pani Kadłubku” narkomanka, której gangster odciął ręce, występuje w filmach porno typu Scat, w „Pomyśl życzenie” uzależniona od narkotyków, chora, ciężarna prostytutka mimo niewiary w życzenia, postanawia wypowiedzieć jedno z nich, a w tytułowym „Wypuść mnie, proszę”, kobieta w średnim wieku więzi swego niewiernego partnera, czyniąc zeń osobistego niewolnika seksualnego. Nie inaczej jest w przypadku „Stołu”, gdzie niejaka Elaine, dziewczyna zafascynowana seryjnymi mordercami, chce uprawiać seks na stole sekcyjnym, który kupiono z policyjnej aukcji. Dopiero „Powiedziała >śmierć<” pozornie odchodzi od tematu seksu, przedstawiając wariację na temat „Opowieści wigilijnej”, w której pragnący popełnić samobójstwo mężczyzna spotyka tajemniczą kobietę. To ona ukaże mu prawdę, światło w mroku… ale czy tylko? To jednak pozory, seks powraca, łagodniejszy niż wcześniej, ale nie mniej dosadny.

Kolejnym tekstem zbioru jest „Niewłaściwy facet”, historia biseksualnych socjopatek, które uwielbiają okaleczać i mordować mężczyzn – przedtem gwałcąc ich. A tuż po nim poznajemy „Postacie”, losy Linette mającej zostać zgwałconą i zabitą w pewnym rytuale. Mało? „Przejażdżka” przedstawia nam zatem cierpiącego na pewną chorobę osobnika zjadającego w postapokaliptycznej scenerii ludzi (nie, tematu seksu nie zabrakło), a „Gówniany dom” pokazuje najgorsze ludzkie uczynki, zlecenie brutalnego zabójstwa ciężarnej żony, seks z sześcioletnimi dziećmi czy gwałt na piętnastolatce, zakończony odcięciem jej rąk – co jest ich spójnikiem, niech zdradzi już sam tekst.

Zbiór kończą dwa króciutkie opowiadanka: „Skrawek papieru” oraz „Header – Początki”. W pierwszym z nich rozpadający się (dosłownie, w szpitalu coraz to amputują mu kolejne fragmenty ciała) bezdomny, który marzy o posiadaniu nóg i kobiety, znajduje pewną kartkę. W drugim siedzący przy ognisku ludzie snują opowieść o zemście i złu.

 

11 opowiadań, zaledwie 170 stron podanych całkiem sporą czcionką, ale „Wypuść mnie, proszę” Edwarda Lee to solidna dawka wrażeń dla miłośników brutalnych, przepełnionych seksem (a nawet seksizmem), wulgarnością i obrzydliwościami ekstremalnych historii. Teksty są krótkie, autor nie rozpisuje się, a jego styl cechuje prostota (i powracające motywy gwałtów, kastracji, prostytucji, narkomanii, chorób, rozpadu ciała, amputacji etc.). Dla jednych będzie to jak najbardziej in plus – otoczka zostaje odrzucona na rzecz konkretnej makabry i brudu, seksu i szaleństwa, serwowanych już od pierwszego akapitu – dla innych stanie się wprost niestrawne, bo nic nie równoważy mocnych wrażeń. Nie ma się co oszukiwać, proza uprawiana przez Lee nie reprezentuje sobą żadnych wyższych wartości, ma dostarczyć ekstremalnych wrażeń i to właśnie robi. A natłok kontrowersji potrafi przerazić, choć jednocześnie to, co serwuje autor nie jest ani szczególnie brutalne, ani pornograficzne – opisy kaźni i okaleczeń odarte zostały z detali, seks natomiast, w odróżnieniu od Mastertona, który również uwielbia wydziwiać pod tym względem, wydaje się mechaniczny, jakby wyrwany żywcem z filmów erotycznych puszczanych po 23.

 

Czy taka literatura przemówi do Was, musicie zadecydować sami, ale miłośnicy mocnych wrażeń (nie tylko horrorowych, zbiorowi bliżej do thrillerów bowiem) nie będą zawiedzeni. Opowiadania Lee, choć przewidywalne w pointach, czyta się szybko. Pewnie równie szybko zapomina, ale na krótką chwilę dostarczą niejednemu czytelnikowi chorej przyjemności.

 

A ja dziękuję Kostnicy za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Partyzanci. Wydanie zbiorcze, tom 2 – Đorđe Lebović, Julio Radilović, Marcel Čukli, Ervin Rustemagić

GDYBY MACLEAN PISAŁ KOMIKSY

 

Do pierwszego tomu „Partyzantów” zabierałem się z równie wielką ciekawością, co niepewnością. Z jednej strony nie miałem dotychczas okazji czytać jugosłowiańskiego komiksu i było to kuszące przeżycie, z drugiej opowieści wojenne (może poza makabrycznymi historiami pisanymi przez Ennisa) nie leżą w mojej sferze zainteresowań. A jednak ta seria przypadła mi do gustu. Czym? Swoją oldschoolowością i dobrym wykonaniem, a przede wszystkim znakomitymi ilustracjami Julio „Julesa” Radilovića.

 

Tym razem na Dragona i partyzantów znów czekają pełne niebezpieczeństw, przygód i zwrotów akcji wydarzenia, które nie dadzą bohaterom nawet chwili odpoczynku. W południowo-zachodniej Jugosławii znajduje się pewien most. Strategiczny zarówno pod względem militarnym, jak i politycznym, jest pilnowany przez niemieckie wojsko, jak to przysłowiowe oczko w głowie. Naziści spodziewają się bowiem ataku na most i wiedzą, że zostanie on dokonany przez dywersantów, przygotowują się więc do obrony w najdrobniejszych szczegółach.

Tymczasem nie kto inny, jak doskonale znany nam Dragon podejmuje się zadania zniszczenia go. Jeśli bowiem wojska niemieckie wycofujące się z Grecji go przekroczą, umocnią swoją dominację na wybrzeżu. Po raz kolejny zaczyna się militarna zabawa w kotka i myszkę, której stawka jest naprawdę wysoka…

 

Scenarzysta filmowy Đorđe Lebović, który zasłynął fabułami do obrazów o tematyce wojennej właśnie oraz znakomity rysownik operujący klasycznym, czystym stylem, stworzyli naprawdę udaną serię dziejącą się w realiach drugiej wojny światowej. Może trochę naiwną, może oczywistą we wnioskach i puentach, ale przyjemną, daleką od nudy i sprawnie poprowadzoną. W trakcie jej lektury do głowy przychodzi tylko jedno: tak wyglądałyby komiksy, gdyby tworzył je Alistair MacLean. A jest to dobra dla nich rekomendacja, skoro temu autorowi zawdzięczamy takie kultowe dzieła, jak „Działa Nawarony” czy „Komandosi z Nawarony”. Nie myślcie jednak, że „Partyzanci” są kopią jego stylu czy treści, jugosłowiański cykl komiksowy ma swój własny charakter, który spodoba się wszystkim miłośnikom wojennych opowieści.

 

Tym razem do ekipy scenarzystów dołączyli dwaj inni twórcy: Marcel Ćukli oraz Ervin Rustemagić. Ze względu na terminy Lebović nie zawsze był w stanie dostarczyć na czas kolejnych scenariuszy, więc ci autorzy musieli zadbać o nowe fabuły. Na szczęście sprostali zadaniu i stworzone przez nich historie dobrze wpasowują się w charakter całości.

 

Nadal jednak to znakomite rysunki Radilovića kradną całe show. Realistyczne, pełne detali, znakomicie oddające klimat opowieści, z miejsca wpadają w oko. Kreska autora jest typowo europejska, kolorystyka barwna, ale nie infantylna. Kilka scen jest tu absolutnie znakomitych, duże wrażenie robią także malowane przerywniki i dodatki, skromne, ale prezentujące zarówno szkice, jak i gotowe ilustracje.

 

Podsumowując, miłośnicy wojennych opowieści i dobrych europejskich komiksów będą zadowoleni. Tym bardziej nie zawiodą się ci, którzy czytali pierwszy tom i dali się wciągnąć w te opowieści. Szczególnie, że powraca Skierka. Polecam więc „Partyzantów” Waszej uwadze.

 

I dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Amerykańska sielanka – Philip Roth

AMERYKAŃSKI KOSZMAR

 

Kiedy jakiś czas temu po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Philipa Rotha, autor z miejsca dołączył do grona moich ulubieńców, ale choć dotychczas przeczytałem trzy jego powieści, żadna z nich nie mogła przygotować mnie na „Amerykańską sielankę”. Na tę absolutnie wielką, przepiękną powieść, która urzeka każdą stroną, każdym opisem i każdym zdaniem. Powieść, która zachwyci wszystkich ambitnych czytelników, ceniących najwyższe literackie wartości.

 

Narratorem „Sielanki…” jest sześćdziesięciotrzyletni amerykański pisarz Nathan Zuckerman, który pewnego dnia dostaje list od Seymoura Levova. Szwed, bo tak wszyscy nazywali go ze względu na niezwykle, jak na Żyda jasne włosy, od dzieciństwa był ideałem Zuckermana. Chłopakiem stanowiącym spełnienie amerykańskiego snu, utalentowanym, przystojnym sportowcem, wzorem dla każdego dzieciaka z Weequahic. Teraz, mimo upływu tak wielu lat, uczucia te niewiele się zmieniły. Levov chce się z nim spotkać w konkretnym celu, zmarł bowiem jego ojciec, fabrykant rękawiczek, a on prosi pisarza o pomoc w kwestii spisana pośmiertnych wspomnień. Spotkanie przebiega jednak w dziwny sposób, nie pada nawet słowo o tekście, a sam Szwed, który nawet po latach wydaje się wieść idealne życie, mając dobrą pracę, świetną żonę i trzech synów stanowiących jego odbicie, zachowuje się w dość osobliwy sposób. Zuckerman nie ma pojęcia, że to ich ostatnie spotkanie. Kiedy bowiem jakiś czas potem na zjeździe z okazji 45-lecia ukończenia liceum wpada na brata Seymoura, dowiaduje się, że Szwed nie żyje, a także poznaje historię, która wstrząsnęła jego rodziną. Szwed rzeczywiście wiódł idealne życie, ale do czasu. W jego sielankowy, amerykański sen wkradła się tragedia. W roku 1968 córka Seymoura Merry, charakterna gimnazjalistka, w proteście przeciw wojnie podłożyła bombę w placówce poczty, która znajdowała się w sklepie. Akt terroru, w czasach, kiedy terroryzm był świeżym pojęciem, wstrząsnął wszystkimi, zabijając jedną postronną osobę i niszcząc cały świat Szweda. Akt terroru wymierzony przede wszystkim w ojca i jego styl życia. Akt terroru, który rozpoczął prawdziwe szaleństwo i rozpad…

 

Ta powieść nie ocieka typowym amerykańskim patosem. Kiedy widzimy utwór traktujący o zamachu terrorystycznym, myślimy o łzawych, przerysowanych opowiastkach, jakimi od lat raczą nas twórcy, chcąc w tani sposób zagrać na naszych emocjach. Może swój w tym udział ma fakt, że Roth „Amerykańską sielankę” wydał na cztery lata przed jedenastym września, ale wątpię by pisarz tej kategorii nawet w historii o World Trade Center popadł w patos. Zresztą ta nagrodzona Pulitzerem powieść daleka jest od jakichkolwiek uogólnień – autora nie interesuje historia o terrorystach, choć znajdziecie tutaj dogłębną analizę fanatyzmu, jego pokus i konsekwencji, ale coś o wiele bardziej uniwersalnego: jak amerykański sen zmienia się w amerykański koszmar.

 

I to właśnie stanowi największą siłę „Sielanki…”. Przejmująca zwyczajność, genialna prostota. I konserwatywność. Tradycjonalizm zarówno pod względem fabularnym, jak i stylistycznym. Swoista wierność wielkim poprzednikom literackim, która wynosi to (chyba śmiało można je tak określić) opus magnum pisarza na nieosiągalne dla większości współczesnych autorów szczyty. Jakość „Sielanki…” doskonale widać już w pisarstwie – zdania serwowane przez Rotha są leniwe, rozciągnięta na kilkadziesiąt słów, pięknie złożone i często jakże imponujące. Dialogów nie jest wiele, ale absolutnie ich nie brakuje. Całość bardzo przypomina dzieła innego wybitnego literata, Johna Irvinga, łącznie z udziałem sentymentalnych wspomnień z młodości i niespiesznie snutą treścią, która co chwilę zbacza z głównych torów. Ma jednak swój niezwykły, oryginalny charakter (pozbawiony kontrowersji), który z miejsca kupił moje serce.

 

Nie wiem, jak wypadnie kinowa adaptacja „Amerykańskiej sielanki”, która już na dniach wejdzie do kin (zwiastun nie wygląda źle, jednak po tak wspaniałej lekturze nie ma szans choćby zbliżyć się do jej wielkości), niemniej jedno wiem na pewno – pierwowzór nie tyle warto poznać, ile absolutnie trzeba. Jeśli cenicie dzieła z najwyższej półki, nie wahajcie się ani chwili. To przepiękny, wysmakowany utwór, do którego chce się wracać raz po raz, nawet jeśli przed chwilą odłożyliście go na półkę. Polecam całym sercem.

 

I dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Partyzanci. Wydanie zbiorcze, tom 1 – Đorđe Lebović, Julio ‚Jules’ Radilović

KOMIKSOWA PARTYZANTKA

 

Oto komiks, który spodoba się miłośnikom klasycznych filmów wojennych i powieści w stylu Alistaira MacLeana. Na wskroś europejska seria opowieści o jugosłowiańskich partyzantach przenosi nas w czasy drugiej wojny światowej podane w przygodowo-sensacyjnej otoczce. I chociaż niczym nie zaskakuje, czyta się ją naprawdę przyjemnie.

 

Koniec roku 1943. Po kapitulacji Włoch, siły alianckie zbliżają się do Półwyspów Apenińskiego i Bałkańskiego, co wywołuje obawy Niemiec przed atakiem z flanki. Ważnym miejscem na strategicznej mapie jest wyspa Vis, na której znajdują się m.in. partyzanckie bazy, port handlowy, centrala służb wywiadowczych i obóz dla rannych. Naziści chcą przejąć nad nią kontrolę, a by to się udało zamierzają wykorzystać sprzyjające im okoliczności. Uchodźcy z Vis mają bowiem zostać przetransportowani do El-Shatt, a ich eskortą zajmą się brytyjskie okręty wojenne. Atak na konwój nie tylko osłabi siły przeciwników, ale także będzie znakiem do rozpoczęcia akcji desantowej. Tymczasem alianci przygotowują swój własny plan wciągnięcia wojsko niemieckich w zasadzkę, poprzez sprowadzenie ich na Bałkany. Obie strony konfliktu zdają sobie sprawę z działań wrogów i za wszelką cenę chcą wmanewrować siebie nawzajem. Przed majorem Dragonem, partyzantką Skierką i ich towarzyszami stoi nie lada wyzwanie. Szczególnie, że w drużynie może być zdrajca…

 

„Partyzanci” to komiks napisany z iście filmowym zacięciem, ale nic w tym dziwnego. Odpowiedzialny za scenariusz Đorđe Lebović pracował przede wszystkim jako scenarzysta filmowy, spod ręki którego wyszły takie obrazy, jak „Walter broni Sarajewa”, „Przeprawa” czy „Partyzancka eskadra”. Zna się (a właściwie znał, zmarł bowiem w 2004 roku) na rzeczy i potrafi opowiadać niezłe historie. Wprawdzie cztery opowieści o partyzantach, jakie złożyły się na ten tom nie zaskakują, ale są sprawnie poprowadzone i skrojone w sam raz pod kinowe czy telewizyjne adaptacje. Zresztą otwierający album  „Konwój do El-Shatt” pierwotnie miał być filmem właśnie – niestety brak funduszy przerwał zdjęcia, a potem Lebović został zaangażowany w pisanie serii komiksowej na potrzeby nowo powstałego magazynu „Eppo”.

 

Jednakże prawdziwą gwiazdą „Partyzantów” nie są fabuły, a znakomite ilustracje w wykonaniu Julio „Julesa” Radilovića. Chorwacki artysta operując czystą, realistyczną kreską, stworzył wpadającą w oko, pełną detali szatę graficzną. Klasyczną dla europejskiej szkoły, ale przez to niezawodną i doskonale nadającą się do tego typu historii. Dobrze podkreśla ją delikatna, choć barwna paleta, a całość robi naprawdę pozytywne wrażenie.

 

I chociaż fabularnie jest dość prosto, „Partyzanci” warci są polecenia. Najbardziej spodobają się wprawdzie miłośnikom klasycznych wojennych opowieści, ale znajdą swoich odbiorców także wśród innych grup. Poza tym całość dzięki swojemu przygodowemu charakterowi nadaje się również dla młodszych czytelników, a brak propagandowego wydźwięku, mimo powstania w czasach komunizmu, tylko bardziej optymistycznie nastraja do albumu. Dodajcie do tego znakomite wydanie i porcję dodatków wraz z historią powstania serii i otrzymacie naprawdę dobry komiks.

 

A ja na koniec dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

X-Men: Bitwa atomu – Brian Michael Bendis, Brian Wood, Jason Aaron, Stuart Immonen, Chris Bachalo, Frank Cho, David López, Giuseppe Camuncoli i Esad Ribic

BITWA DZIECI ATOMU

 

Jaki jest modelowy fan komiksu (przynajmniej na Zachodzie)? Taki, który regularnie kupuje swoje ulubione serie, bez wahania nabywa wszystkie eventy/crossovery i inwestuje pieniądze w pierwsze albumy nowych tytułów. W minionym już roku 2016 Egmont postarał się by nie zabrakło nam okazji do pokazania jakimi jesteśmy fanami. Stałe serie były kontynuowane, nowych także nie zabrakło, a na dodatek nakładem wydawnictwa pojawiły się trzy nowe eventy (plus wznowienie starego). Teraz nadszedł czas na ostatni z nich, może najmniej rozbudowany, ale za to jeden z lepszych. Opowieść o tym, jak starzy X-Men, przeniesieni do teraźniejszości, muszą ramię w ramię z obecnymi mutantami stawić czoła z zagrożeniu, które na siebie sprowadzili.

 

Po śmierci Charlesa Xaviera mutanci podzielili się na dwie frakcje. Jedna pod wodzą Wolverine’a i Kitty Pride, kontynuując tradycję szkoły dla młodych ludzi z mocami, stara się pokojowo współżyć z ludźmi, druga, której przewodzi Scott Summers (w towarzystwie Magneto) ma status grupy terrorystycznej, chociaż trudno odmówić ich argumentom racji. Chcąc przekonać Scotta do zmiany zdania pierwsza grupa sprowadza z przeszłości X-Menów, by sam młody Scott przypomniał swojemu starszemu wcieleniu własne ideały. Sytuacja jednak wymyka się spod kontroli, młodzi mutanci zostają w nowych dla siebie czasach i w tym momencie zaczyna się „Bitwa Atomu”.

Illyana Rasputin zagląda za kurtynę przyszłości, by przekonać się do czego doprowadzi obecna sytuacja, jednak to, co tam widzi, nie nastraja jej optymistycznie. Tymczasem młodzi X-Men pod wodzą Kitty Pride natrafiają na nowego mutanta. Spotkanie z nim zostaje przerwane przez atak Sentineli, a w trakcie walki Scott z przeszłości…umiera. Zanim udaje się przywrócić go do życia, coś się zmienia – Scott z teraźniejszości na chwilę znika. Czyżby doszło do katastrofalnego rozgałęzienia czasoprzestrzeni? Wniosek jest jeden: trzeba odesłać młodych mutantów z powrotem do przeszłości. Wtedy jednak przez kostkę czasu przybywa kolejna grupa, tym razem jest to wnuk Charlesa Xaviera wraz X-Menami z przyszłości, którzy przynoszą ostrzeżenie – jeśli młodzi nie wrócą do swoich czasów, dojdzie do niewyobrażalnej katastrofy. Główni zainteresowani chcą jednak za wszelką cenę sami decydować o swoim losie…

 

Kiedy Bendis zaczął pisanie „All New X–Men” przyświecał mu jeden cel – stworzyć historię, która nie odcinając się od brzemienia blisko pięćdziesięciu lat wydawania serii, pozostaje opowieścią przeznaczoną także dla nieobeznanych z tematem. By pogodzić ze sobą te dwie sprzeczne kwestie przeniósł X-Menów z przeszłości w czasy obecne. Tak samo zagubieni wśród wydarzeń, jak nowi czytelnicy, młodzi mutanci starali się odkryć zawiłości fabularne. Chwyt prosty, ale skuteczny. I dobrze rozwijany w dalszych tomach. Teraz jednak nadszedł czas by zabawić się nim na całego i wrzucić do tego worka jeszcze grupę z przyszłości. Co z tego wynika?

 

„Bitwa Atomu” to znakomita zabawa dla fanów serii stworzona z okazji 50-lecia jej publikacji, podsumowująca pewien etap – przynajmniej ten w życiu przeniesionego w czasie pierwszego składu drużyny. Wciąż nadaje się dla czytelników niezbyt znających temat (czyli dla polskich także, bo choć komiksy o mutantach ukazywały się u nas dość długi czas nadal znamy ich losy jedynie wyrywkowo), jednak prawdziwi miłośnicy będą się bawić najlepiej; to w końcu na nich czeka tutaj wiele smaczków, podkręcających zabawę. Bendis wraz z Jasonem Aaronem i Brianem Woodem (znakomitymi scenarzystami, dzięki którym album nie traci spójności) do maksimum wykorzystuje schemat znany z „X-Men: Days of Future Past”, powielając go, odwracając i bawić się nim na wszelkie możliwe sposoby. Sama fabuła także jest udana, ale o jej prawdziwej sile decydują właśnie drobiazgi – i konkretna, podlana dużą ilością humoru akcja.

 

Graficznie też jest bardzo dobrze. Wprawdzie najlepiej wypada Immonen, ale cała reszta (Cho, López, Bachalo, Camuncoli i Ribic) nie zawodzi. Rysunki są różnorodne, ale na swój sposób spójne. A przede wszystkim pasują do całości. Do tego dochodzi tradycyjnie świetne wydanie, uzupełnione o galerię (a w niej jedna z alternatywnych okładek w wykonaniu Milo Manary) i konkretna liczba stron (240) – w skrócie solidna komiksowa zabawa.

 

Na koniec warto wspomnieć jeszcze, że „Bitwa Atomu”, oprócz faktu celebrowania 50-lecia „X-Men”, ukazała się równo 20 lat po TM-Semicowym „X-Men: Pieśń Egzekutora”, pierwszym pełnym crossoverze wydanym w Polsce (choć wcześniej mieliśmy okazję poznać „FF: The Infinty War”). Przy okazji album mieści w sobie nie tylko kontynuacje serii wydawanych na naszym rynku w ramach „Marvel Now!” („All New X-Men”, „Uncanny X-Men”, „Wolverine i X-Men”), ale także i nieznaną wcześniej „X-Men”. Dla fanów mutantów absolutne must read.

 

Dlatego w ramach podsumowania mówię tylko: naprawdę warto. „Bitwa Atomu” to świetna komiksowa zabawa, rozrywkowa, to prawda, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Polecam zatem gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przygody Sherlocka Holmesa (audiobook) – Arthur Conan Doyle (czyta: Janusz Zadura)

SHERLOCKOWE OPOWIEŚCI

 

Do Sherlocka Holmesa mam olbrzymi sentyment. Pamiętam jak w dzieciństwie poznawałem na łamach „Kaczora Donalda” opowiadania detektywistyczne z tą postacią i nigdy nie zapomnę, jak jedno z nich czytałem pewnego zimowego dnia w blasku płonącego ognia. W głowie wprawdzie nie zachowało się o czym traktował tekst, jednak samo wspomnienie niezwykłego klimatu tamtej chwili wciąż pozostaje żywe. Zresztą przygody Holmesa w mniejszym bądź większym stopniu towarzyszyły mi przez całe dotychczasowe życie, silniej w ostatnich latach głównie za sprawą genialnego serialu telewizji BBC. Dlatego sięgnięcie po wersję audio było jedynie kwestią czasu i oto wreszcie nadarzyła się ku temu okazja, a ja z radością mogę powiedzieć – było warto.

 

Sherlock Holmes, uzależniony od narkotyków geniusz detektyw, który potrafi rozwiązać każdą zagadkę. Zbrodnia nie ma przed nim tajemnic, a poza uzależnieniem nic nie zaćmiewa umysłu – także miłość. Jego partnerem i zarazem człowiekiem spisującym śledztwa i przygody jest doktor John Watson, ale teraz, po zawarciu małżeństwa, Watson rzadko towarzyszy Sherlockowi. Nie mniej wciąż zdarza się mu relacjonować kolejne sprawy, a tych jak zwykle nie brakuje. Kiedy do genialnego detektywa zgłasza się król Czech, który chce by ten odzyskał od jego dawnej kochanki kompromitujące zdjęcie, na drodze Holmesa staje pewna niezwykła kobieta, Irena Adler. Kolejne śledztwa, choć nie tak przełomowe, okazują się wcale nie mniej fascynujące. Dziwne stowarzyszenie szukające tylko rudowłosych pracowników, kobieta pragnąca odnaleźć swojego narzeczonego, mężczyzna, który dostaje tajemniczy list, taki sam, jak te, które otrzymali przed śmiercią jego ojciec i stryj, czy zniknięcie małżonki nie pozwalają Sherlockowi na chwilę nudy.

 

Tak samo zresztą jak nam. Bo „Przygody Sherlocka Holmesa” to nie tylko kwintesencja opowiadań z losami tej legendarnej postaci, ale przede wszystkim po prostu solidna porcja znakomitych krótkich kryminałów. Ciekawe pomysły i równie ciekawe rozwiązania zapewniają czytelnikom całe mnóstwo dobrej zabawy, a co więcej to tu po raz pierwszy (i jedyny, choć jeszcze w kilku opowiadaniach została potem wspomniana – nie zawsze nawet z imienia) pojawia się Irena Adler. Co czyni tę postać tak niezwykłą? Mimo swojej niewielkiej kariery na łamach dzieł Doyle’a, stała się jedną z najbardziej znanych postaci serii, zyskując przez lata niezwykłe znacznie w popkulturze – tak samo zresztą jak Moriarty, ten największy z wrogów Sherlocka, który wystąpił tylko w jednym opowiadaniu. Co ciekawe Adler występuje tutaj jako primadonna Opery Warszawskiej, co stanowi bardzo miły dla nas, Polaków, akcent.

 

Jak przedstawia się wersja audio? Wprost znakomicie. Janusz Zadura opowiadania odczytuje świetnie, a sama ich forma (wspomnień pisanych w pierwszej osobie przez Watsona) sprzyja interpretacji przez jednego tylko aktora. Warto jednak nadmienić także szatę graficzną wydania CD (wiem, że książki nie należy oceniać po okładce, ale audiobook chyba można ;) ), która z miejsca wpada w oko, a także fakt nowego tłumaczenia opowiadań – moim zdaniem lepszego, niż klasyczne.

 

Podsumowując: polecam gorąco. Sherlocka w takim wykonaniu słucha się znakomicie, a poza tym to klasyka, którą znać po prostu wypada. Sięgnijcie zatem bo warto, pod każdym względem.

 

A ja dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Requiem dla snu – Hubert Selby Jr.

SENNA ELEGIA

 

„Requiem dla snu”, opus magnum amerykańskiego pisarza Huberta Selby/ego Jr., jest z nami już od blisko 40 lat, ale przez cały ten czas ani odrobinę nie stracił na aktualności. Wręcz przeciwnie. Rozsławiony przez znakomitą filmową adaptację Darrena Aronofsky/ego, stał się częścią popkultury, jednakże to właśnie powieściowy pierwowzór robi największe wrażenie, prezentując przejmujący portret ludzi uzależnionych, którzy próbują łapać się każdej nadziei w beznadziejnym świecie. Portret brudny i depresyjny, ale także urzekająco piękny.

 

Harry Goldfarb to uzależniony od narkotyków chłopak, który bardziej wegetuje, niż żyje, wolny czas dzieląc między najlepszego przyjaciela, Tyrone/a C. Love/a oraz swoją dziewczynę Marion, z którą łączy go specyficzny związek. Każde z nich tkwi w niewoli nałogu, aż pewnego dnia wpadają na pomysł zdawałoby się idealny. Przynajmniej z ich perspektywy. Harry chce kupić heroinę, rozrobić, część zostawić sobie a część sprzedać. Łatwy pieniądz handlarza narkotyków staje się marzeniem, za którym zaczynają gonić. Najpierw jednak trzeba zarobić pieniądze, złapać się jakiejś dorywczej pracy, bo sprzedawanie telewizora matki do lombardu z pewnością nie wystarczy.

Tymczasem matka Harry/ego, kobieta również uzależniona ale od jedzenia, szybko wpada w kolejny nałóg. Kiedy wygrywa udział w teleturnieju, postanawia się odchudzić. W pogoni za marzeniami, w pogoni za snami, które mogą wreszcie się ziścić, oboje gotowi są narazić samych siebie. Jaką jednak cenę przyjdzie im za to zapłacić?

 

„Requiem dla snu” to powieść zaskakująca pod każdym względem. Pierwsze, co rzuca się w oczy to styl. Selby swoją historię snuje przerywanym ciągiem, dialogi zlewają się tutaj w jedno z opisami, jedno zdanie potrafi zajmować całą stronę, a akapit rozciąga się na wiele stron. Zarazem jednak zdania często są krótkie, rwane, niemalże drżące. Brzmi specyficznie? I tak też jest, nie mniej w najmniejszym stopniu nie zaburza to odbioru. Losy Harry/ego (nie, stosowany przeze mnie ukośnik nie jest błędem, zastępuje on bowiem Selby/emu apostrof) czyta się jednym tchem, z łatwością, choć styl jest wymagający, i z wielką satysfakcją. „Requiem…” przejmuje wieloma rzeczami – od ukazania nałogu (autor sam miał doświadczenia z narkotykami i to wyraźnie widać w tekście) w różnych jego formach, przez analizę pewnego uniwersalnego wzorca pokolenia, po poetycką niemalże miłość. Miłość brudną (Marion sypia z różnymi mężczyznami, bo lubi, sypia nawet ze swoim terapeutą, dzięki czemu pieniądze od rodziców przeznaczone na leczenie może zachować dla siebie, jednocześnie mając dzięki niemu dostęp do różnych leków, jednakże to z Harry/m jest jej najlepiej), ale przedstawioną w piękny, ujmujący sposób.

 

Kolejnym ważnym wątkiem powieści jest zderzenie pokoleniowe, które ukazuje różnice i podobieństwa pomiędzy dziećmi i rodzicami. Sara, matka Harry/ego, nie tylko uzależnia się od jedzenia (a potem odchudzania), ale przede wszystkim wiedzie nijaki żywot wyznaczony rytmem ramówki telewizyjnej. Stara się oszukiwać samą siebie, podobnie jak syn szczęście myli z brakiem nieszczęścia. Odmiana, która w ich oczach może przynieść coś dobrego, zaślepia oboje tak, że nie widzą ewidentnych minusów sytuacji, w których się znaleźli – a raczej po prostu wolą ich nie dostrzegać.

 

W skrócie: coś wspaniałego. Tak pod względem literackim (tu ukłony również dla tłumaczki, która ze względu na specyficzny styl miała przed sobą nie lada zadanie, ale na szczęście zdołała mu sprostać), jak i siły samej opowieści. W swojej kategorii, kategorii powieści o narkotykach, „Requiem…”, to jedna z najlepszych pozycji – lepsza nawet od kultowego „Trainspotting”. I zarazem jedna z tych książek, które powinien przeczytać każdy. Polecam zatem gorąco i zachęcam Was do lektury.

 

I dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Oryks i Derkacz – Margaret Atwood

POSTAPO I WYŻSZA PÓŁKA

 

Margaret Atwood kojarzymy przede wszystkim jako autorkę powieści mocno zahaczających o feministyczną tematykę. Chociaż z drugiej strony jej najsłynniejszym utworem pozostaje „Opowieść podręcznej”, antyutopijna historia dziejąca się w niedalekiej przyszłości. Tę drugą przytaczam tutaj nie bez powodu, bowiem „Oryks i Derkacz”, powieść autorki, która już 12 stycznia powróci na księgarskie półki reprezentuje gatunek Science Fiction. A dokładniej jego modną w ostatnich latach odmianę postapo, ambitniejszą jednak niż to się zazwyczaj spotyka.

 

Niedaleka przyszłość. W świecie, w którym ludzkość spotkała zagłada żyje on, Yeti. Jest jednym z nielicznych ocalałych, stracił wszystkich, którzy byli mu bliscy, a otaczają go Derkaczanie. Yeti stara się przeżyć, przetrwać, a przy okazji znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. By to zrobić wyrusza w podróż, ta jednak staje się również wyprawą w głąb własnych wspomnień. Powrotem do czasów, kiedy wciąż nazywał się Jimmy. Kiedy poznał swojego przyjaciela Glenna (Derkacza) oraz ją, Oryx. Dziewczynę z filmu porno. Prawdziwą obsesję dla obu. A wraz z opowieściami o nich odkrywamy powoli to, co stało się ze światem i do czego doprowadzić mogą eksperymenty z inżynierią genetyczną…

 

Jako dziecko Margaret Atwood zaczytywała się w książkach, komiksach i Baśniach braci Grimm – tyle podaje wikipedia. Jeśli poszukać dalej, można się dowiedzieć, że pisarka czytała również cale mnóstwo publikacji wydawanych przez Dell oraz historii o zwierzętach. Nie trzeba jednak aż tak zagłębiać się w fakty z jej życia, by poczuć to wszystko na łamach powieści. „Oryks i Derkacz” łączą w sobie wszystko, co wspomniane powyżej – od groszowej literatury i komiksów po publikacje przyrodnicze, tkając z tych elementów zgrabną opowieść. Science Fiction? Tylko pozornie. Podobnie, jak to było w przypadku „Alei Tajemnic” Johna Irvinga, tak i tutaj teraźniejszość jest jedynie pretekstem do zainicjowania o wiele bardziej znaczących wspomnień, a także epilogiem pokazującym do czego wszystko doprowadziło. I w obu przypadkach nie zabrakło kontrowersji; Atwood sięga do tematu dziecięcej pornografii, jej opisy bywają brutalne i dla wielu mogą stanowić element odpychający, ale są zdecydowanie bardzo ważnym aspektem powieści.

 

Autorka nie zapomina także o fantastyce, a jej wizja tego, dokąd zmierza świat skłania do myślenia. Analiza naszej kondycji również przekonuje, a stylistyka sprawia, że powieść przyswaja się z łatwością, ale bez zbędnej lekkości. Czy „Oryks i Derkacz” zadowoli miłośników postapo, tego nie wiem, ale czytelnicy ceniący ambitne powieści niezależnie od gatunku, jaki reprezentują, na pewno będą zadowoleni. Polecam zatem, a sam czekam na kolejne tomy trylogii.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Willow – Virginia Cleo Andrews

BAŚNIOWY ROMANS

 

Tytuł „Willow” nieodzownie kojarzy mi się z jednym dziełem – inspirowanym „Hobbitem” filmem Rona Howarda z 1988 roku. Pozornie oba nie mają ze sobą nic wspólnego, obraz kinowy był opowieścią fantasy z typowym questem, natomiast powieść V. C. Andrews to nic innego, jak połączenie sagi rodzinnej z romansem. A jednak łączy je coś jeszcze poza tytułem, pewna baśniowości, którą widać wyraźnie w utworze autorki kultowych już „Kwiatów na poddaszu”.

 

Willow de Beers jako adoptowane dziecko nigdy nie miała łatwego życia. Macocha jej nienawidziła, traktując jak osobę gorszej jakości, ojczym kochał, ale niestety z powodu żony nie mógł tego okazywać córce. Rozdarcie, brak zrozumienia, samotność… Nad wszystkim zaś unosiło się widmo tajemnicy, bo ojciec Willow znał jej matkę – leczył ją w swojej klinice psychiatrycznej.

Kiedy rodzice umierają, w ręce dziewczyny trafia pamiętnik ojca, z którego dowiaduje się sekretu o własnej matce. Wstrząsająca wiadomość odmienia jej życie. Willow zostawia za sobą wszystko i wyrusza do Palm Beach odnaleźć rodzicielkę, by jednak osiągnąć swój cel, decyduje się na pewien podstęp. Twierdząc, że na potrzeby studiów z psychologii chce przeprowadzić badania nad bogatą elitą, zaczyna swoje poszukiwania. Wkrótce jej życie zmienia się jeszcze bardziej, kiedy poznaje pewnego młodego prawnika…

 

Nowa saga V. C. Andrews (a przynajmniej nowa na polskim rynku, oryginalne wydanie „Willow ukazało się bowiem w 2002 roku, czyli 16 lat po śmierci autorki) nie jest może tak udana, jak „Kwiaty na poddaszu”, ale z pewnością spodoba się miłośniczkom (miłośnikom?) twórczości pisarki z Wirginii. „Willow” zawiera bowiem znajome motywy, typową dla Andrews opowieść rodzinną podlaną sporą ilością romansu (już nie tak kontrowersyjnego, jak to bywało wcześniej, a wręcz mocno klasycznego, ocierającego się o schematyczne potraktowanie tematu) i sekretów przeszłości. Te ostatnie jednak zamiast zdominować fabułę, zdają się pozostawać wciąż na dalszym planie. Klimat nie jest więc tak wiktoriański, jak ten, który mieliśmy okazję poznać we wspomnianych „Kwiatach…”, a sama akcja przyspiesza dopiero pod koniec powieści.

 

Jednych takie poprowadzenie fabuły rozczaruje, innym się spodoba, wszystko jest kwestią gustu. Jednak niezależnie od tego „Willow” ze względu na styl czyta się lekko. Ot typowa powieść kobieca o rodzinnych tajemnicach, które ciągną się za bohaterką przez całe jej życie. Kto lubi tego typu utwory, z pewnością będzie bawił się nieźle i tej właśnie grupie czytelników mogę ją polecić.

 

A przy okazji dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Comanche #4 – Czerwone niebo nad Laramie – Michel Greg, Hermann Huppen

ZEMSTA NA DZIKIM ZACHODZIE

 

Czwarty tom „Comanche” to punkt zwrotny w historii serii. Dotychczasowe albumy śmiało można było czytać w oderwaniu od pozostałych, teraz, choć pewna autonomia pozostała zachowana, historia podejmuje bezpośrednio wątki, jakimi zakończyły się „Wilki z Wyoming” i wrzuca nas w sam środek wydarzeń. Poza tym ożywia na swoich łamach doskonale znany westernowy schemat, wkraczając na grunt opowieści o zemście.

 

Minęło już wiele czasu odkąd Red Dust opuścił ranczo „trzy szóstki” szukając pomsty za śmierć dawnego łowcy głów. Teraz Comanche i pozostali jego towarzysze otrzymują wreszcie list, jaki wysłał przed miesiącem z Nebraski, dostając relację ze zdarzeń. Wędrując pełnym krwi i zabitych tropem ostatniego z Dobbsów, prowadzącym do Wyoming, Red Dust natknął się na zajazd Cheyenne Trail, gdzie poznał grupkę ludzi, którzy mogą mu pomóc w schwytaniu mordercy. Handlarz bronią, cyrkowy rewolwerowiec, zmierzający na jarmark bokser, piękna kobieta chcąca ulokować pieniądze w przemyśle modniarskim oraz jej towarzysz, który z ręki Dobbsa stracił brata stali się jego kolejną nietypową drużyną. Kiedy jednak Red Dust odnajdzie mordercę, czy będzie w stanie go zabić?

 

Klasyczna westernowa opowieść o zemście w wykonaniu Grega i Hermana to naprawdę znakomita historia, którą czyta się z wielką przyjemnością. Nie jest to może „Django” Tarantino, ale posiada swój niezaprzeczalny urok. I to jaki! Poza tym „Czerwone niebo nad Laramie” z jednej strony znakomicie kontynuuje to, co zapoczątkowały poprzednie tomy „Comanche” (mamy więc wszystkie elementy charakterystyczne dla cyklu, włącznie ze zbieraniną specyficznych indywiduów stanowiących zgarną ekipę), z drugiej, jak wspomniałem na wstępie, odświeża nieco formułę. Nie tylko pod względem fabuły dość mocno splecionej z innymi tomami, ale również klimatu – jest mroczniej, jest poważniej i bardziej, niż wcześniej czuć tutaj bezprawie Dzikiego Zachodu.

 

Zresztą już sama akcja przedstawia się ciekawie. Niby nic takiego się tutaj nie dzieje, oto kowboj ściga mordercę, po drodze czeka na niego wiele niebezpieczeństw, a jednak treść została opowiedziana tak sprawnie, że nie tylko nie nuży, ale autentycznie wciąga. Nawet jeśli, tak jak ja, nie przepada się za westernami. „Comanche” to kawał świetnego komiksu przygodowego, dynamicznego, ale nie opierającego się tylko i wyłącznie na pędzących na złamanie karku zdarzeniach. I do tego jak znakomicie narysowany!

 

Ilustracje Hermanna to to, co przyciągnęło mnie do całej opowieści. Realistyczne, genialnie oddające klimat Dzikiego Zachodu, nie tego historycznego, oczywiście, tylko dobrze nam znanego z kinowych ekranów oraz wspaniale operujące cieniami i stonowaną paletą barw. Wszystko tu wygląda wprost przepięknie, w szczególności plenery i oglądanie „Comanche” to prawdziwa przyjemność – większa nawet niż lektura, choć tej też niczego nie można zarzucić.

 

Podsumowując: polecam gorąco. Seria Grega i Hermanna warta jest poznania pod każdym względem. Szczególnie jeśli jesteście miłośnikami europejskich komiksów.

 

A na koniec dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.