Pieśń Shannary – Terry Brooks

DRUŻYNA SHANNARY

 

Trzeci i ostatni tom pierwszego cyklu „Kronik Shannary”, to zdecydowanie najlepiej napisana i poprowadzona część serii. Nie czytałem ich wprawdzie zbyt wielu, ale z tych, które wpadły mi w ręce („Kamienie Elfów Shannary” i „Czarne ostrze”), „Pieśń Shannary” okazała się najciekawsza i najbardziej warta poznania.

 

Ponad dwadzieścia lat temu Wil Ohmsford użył otrzymane od druida Allanona kamienie elfów, ale dopiero po narodzinach dzieci – Brin i Jaira – odkrył, jakie konsekwencje niósł ze sobą czyn, którego nimi dokonał i jak bardzo magia wszystko odmieniła. To bowiem jego potomkowie odziedziczyli moc pieśni i potrafią używać elfickiej magii, choć robią to dla zabawy, nie zważając na grożące konsekwencje. Wkrótce jednak nadciąga dzień, który odmienia wszystko. Kiedy Wil wraz z żoną wyrusza jak co roku leczyć chorych w osadach na południu, dzieci pozostają same z zakazem używania magii, jednakże może być to trudne. Pojawiają się bowiem plotki, że w okolicach widziano czarnych szwendaczy zwanych także upiorami Mord, a to może zwiastować powrót Czarnoksiężnika. Jednocześnie w domu Ohmsfordów zjawia się Allanon, który ma dla Brin niezwykle ważne zadanie. Przed wiekami istniały stworzenia potrafiące władać magią dobrą i złą, z tamtych czasów ocalała księga Ildatch zawierająca wiedzę tak potężną i niebezpieczną, że postanowiono ją zniszczyć. Nie udało się to, korzystał z niej Czarnoksiężnik, opętany jej mocą, a po jego śmierci przepadła, ale odnaleźli ją jego poplecznicy i teraz znów zagraża światu. Żeby zapanował pokój, trzeba ją zniszczyć. Dlatego też druid chce by Brin wyruszyła z nim do Wschodniej Krainy, do twierdzy upiorów Mord, i przeszła przez Maelmord, las stworzony za pomocą czarnej magii, który zabija wszystko co dobre, żeby zdobyć Ildacth. Tylko moc pieśni może jej to umożliwić, a także przeciwstawić się upiorom Mord. Na dziewczynę czeka niezwykle trudne zadanie, ale także i niesamowita przygoda!

 

Ten tom „Kronik Shannary”, to nie tylko najlepszy z tych, które czytałem, ale także najbardziej z nich wszystkich podobny do „Władcy pierścieni”. Nie ma się co jednak temu dziwić. Gdy Terry Brooks będąc świeżo upieczonym studentem dostał w swoje ręce egzemplarz dzieła Tolkiena, wiedział już, że chce pisać tylko fantasy i „Pieśnią…” składa literacki hołd człowiekowi, którego można nazywać ojcem tego gatunku. I robi to w naprawdę niezłym stylu. Owszem, nawiązania są bardzo, bardzo wyraźne, zaczynając od nazw, przez samą fabułę, na drobiazgach skończywszy, a jednak czyta się to naprawdę dobrze. Może właśnie dzięki tym skojarzeniom z „Władcą pierścieni”.

 

Poza tym, o czym także wspominałem, „Pieśń…” napisana jest w naprawdę dobry sposób. Lekka, przyjemna, ale literacko stojąca na dobrym poziomie. W skrócie udana powieść w sam raz na wakacje. Spodoba się spragnionym fantastyki i przygody młodym odbiorcom, spodoba się też miłośnikom gatunku, jeśli więc należycie do którejś z tych grup, polecam ją Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Replika dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przeklęta puszcza 1280 – Mariusz Moroz

EGO TE BAPTIZO IN GLADIO

 

Jako czytelnik, który nigdy nie przepadał za dziełami historycznymi – nie ważne czy to w formie kinowej, literackiej czy komiksowej (z drobnymi wyjątkami oczywiście) – niezbyt nadaję się do oceniania tego typu dzieł. Ale „Przeklęta puszcza” to naprawdę niezły komiks z dobrą szatą graficzną. Dzieło przypominające mi stare rodzime prace z tego gatunku, które miałem okazje czytać w dzieciństwie.

 

XIII wiek. W Europie powstaje państwo rycerzy-zakonników, które ogniem i mieczem chce wprowadzić wśród pogańskich plemion nową wiarę. Dotychczas Prusowie niszczyli chrześcijańskie kościoły i zamki, i mordowali wyznawców, ale teraz wszystko się zmieniło. Jednakże zakonnicy chcą zająć się „wrogami” w sposób ostateczny. Za ostatnim chrześcijańskim bastionem rozciąga się puszcza, w której kryją się poganie. Wyprawa krzyżowa ma się z nimi rozliczyć, a do rycerzy dołącza mnich z tutejszego nikomu nieznanego bractwa, który ma chronić zbrojnych przed tym, co czai się między drzewami. Pradawna magia bowiem nie śpi, a nawet zakon nie zdaje sobie sprawy z czym tym razem przyjdzie mu się zmierzyć. Tymczasem mnich także przekonuje się, że nie miał najmniejszego pojęcia o okrucieństwie, do jakiego zdolni są rycerze szerzący wiarę…

 

„Przeklęta puszcza” to nie tyle komiks historyczny, ile rzekłbym słowiańskie fantasy mocno osadzone  w realiach historycznych. Bardzo swojski, trzymający się kiedy to możliwe faktów (te zostały omówione szerzej na końcu albumu), łączący popularne trendy z naukową nutą. Fabularnie sama opowieść jest prosta, ale ciekawa. Archaiczne dialogi, szybka, krwawa akcja i nieco magii składają się na naprawdę niezły komiks nie tylko dla miłośników zdarzeń z przeszłości.

 

Ciekawiej jednak niż fabuła przedstawia się szata graficzna „Mrocznej puszczy”. Mariusz Moroz rysuje w sposób kojarzący mi się ze starymi polskimi komiksami historycznymi. Miałem podobne (dwujęzykowe na dodatek) pozycje prezentujące losy władców naszego kraju i to one przypomniały mi się w pierwszej kolejności. Autor bowiem znakomicie rysuje tła, przyrodę, roślinność, gorzej wychodzą mu twarze, ale nie jest to jakiś duży minus – ot taka specyfika, a nie to, że nie potrafi. Czego nie da się do końca powiedzieć o kolorze. Komiks o wiele lepiej prezentowałby się w czerni i bieli, jednak i tak całość wypada całkiem nieźle. Szczególnie, że została wydana w znakomity sposób – papier kredowy, twarda oprawa.

 

Jeśli lubicie historyczne fantasy, albo po prostu komiksy historyczne, „Puszcza” to propozycja dla Was. Może nie jest wybitna, ale prezentuje się ciekawie i mile dla oka. A sam Moroz wypada intrygująco, jako rysownik.

 

Na koniec dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szkolne Życie! #8 – Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

SZKOLNY ROZŁAM

 

Znalezienie bezpiecznego miejsca w świecie opanowanym przez zombie nie wydaje się szczególnie łatwe. Ale, jak przekonały się bohaterki „Szkolnego życia!” nie jest to też wcale takie trudne. Dobrze radziły sobie w liceum, dobrze radzą sobie też na studiach. Ale do czasu, o czym przekonacie się w jak zwykle udanym tomie 8.

 

Yuki, Rii, Kurumiś, Miki i „Ruusia” odnalazły się w uniwersyteckiej rzeczywistości i zyskały nowe przyjaźnie. Teraz planują wyjazd w celu odkrycia, co właściwie się wydarzyło – a przynajmniej dowiedzenia się czegoś więcej – ale pojawia się sytuacja, która może im w tym przeszkodzić i to skutecznie. Kiedy ginie jeden z członków frakcji ofensywnych, który okazał się być zarażony, jego towarzysze uważają, że wszystkiemu winne są nowoprzybyłe dziewczyny. Czyżby rzeczywiście one go zaraziły? I kto go zabił? Frakcja ofensywnych wie swoje i zamierza rozliczyć się z dziewczynami, szczególnie, że większa ich ilość to także więcej osób do wyżywienia, a zapasów nie przybywa. Wkrótce zaczyna się polowanie na nastolatki, ale przeciwnicy nie wiedzą, że z niektórymi z nich lepiej nie zadzierać. Kurumiś bowiem nie tylko jest twarda i wojownicza, ale po ugryzieniu przez zombie sama może stanowić wielkie zagrożenie. Czy ofensywni opanują się zanim dojdzie do tragedii? I do czego jeszcze może doprowadzić obecna sytuacja?

 

Wraz z rozwojem akcji, „Szkolne życie!” staje się coraz bardziej dojrzałe, poważne i typowe dla opowieści o zombie. Pojawiają się więc różne ludzkie frakcje, zagrożenie wydaje się czyhać nie tylko ze strony żywych trupów, a akcja przyspiesza. Tajemnice nie zostają rozwiązane, zagadek nie przybywa, ale konsekwentnie podtrzymywane jest zainteresowanie tymi pytaniami, które już zostały postawione (czasem pojawiają się oczywiście też jakieś poboczne). Jednocześnie manga zmieniła się bardzo, coraz mniej przypominając samą siebie z początków wydawania. Bohaterki nadal są urocze, ale mniej jest naiwności i przesadnej słodyczy, klimat też stał się cięższy, bardziej mroczny, więcej jest również krwi.

 

O ile na początku „Szkolne życie!” mocno kojarzył się z „Resident Evil” w wersji z dziewczętami w szkolnych mundurkach, o tyle teraz autorzy weszli na ścieżkę przypominającą tę, jaką podążają twórcy „The Walking Dead”. Dlatego też miłośnicy zombie horrorów będą bardzo zadowoleni. A wszystko to znakomicie, realistycznie i typowo mangowo narysowane i podane w bardzo dobrym stylu. Aż szkoda, że już za chwilę będę musiał przerwać czytanie tej, bo póki co ukazało się tylko dziewięć tomów. Dlatego też jeśli lubicie lekkie, ale mroczne horrory, nie tylko o zombie, polecam ten tytuł Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Punisher Max, tom 2 – Garth Ennis, Dougie Braithwaite, Leonardo Fernández

ZIMNA WOJNA PUNISHERA

 

„Punisher Max” Gartha Ennisa („Kaznodzieja”, „Pielgrzym”, „Hellblazer”) to zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów, jakie ma do zaoferowania seria Marvel Classic. Mroczna, brutalna, zniesmaczająca, ale poruszająca, intrygująca i dojrzała, oferuje ekstremalną rozrywkę w stylu filmów Quentina Tarantino, podaną w znakomitym stylu. Pierwszy tom wysoko postawił poprzeczkę, drugi na szczęście trzyma poziom, oferując nawet jeszcze więcej brudu i akcji. niż dotychczas.

 

Nikt tak, jak Punisher nie radzi sobie z przestępcami. Wiedzą o tym wszyscy, którzy zaliczają się do półświatka, wiedzą też władze i stróże prawa, dlaczego więc rząd miałby pozostać na to ślepy? Całkiem niedawno temu nasz bohater dostał propozycję działania dla rządu właśnie – odmówił (i to w typowy dla siebie sposób), teraz jednak na prośbę Nicka Fury’ego podejmuje się zadania, któremu chyba nikt inny by nie podołał. Otóż istnieje niezwykle morderczy wirus nazywany Barbarossa, jednak przepadły wszelkie jego próbki poza jedną znajdującą się w ciele małej dziewczynki. Tę złapali Rosjanie i chcą wyizolować wirus, ale bez posiadanych przez Amerykan informacji nie są w stanie tego zrobić. Jakby tego było mało, dziecko dostało antidotum i wirus przepadnie w ciągu 48 godzin, dlatego Punisher ma niewiele czasu by uratować małą i jednocześnie nie dać się złapać rosyjskim oddziałom. Kiedy wraz z partnerem zostaje uwięziony w nuklearnej bazie, zaczyna się rzeź, która może wywołać trzecią wojnę światową i zrównać z ziemia całą Rosję, dlatego też amerykańscy wojskowi dają zielone światło bestialskiej operacji mającej na celu odsunięcie od siebie wszelkich podejrzeń.

W drugiej opowieści gangster Nicky Cavella, szaleniec, jakich nie spotyka się co dzień, wpada na pomysł zniszczenia Punishera. Na dobry początek odkopuje i bezcześci zwłoki rodziny mściciela, co nagrywa i podsyła wszystkim stacjom telewizyjnym. Zaraz po tym rozpoczyna kolejne działania, które pogrążają Nowy Jork w brutalnym chaosie, a to zaledwie wstęp…

 

W tym tomie „Punishera” Ennis, o wiele mocniej niż w poprzednim, sięga po uwielbiane przez siebie tematy. Wprawdzie kwestie religijne nie są tu prawie wcale poruszane, ale mamy dużo seksu, przemocy, wojennych klimatów i bestialstwa wszelkiej maści. Od kazirodztwa i kanibalizmu, przez więzienną rzeczywistość i bezlitosną politykę ukazującą wojskowych jako gorszych od terrorystów, na wnikaniu w gangsterskie realia i mordowaniu członków rodziny skończywszy, Ennis z typowym dla siebie uwielbianiem zanurza się w brudzie, czerpiąc wręcz chorą satysfakcję z wrażenia, jakie wywołuje efekt finalny. Ale nie jest to tylko i wyłącznie epatowanie kontrowersjami dla samych kontrowersji, wiąże się z tym bowiem całkiem sporo głębi, która zmusza do refleksji.

 

Oczywiście autor nie zapomina o solidnej dawce akcji. Zaczyna się szpiegowsko-wojenną historią, w stylu „Johna Rambo”, gdzie Punisher masakruje rosyjskie oddziały strzelając do żołnierzy z działka przeciwlotniczego. Potem mamy typowe dla serii gangsterskie klimaty, gdzie brutalność przekracza granice dobrego smaku. A wszystko to podane w realistyczny, poważny, dojrzały i wulgarny sposób, bez mieszania do wydarzeń jakichkolwiek marvelowskich herosów (Fury się nie liczy, jako że przede wszystkim jest agentem i nie posiad żadnych mocy). Do tego mamy też znakomitą szatę graficzną – choć przyznam szczerze, że drugą z zawartych tu opowieści chciałbym zobaczyć w wykonaniu Johna Romity Jr., który udowodnił „Kick Assem” jak doskonale czuje podobne klimaty (i ze zmienionym kolorem, choć ten też jest całkiem niezły) – i świetne wydanie. Nic tylko polecić. To w końcu, jak już wspominałem, jedna z najlepszych opowieści Marvela wydawanych na naszym rynku i warto ją poznać, choć zdaję sobie sprawę, że nagromadzenie brutalności nie każdemu się spodoba.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Lucky Luke #80: Ziemia obiecana – Jul, Achdé

LUCKY LUKE I… POLACY!

 

To już osiemdziesiąty tom „Lucky Luke’a”, a taka liczba robi wrażanie, szczególnie, że mamy do czynienia z europejską seria komiksów humorystycznych. Cykl z takim stażem miał już prawo stracić przynajmniej część swojej atrakcyjności. I tak też było w przypadku niektórych z nowych tomów, na szczęście „Ziemia obiecana” to po prostu kawał dobrego, zabawnego komiksu, który ma szansę spodobać się zarówno stałym, jak i nowym czytelnikom serii.

 

Lucky Luke znalazł wreszcie chwilę spokoju. Żyje z dala od ludzi, hoduje stado… aż do chwili, w której odnajduje go dawny znajomy, pechowy Jack. Nie dość, że krowy na jego widok wpadają w popłoch (nie przypadkiem, w końcu kiedyś to on się nimi zajmował i właściwie to cud, że jeszcze żyją), to jeszcze przybysz ma do samotnego kowboja pewną prośbę. Oto bowiem ma szansę na odzyskanie dobrego imienia a przy okazji zarobienia pieniędzy na dostarczeniu bydła na targ w Teksasie. Tak się jednak składa, że jego rodzina, Żydzi Aszkenazyjscy, przyjeżdżają z Polski do Ameryki, a on obiecał, że będzie im towarzyszył w drodze do Montany. Dlatego prosi Luke’a by zrobił to za niego – praca stała się dla Jacka idealną wymówką, bo nie potrafi przyznać się rodzicom, że nie jest adwokatem. Lucky Luke wyrusza zająć się nimi za niego, ale już od początku wszystko wskazuje na to, że krewni kowboja są wcale nie mniej pechowi od niego. Do tego wydają się nie rozumieć realiów Dzikiego Zachodu, a przed nimi długa i niebezpieczna droga…

 

Chyba każdy lubi znaleźć swojskie akcenty w zagranicznych dziełach. Polska gości w nich rzadko, szczególnie jeśli chodzi o komiksy, a jeśli już się to zdarza, najczęściej w kontekście holokaustu. Lucky Luke z racji czasów, w jakich się rozgrywa, nie mógł się do tego odwoływać, co już stanowi plus. I chociaż tych polskich akcentów jest tu niewiele, zawsze to jakiś miły dodatek do naprawdę dobrej całości.

 

Co jest dobrego w „Ziemi obiecanej”? Przede wszystkim to, co w serii wykorzystywano już nieraz, czyli humor wynikający ze skonfrontowania zupełnie różnych od siebie kultur, postaw i wierzeń. Pechowi Żydzi, czasem ukazani nieco stereotypowo (ale bez popadania w przesadę czy też w nadmierną poprawność polityczną) stają się dla bohatera problemem nie mniejszym, niż przestępcy, ale zarazem i on, i oni czegoś się od siebie nawzajem uczą. Czytelnicy także dowiadują się niejednego, choćby poznają historię Żydów na Dzikim Zachodzie – choć oczywiście podaną z przymrużeniem oka.

 

A wszystko to w dobrej, dynamicznej i nie pozostawiającej miejsca na nudę historii, która zilustrowana została w z znakomity sposób. Rysunki Achdé są niemal identyczne z tymi, jakie tworzył zmarły już pomysłodawca Lucky Luke’a, Morris, podobnie zresztą jak kolory Mela. Połączenie tego wszystkiego daje nam bardzo udany komiks, który polecam Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Deadpool #7: Grzech pierworodny – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, John Lucas

GRZECHY DEADPOOLA

 

Kto jak kto w Marvelu, ale Deadpool niejedno ma na sumieniu. Szalony najemnik z nawijką, któremu liczby zabitych osób mógłby pozazdrości nie tylko Punisher, ale i niejeden superzłoczyńca. Ale co poza tym może kryć przeszłość naszego bohatera? W poprzednim tomie wrogowie będącego świeżo po ślubie Deadpoola dowiedzieli się, że ma on dziecko. Teraz, za sprawą eventu „Grzech pierworodny” nadszedł czas by ta część jego biografii upomniała się o niego, ale to oczywiście dopiero początek tego, co na nas  czeka.

 

Już trochę czasu minęło odkąd Deadpool ukradł ukochaną Draculi, którą miał dostarczyć mu w celach matrymonialnych. Tak się jednak złożyło, że niedoszła pani Dracula została jego żoną, a hordy wampirzych wojowników żadnych krwi (dosłownie i w przenośni) oraz zemsty, bez chwili wytchnienia atakują (czyt. dają się mordować) młodą parę. Czy nie da się coś na to poradzić? Oczywiście, że da, masowa eksterminacja całego gatunku jest w tym przypadku jak najbardziej wskazana. Tymczasem jednak SHIELD dowiaduje się, że Deadpool miał kiedyś córkę. Wprawdzie los dziewczynki pozostaje nieznany, ale zamierzają odnaleźć ją żywą lub martwą. On natomiast ma się nie wtrącać do tych działań (znaczy nie mordować świadków), co nawet jest mu na rękę, bo ma do zrealizowania własne plany.

Jakby tego było dochodzi właśnie do wydarzeń znanych z „Grzechu pierworodnego”, ktoś morduje Watchera, a ziemscy herosi w trakcie śledztwa docierają do podejrzanych. Czyżby to była zbrodnia na tle seksualnym, jak przypuszczał Deadpool? Aresztowanie striptizerki może na to wskazywać, jednak użycie przez Orba oka Watchera (taa, wiem jak to brzmi, ale to przecież komiks, nie?) doprowadza do wyjawienia światu wielu sekretów. Agenci SHIELD dowiadują się dzięki temu o losach córki Deadpoola i wyruszają ją odszukać. Tymczasem nasz najemnik z nawijką realizuje swój plan wymordowania wampirów. Wprawdzie Dazzler (a właściwie podszywająca się pod nią Mystique) nie jest chętna pomóc w tym swoimi olśniewającymi zdolnościami, ale od czego ma się ukradziony sprzęt do podróży w czasie? Deadpool odwiedza więc przeszłość i zabiera stamtąd młodszą Dazzler na szaloną akcję w stylu… disco!

 

Z tą serią nie można się nudzić. I nie można się przy niej nie śmiać. Zero powagi, zero delikatności i poprawności politycznej, dużo krwi i czarnego humoru (zgadnijcie kto na twarzy martwego Watchera namalował wąsy, okulary, rogi i napis Kto mnie zabił?). A jednocześnie, chociaż fabuła jest tu najczęściej pretekstem do serwowania kolejnych niewybrednych żartów, całość jest spójna, akcja wciąga, a zagadki potrafią zaciekawić.

 

Oczywiście „Grzech pierworodny” jest, podobnie jak „Deadpool się żeni”, czymś nieco innym niż się spodziewałem. Tam liczyłem na rzeźnicki ślub, pełen trupów i krwi, tu miałem cichą nadzieję, że córeczka Deadpoola okaże się być niczym Hit Girl z „Kick Assa” Millara i Romity Jr. słodkie, wielkookie dziewczątko bezlitośnie zarzynające wrogów. Rzeczywistość okazała się inna, ale w ostatecznym rozrachunku wcale nie gorsza od tego, czego oczekiwałem. Do tego album został jak zwykle bardzo dobrze narysowany, w sposób dość prosty, ale mroczny, krwawy, często zabawny, a na dodatek w scenach odnoszących się do lat 90. XX wieku, zyskał prześmiewczą kreskę wyolbrzymiającą to, co wtedy królowało w komiksach. Jeśli lubicie takie satyryczne opowieści mające gdzieś poprawność, choć jednocześnie nieprzekraczające pewnych granic dobrego smaku, albo po prostu polubiliście już przygody Deadpoola, będziecie bawić się znakomicie. Polecam.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szkolne Życie! #7 – Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

RÓBTA CO CHCETA

 

Jak mogą wyglądać studia grupy nastolatek w skład której wchodzą dziewczyna żyjącą w stworzonej przez siebie rzeczywistości, jej przyjaciółki, z których jedna cudem przeżyła pogryzienie przez zombie, ale nie pozostało to dla niej bez wpływu oraz milczące dziecko uratowane ze szkoły podstawowej? Szczególnie, że świat przeżył zagładę, upadło wszystko to, co wcześniej znały, a żywe trupy, i nie tylko one, stanowią nieustające zagrożenie? Chcecie się przekonać? Sięgnijcie po siódmy tom „Szkolnego życia!”.

 

Dziewczyny z prywatnego liceum po opuszczeniu szkoły wyruszyły w podróż na studia. Dotarły do celu, ale czekała tam na nie niemiła niespodzianka. Osobnik z kuszą niemal zabił jedną z nich, udało się wprawdzie uniknąć tragedii, ale na tym nie koniec. Nie są tu mile widziane, a co więcej nawet w samochodzie nie są bezpieczne. Ścigane przez inne auto, przestraszone i zagubione odbierają wezwanie od dziewczyn z uniwersytetu i tak trafiają wreszcie w mury upragnionej uczelni, gdzie spotykają nowe przyjaciółki. Touko Deguchi jest przewodniczącą szkolnego kółka i zajmuje się wymyślaniem różnych szalonych rzeczy, w stylu maratonów gier czy filmów. Aki Hikarizato póki co po prostu jest, a Kirai Hikato specjalizuje się w budowaniu i naprawianiu właściwie wszystkiego. Wszystkie starają się wieść normalne życie w murach uniwerku, gdzie mają ciepłą wodę, prąd i pod dostatkiem rozrywek, a w ich kole króluje zasada – róbta, co chceta. To jednak tylko część tego, co czeka w murach nowej szkoły. Przywiezione przez licealistki informacje mogą zmienić wszystko, ale jeszcze wiele rzeczy pozostaje do odkrycia, a pytań związanych z nowym miejsce przybywa…

 

Najważniejszą zmianą w tym tomie (przynajmniej patrząc na… ‘zainteresowania’ twórców) nie jest wcale ani przybycie nowych postaci (w tym w końcu kilku męskich bohaterów), ani też zagadek, a zwiększenie dozy erotyki. Dotychczas bohaterki świeciły bielizną czy prowokacyjnymi pozami, teraz nadszedł czas na nieco nagości. Ale to w końcu manga głównie dla facetów, więc aż dziw, że tak późno wkroczył ten element.

 

A co poza tym oferuje ten tytuł? Erotyki nie jest dużo, więc trudno mówić o tym w tych kategoriach. To w końcu pozostałe elementy królują, a do nich zaliczyć należy krwawe sceny z zombie, mrok, dużo humoru i urocze, sympatyczne bohaterki. Trochę tajemnic, sporo akcji i bardzo przyjemny klimat. A wszystko to narysowane realistycznie, choć oczywiście z mangową prostotą i w bardzo przyjemny dla oka sposób. W skrócie dobra, męska manga, którą polecam miłośnikom takich klimatów.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Lucky Luke #78: Wujaszkowie Dalton – Laurent Gerra, Jacques Pessis, Achdé

PRZESTĘPCZE WYCHOWANIE

 

Chociaż twórca Lucky Luke’a, Morris, zmarł już kilkanaście lat temu (podobnie jak autor, który jest z serią bardzo mocno kojarzony, czyli René Goscinny), jego bohater nadal ma się dobrze, a na rynku wciąż pojawiają się kolejne albumy. I są to całkiem udane opowieści, zabawne, dobrze pomyślane i zachowujące ducha oryginału. Szczególnie pod względem znakomitej szaty graficznej.

 

Poznajcie Daltonów. A właściwie jednego z nich. Myślicie, że już znacie? Błąd, chodzi o Boba, Grata, Billa i Emmetta, a raczej o tego ostatniego, który podczas niedawnego napadu ich bandy zarobił 23 kulki i przeżył! Co zatem z tym Emmettem? W przerwie między napadami miał krótki romans z tancerką z saloonu w wyniku czego na świat przyszedł chłopiec. Ponieważ ojciec zniknął, a matka wybrała się do Francji na tournée, zdecydowała się oddać dziecko pod opiekę krewnych ojca czyli braci Daltonów! O tym fakcie dyrektor więzienia informuje Lucky Luke’a, który ma pilnować przestępców. Dziecko nie może być wychowywane w zakładzie karnym, więc czterej więźniowie zostaną przeniesieni do domostwa, gdzie Luke i notariusz pilnować będą bezpieczeństwa i tego, czy chłopiec jest prawidłowo wychowywany. To jednak początek kłopotów, bowiem malec należy do dzieci charakternych, a sami Daltonowie zamierzają skorzystać z okazji i uciec, pozbywając się Lucky Luke’a, a może i przy okazji nieco zarobić…

 

„Wujaszkowie Dalton” to całkiem sympatyczny tom „Lucky Luke’a”. Może żarty nie bawią już tak bardzo, jak te wymyślane przez Morrisa czy Goscinnego, ale nadal serię czyta się lekko, przyjemnie i bez chwili nudy. Tytułowy bohater jak zwykle jest ostoją moralności i sprawiedliwości, Daltonowie bezustannie knują, Bzik wciąż niczego nie rozumie, a dziecko, jak można było się spodziewać, daje się bohaterom we znaki. Ciągle więc coś się dzieje, ciągle pojawiają się nowe problemy i gagi, a choć to wszystko już przecież w „Lukcy Luke’u” było, nadal sprawdza się bardzo dobrze.

 

Co ciekawe, sam Emmett Dalton nie jest postacią wymyśloną. Taki przestępca istniał naprawdę i naprawdę został postrzelony 23 razy w trakcie pewnego napadu, a mimo to przeżył. Jego dalsze losy dopowie Wam jednak już sam komiks. A warto po niego sięgnąć, jeśli lubicie postać kowboja strzelającego szybciej niż jego własny cień albo po prostu dobre, europejskie opowieści humorystyczne. Nieźle napisany, znakomicie zilustrowany – kreska jest identyczną z tą, do jakiej przyzwyczaił nas Morris, podobnie zresztą jak kolor – nadal cieszy i dostarcza dobrej zabawy. Dlatego też polecam, choć osobiście czekam na więcej klasycznych albumów.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Droga do odrodzenia – Superman: Ostatnie dni Supermana – Peter J. Tomasi, Dough Mahnke, Mikel Janin, Ed Benes, Dale Eagelsham, Scot Eaton, Jorge Jiménez, Paul Pelletier

KOLEJNA ŚMIERĆ SUPERMANA

 

Superman już umierał. Zaczynając od sfingowania własnej śmierci jeszcze w latach 40. XX wieku, po tę właściwą, która wstrząsnęła nie tylko uniwersum DC, ale komiksami w ogóle, głośnym echem odbijając się w rzeczywistych mediach. Temat poruszył nawet sam Alan Moore, w fabule „Whatever Happend to the Man of Tomorrow”, która wieńczyła erę postaci sprzed „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach”. Jednakże tak naprawdę Człowiek ze Stali umarł tylko raz. Przynajmniej dopóki nie powstała niniejsza opowieść, kolejna zamykająca pewien etap historii bohatera i wydawnictwa.

Superman umiera. Po wizycie w ognistych studniach Apokolips, kuracji w kryptoniotowej komorze w ARGUS-ie oraz walce z Rao jego życie powoli dobiega końca, trawione przez chorobę, na którą nie ma lekarstwa. Clark nie zamierz zresztą chwytać się rozpaczliwie żadnej nadziei – wie, że to nic nie da. Pogodził się już ze swoim losem, stawiał czoła śmierci dość wiele razy by nie bać się odejścia, jednak ciężko mu przejść do porządku dziennego nad tym, że nie będzie mógł już ratować ludzkich żyć. Powoli zaczyna żegnać się z bliskimi, stara się też z pomocą Batmana odnaleźć swoją kuzynkę Karę i zrobić jak najwięcej dobrego, póki jeszcze może.

Tymczasem w Chinach pewna kobieta prowadzi swoje dziwne eksperymenty. Wkrótce potem w USA pojawia się pewna płonąca istota twierdząca, że jest prawdziwym Supermanem. Clarka czeka więc jeszcze jedno starcie, być może ostatnie w jego życiu…

 

W dobie, kiedy to śmierć i zmartwychwstanie wszelkich komiksowych superbohaterów jest na porządku dziennym (a jednocześnie i tak przyciąga czytelników, bo choć nikt już nie wierzy w ostateczny zgon któregoś z herosów, to jednak ciekaw jest jak tym razem twórcy to odwrócą), Superman jest jednym z nielicznych wyjątków, które zza grobu powróciły właściwie tylko jeden raz. Dlatego też tworzenie opowieści o jego „ponownym” zgonie było rzeczą kontrowersyjną. Czymś, co miało zadatki na bycie strzałem albo w dziesiątkę, albo w kolano. Na szczęście „Droga do Odrodzenia: Superman – Ostatnie dni Supermana” to znakomity album, lepszy niż „Śmierć Supermana” z lat 90. XX wieku, która, mimo swojej przełomowej treści, pełna była błędów, kiczu i porażającego wręcz patosu, jednocześnie nie oferując właściwie nic poza trwającą przez kilka zeszytów walką zakończoną zgonem tytułowego bohatera i jego przeciwnika.

 

Fabuła „Ostatnich dni” jest bardziej złożona, niż ta opowieść. Tak, jak to było w przypadku „Lois i Clark”, wcześniejszego tomu „Drogi do Odrodzenia”, tak i tutaj widać echa wcześniejszej śmierci oraz wydarzeń, jakie rozegrały się potem. Całość jest ciekawa, dobrze poprowadzona, bardzo emocjonalnie ujęta, a przede wszystkim sprawdza się znakomicie jako zamknięcie etapu Nowego DC (czy jak chce tego oryginał New 52) i otwarcie Odrodzenia. Nowy Superman umiera, stary powraca, następuje symboliczna zmiana warty, zaczyna się kolejny rozdział opowieści o superbohaterze z „S” na piersi i zapowiada się on bardzo ciekawie.

 

A jak to wszystko prezentuje się od strony graficznej? Bardzo dobrze. Kreska i kolor są nowoczesne, ale w dobrym stylu, realistyczne (choć nie zawsze, bo czasem ciążą ku mandze) i nastrojowe. Wprawdzie bardziej podobały mi się rysunki do „Lois i Clark”, ale i „Ostatnim dniom” nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.

 

Jeśli więc jesteście fanami Supermana, DC albo po prostu szukacie dobrych, epickich komiksów rozrywkowych, niniejszy album to pozycja dla Was. Dobrze napisana, tak samo narysowana, spodoba się miłośnikom serii, jak i nowym odbiorcom. Ja polecam i nie mogę się już doczekać regularnych serii z Odrodzenia.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szkolne życie #6 – Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

WYCIECZKA PRZEZ APOKALIPSĘ

 

W niemal każdej mandze typu szkolne życie nadejść musi moment, kiedy kończy się szkoła. Czasem zaczyna się inna, czasem kończy się opowieść. W świecie zombie też nie może zabraknąć tego typu zmiany, skoro głównymi bohaterkami są uczennice. I nie zabrakło, a nowy tom „Szkolnego życia!” przynosi kilka ciekawych wydarzeń i wprowadza na łamy nowe postacie.

 

Dla czwórki nastolatek żyjących w murach liceum Megurigaoka nadszedł czas zmian. Muszą porzucić szkołę i wybrać się na studia – a właściwie w jakieś nowe miejsce, choć uniwersytet nie wydaje się wcale takim złym rozwiązaniem. Wpierw jednak chcą odbyć ostatnią szkolną wycieczkę, która ma być jednocześnie ich wyprawą do nowego miejsca. Biorą więc samochód i wyruszają w świat. Teraz znów muszą szukać jedzenia, może przy okazji znajdą jakieś mangi, przydałoby się też odpocząć, bo życie w samochodzie męczy, ale na to jednak nie ma czasu. I nagle, kiedy chcą puścić muzykę z odtwarzacza, trafiają w radiu na audycję prowadzoną przez kogoś z okolicy. Dziewczyna puszczająca w eter piosenki zaprasza do siebie wszystkich chętnych, ale niepokojący jest jeden fakt – kaszel, który ją męczy. Czy to naprawdę tylko przeziębienie? Cóż, Yuki, Kurumiś, Rii i iMii wkrótce się o tym przekonają.

Co więcej stan Kurumiś po kuracji zaczyna martwić jej koleżanki. Pojawiają się pytania czy rzeczywiście udało się ją wyleczyć, skoro jej zachowanie zaczyna być coraz dziwniejsze. Jakby tego było mało Rii przypomina sobie o swojej młodszej siostrze, a kiedy w ręce dziewczyn wpada informacja, że w podstawówce, do której ta chodziła, są ocaleli zaczyna się kolejna akcja ratunkowa…

 

Zacznijmy od tego, że „Szklone życie!”, choć z tomu na tom robi się coraz ciekawsze, pojawia się w nim także coraz więcej błędów. Widać to wyraźnie po tym tomie. Bo niestety, ale wątek z zapomnieniem przez Rii o siostrze jest nieprzekonujący, a przy okazji czytelnik zaczyna zastanawiać się czy zagładę przeżyły tylko przedstawicielki płci pięknej (bo jedynie one się odnajdują) czy też może autorzy po prostu wolą towarzystwo ślicznych nastolatek – temu drugiemu zresztą nie da się zaprzeczyć niezależnie od odpowiedzi. Ten tom wyjaśnia wprawdzie czy na  świecie są jeszcze jacyś mężczyźni (przynajmniej częściowo; wcześniej można było tylko przypuszczać, bo płci żołnierzy mimo wszystko nie poznaliśmy), ale czy zmieni ono odczucia?

 

To nieważne. Ta manga jest tak sympatyczna, że chętnie przymykam oczy na podobne rzeczy. To w końcu rozrywkowy horror z wielkookimi dziewczynami w mini spódniczkach, czy ktokolwiek ma jakieś oczekiwania odnośnie głębi czy logiki? Liczy się zabawa, a ta jak zwykle jest dobra, czasem słodka, czasem mroczna, a czasem krwawa, ale na pewno nie nudząca i bardzo, bardzo przyjemna. Także pod względem grafiki łączącej urok, subtelna erotykę, słodką prostotę i realizm. Dlatego też jeśli szukacie lekkiej zabawy z dreszczykiem, zombie i porcją tajemnic, „Szkolne życie!” się Wam spodoba. Polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.