Baśniobór (audiobook) – Brandon Mull (czyta: Janusz Zadura)

BÓR PEŁEN BAŚNI

 

Jesteście młodymi czytelnikami i lubicie fantastykę? A właściwie urban fantasy? Szukacie ciekawej pozycji z tego gatunku, mając ochotę na pełną niebezpieczeństw i niezwykłości przygodę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki? A więc „Baśniobór” to dobra książka, a właściwie seria, do polecenia Waszej uwadze.

 

O czym jest to opowieść? Jak to w takich przypadkach bywa o nastoletnim rodzeństwie Sorensonów, które nieoczekiwanie trafia w sam środek magicznej przygody! Piętnastoletnia Kendra i jej o cztery lata młodszy brat, Seth, dalecy są od zachwytów, kiedy okazuje się, że najbliższe wakacje spędzić mają u swojego dziadka, Stana. Szczególnie, że ten nie należy do najsympatyczniejszych ludzi, jakich spotkali. Na wstępie dziadek oferuje im całe mnóstwo zakazów, których młodzi ludzie nie zamierzają jednak słuchać, nieświadomi jaką Stan pełni rolę. I czym tym naprawdę jest las, do którego nie powinni się jego zdaniem zbliżać. Konsekwencje są jednak przerażające. Las okazuje się być Baśnioborem, niezwykła krainą, którą od wieków zamieszkują stworzenia znane z legend, mitów i baśni właśnie, dziadek zaś osobą stojącą na jego straży. Niestety złamanie zakazu doprowadza do uwolnienia się zła, do walki z którym stanąć musi Kendra. Od teraz na barkach dziewczyny spocznie los bliskich jej osób i być może także całego świata…

 

Ten schemat znamy wszyscy. Dzieci, które wbrew swej woli trafiają pod opiekę dorosłego, który wydaje się być przeciw nim, by w rzeczywistości okazać się zupełnie niezwykłą postacią to coś, do czego przyzwyczaili nas najróżniejsi twórcy w ciągu ostatnich dobrych sześćdziesięciu lat. Wystarczy wspomnieć tylko tych najważniejszych, jak C. S. Lewis i jego „Opowieści z Narnii” czy bliżej naszych czasów, rozsławiony przez filmowe adaptacje cykl Luca Bessona „Artur i Minimki”. Czy więc ma to jeszcze sens? Czy jest jeszcze po co pisać podobne opowieści? Jak się okazuje tak, a „Baśniobór” dobrze wpasowuje się w tę tradycję.

 

Fabuła, oczywiście, jak na skierowaną dla dzieci (ewentualnie młodszych nastolatków) przystało, jest prosta. Prosty jest także styl, lekki przy tym i szybki w odbiorze. Akcja dynamiczna, bohaterowie pełni dobrych cech (chociaż, jak widzicie po nieposłuszeństwie, które wpakowało ich kłopoty, wcale tacy kryształowi nie są), a nawiązania do znanych dzieł dopełniają całości. Młodzi odbiorcy będą więc zadowoleni.

 

Wersja audio natomiast nadaje się znakomicie do rozpoczęcia przygody z „Baśnioborem”. Słuchanie powieści jest bardzo przyjemne, pozbawione monotonności i dobrze odczytane. Lektor, Janusz Zadura, wpada w ucho, a całość po prostu wciąga, dlatego polecam.

 

I dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Zgnilizna – Siri Pettersen

W PIERŚCIENIU UDANEJ FANTASTYKI

 

Pierwszy tom „Kruczych Pierścieni”, otwierający zdobywający szczyty popularności cykl, był książką poprawną, ale nie zwalił mnie z nóg. Ot kolejna, udana, to prawda, ale nie wybijająca się ponad podobne propozycje lektura fantasy dla młodzieży. Coś jednak miała w sobie ta powieść, pewną obietnicę alternatywnych światów i ciekawego ich wykorzystania, że pociągała. I na szczęście ten właśnie kierunek obiera Siri Pettersen w dalszym ciągu losów rudowłosej Hirki.

 

Początek daleki jest od typowej powieści fantasy. Oto na jak najbardziej współczesnym peronie pojawia się niejaki Stefan. Słuchawki na uszach, dźwięki muzyki Trenta Reznora z nich płynące – człowiek, jakich wiele. Wkrótce w tunelu odnajduje jego, Roasta, bezdomnego i… Finał ich spotkania trudno było przewidzieć. Ucieczka, pościg, wreszcie wyrwane zęby i krew kończą osobliwą konfrontację.

Akcja przenosi się do doskonale znanego nam świata fantasy, krainy Ym, ale to tylko chwilowa zmiana. Zaraz potem na scenę wkracza Hirka, główna bohaterka opisywanych tu zdarzeń, a same zdarzenia osiągają nie lada poziom. Hirka, po przejściu przez Krucze Pierścienie, co miało pomóc ocalić Ym przed Ślepymi, trafia do współczesnego nam świata. Europa, która dla nas jest zwyczajną codzienności, dla Dziecka Odyna wychowanego w zupełnie odmiennych realiach rozwój technologiczny, samoloty, samochody i wszelkie udogodnienia są szokiem. Nieznająca języka i uznana za wariatkę dziewczyna musi szybko odnaleźć się w rzeczywistości, która okazuje się być zupełnie inna, niż wszystko na to wskazywało. Ten świat pełen jest zgnilizny. Umiera. Hirka nie ma pojęcia jak wielkie jest niebezpieczeństwo. I jakich rzeczy dowie się już wkrótce…

 

Jak nie przepadam za powieściami zamkniętymi w stricte gatunkowych ramach fantasy, tak lubię kiedy ta odmiana fantastyki przełamuje schematy i bariery wchodząc w korelacje ze współczesnością. I nie ważne czy odbywa się to na zasadzie schematów z urban fantasy, postępu świata w czasie czy tak, jak tu bawiąc się alternate reality – cenię, kiedy nawet najbardziej wymyślne fabuły mają jakieś korzenie w tym, co mogę dostrzec za oknem. I to właśnie oferuje Siri Pettersen w „Zgniliźnie”, łącząc jednocześnie z klasycznym podejściem do tematu, przygodą, walkami, wyprawą, która nie tylko ma na celu ratowanie świata, ale także i doprowadzenie bohaterów do dojrzałości oraz szczyptą niezwykłości i całkiem sporą porcją zagadek, które czekają na swoje rozwiązanie.

 

Styl jest lekki i przyjemny, akcja wartka, a przejścia w treści od „świata przeszłości” do „świata teraźniejszości” płynne, ale i zaznaczające wyraźną granicę. W zestawieniu z częścią pierwszą „Kruczych Pierścieni”, „Zgnilizna” wydaje się być inną książką, a jednak zarazem to wciąż ta sama historia, tylko przeniesiona na nowy, dla mnie osobiście lepszy, grunt.

 

A zatem bez zbędnego przedłużania polecam i czekam z niecierpliwością na finałowy tom sagi.

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Na ostrzu noża – Miroslav Žamboch

AWANTURNICZE FANTASY

 

Gatunek fantasy nigdy nie był odległy od awanturniczo-przygodowych korzeni. Znany czeski pisarz, chyba najsłynniejszy fantasta z tamtych rejonów, Miroslav Žamboch w swojej trylogii o Koniaszu zdecydował się na pójście w tę właśnie stronę. Jak się jednak można było po tym autorze spodziewać, podlał to wszystko mocno męskimi motywami i bez zbędnego ociągania wrzucił w wir akcji i niebezpieczeństw.

 

Koniasz jest najemnikiem. I to bardzo typowym najemnikiem, który potrafi udowodnić, że pozory mylą, a nawet persona dość wątpliwa, jak on, może mieć swój własny kodeks honorowy i konkretne zasady. Koniasz wygląda więc jak na najemnika przystało, wielki, silny, uzbrojony, poprzecinany bliznami, jakby został zjedzony żywcem, nawet wyraz twarzy (a i zachowanie plus sposób wyrażania się) posiada bardzo ograniczony, by nie rzec tępy. Głupiec z mieczem w dłoni, co to nie zna wartości pieniądza? Tak woleliby o nim myśleć ci, którzy najmują go do najróżniejszych zadań, najczęściej kosztujących kogoś głowę, a i samemu Koniaszowi taki wizerunek jest jak najbardziej na rękę. Tym razem nasz bohater dostaje jednak zgoła odmienne zadanie – zleceniodawca nie chce by kogokolwiek zabijał, wręcz przeciwnie. Koniasz musi przeprowadzić ponad tysiąc ludzi na ziemię niczyje, gdzie mają założyć kolonię. Warunek jeden – co najmniej tysiąc z nich musi dotrzeć tam żywych. Jeśli będzie choćby o jednego mniej, horrendalna zapłata przepadnie. Koniasz, który na swojej pracy zna się jak mało kto, zlecenie oczywiście przyjmuje. Wie, że nie będzie lekko, ale czy może spodziewać się jakim naprawdę kosztem przyjdzie mu wykonać powierzoną misję?

 

Literatura Žambocha to taki książkowy odpowiednik kina akcji ze Schwarzeneggerem – dzieje się dużo, z humorem, bohaterowie są twardzi i na wskroś męscy, takie samce alfa, które i pysk obiją i niewiastę do łóżka zaciągną, a w życiu wiedzie im się dobrze, nawet jeśli wiedzie się źle. Coś więcej? Walki, pojedynki, ucieczki, pościgi, piękne kobiety, silni wrogowie, seks, przemoc… Wszystko podane stylem lekkim i szybkim w odbiorze, bo Žamboch literacko radzi sobie bardzo dobrze. Inna sprawa, że czytelnik sięgający po jego powieści musi być do pewnej stylistyki przyzwyczajony – zbiegi okoliczności, czasem niekonsekwencja i bardzo współczesne potraktowanie tematu. Nie jest to więc klasyczne fantasy, nie ma tu nazbyt rozbudowanego świata czy przesadnie oderwanego od ziemi podejścia, bardziej już pastisz, który spodoba się męskim odbiorcom.

 

Wznowienie od Fabryki Słów natomiast wygląda rewelacyjnie. Świetna, ujednolicona szata graficzna, znakomita okładka i bogato ilustrowane wnętrze składają się na tom, na który miło się patrzy i który jeszcze milej ogląda się w trakcie. A że i liczba stron jest solidna i wszystkie składowe również, warto jest  po „Na ostrzu noża” i pozostałe tomy cyklu sięgnąć.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Śledztwo (audiobook) – Stanisław Lem (czyta: Adam Bauman)

KIEDY LEM SPOTKAŁ KAFKĘ

 

Pamiętam, kiedy kilka lat temu obejrzałem teatr telewizji ze spektaklem opartym na tej właśnie powieści i pamiętam także, jakie wielkie było moje zdumienie co potrafi Lem. Znałem jego twórczość, przez moje ręce przewinęły się jego największe dzieła, a jednak takie niepozorne „Śledztwo” wywarło największe wrażenie. Teraz zaś, w końcu, mogłem w formie audiobooka poznać powieściowy pierwowzór i powiem jedno – ta książka zachwyca!

 

Fabuła „Śledztwa” jest z pozoru prosta. Zdawałoby się typowy kryminał, thriller ocierający się o horror. Młody śledczy ze Scotland Yardu Gregory staje przed problemem rozwiązania nietypowej zagadki. Z wiejskich kostnic znikają zwłoki, a podejrzanym może być każdy, o czym wkrótce przekona się sam główny zainteresowany. Kto za tym wszystkim stoi? Jaki ma motyw? Funkcjonariusz sukcesywnie prowadzi swoje śledztwo w dusznej angielskiej scenerii, a z każdą chwilą nasuwa się jeden jedyny słuszny wniosek – zmarli sami wrócili do życia. Tylko co takiego kryje się za zaistniałym stanem rzeczy…

 

Sięgając po „Śledztwo” słusznie możecie oczekiwać bardzo wiele – i z pewnością się nie rozczarujecie, jeśli cenicie literaturę z wyższej półki – jednak nie oczkujcie jednego, a mianowicie, że otrzymacie kryminał czy thriller. Owszem, wszystkie składowe tych gatunków znalazły tutaj swoje miejsce, jest więc swoista zbrodnia, zagadka do rozwikłania, są też trupy – chociaż kolejność nie ta, co w dreszczowcach – i śledczy, który musi zebrać wszystkie elementy w jedną całość, ale to tylko jedna strona medalu. Stanisław Lem, autor kojarzony przede wszystkim z Science Fiction i satyrą nigdy nie skupiał się tylko i wyłącznie na stylistyce, w której się poruszał. Gatunek i forma służyły mu do powiedzenia czegoś więcej i tak jest również w tym wypadku. Co oczywiście nie przeszkadza mu w osiągnięciu prawdziwego mistrzostwa na polu kryminału/horroru. Jest w Lemie bowiem jakaś zdumiewająca siła, a w jego słowach kryje się coś takiego, że napięcie, które wywołuje niebezpiecznie blisko graniczy ze strachem. Autor daje odczuć to już od pierwszych minut, kiedy główny bohater toczy rozmowę o przypadkach zaginięć zwłok. Nie ma tu literackiego rozmachu, scena jest wyciszona i wręcz klinicznie zimna, postacie po prostu wypowiadają swoje kwestie, ale dzięki temu znika gdzieś wrażenie obcowania z fikcją, a pojawia się przekonanie, że oto mamy przed sobą prawdziwą relację z dziwnych wydarzeń, które jeszcze nie znalazły swojego finału. I to przeraża. Fascynuje. Urzeka. Zachwyca.

 

„Śledztwo” nie jest typową powieścią w bibliografii legendarnego autora. Treść i styl bardzo różnią się od tego, co Lem prezentuje w innych utworach. Narracja jest iście angielska, ton niespieszny, a akcja snuje się z wolna. Emocje jednak narastają niepostrzeżenie, a dziwne zachowania, dziwne zdarzenia i dziwny świat – świat tak bliski nam i tak obcy zarazem – sprawiają wrażenie wyrwanych z głowy Kafki. Albo filmów Davida Lyncha. Solidnie przygotowana wersja audio doskonale wpasowuje się w namalowany przez pisarza klimat, oferując niemalże osiem godzin znakomitej rozrywki z najwyższej półki. Przyjemny głos lektora, doskonałe podejście do tematu i beznamiętny, rzeczowy sposób czytania sprawiają, że wersji dźwiękowej słucha się nie tylko łatwo i przyjemnie, ale przede wszystkim czytelnik czuje, jakby słuchał relacji świadka, a nie jedynie literackiej fikcji. Granica rzeczywistości zaciera się – pozostaje tylko przyjemność słuchania. I dreszcze.

 

Jeśli więc nie mieliście okazji dotychczas poznać „Śledztwa”, naprawcie ten błąd i sięgnijcie koniecznie – ta powieść warta jest poznania pod każdym względem.

 

A ja dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Gałęziste – Artur Urbanowicz

POMIĘDZY GAŁĘZIAMI

 

Jeśli chodzi o fantastykę, to właśnie gatunek horroru jest mi najbliższy. W końcu, jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, groza należy do najbardziej przyziemnych z odmian paranormalnej literatury. I chociaż polskie filmy nie potrafią niczego osiągnąć na tym polu, literatura radzi sobie znakomicie. Pytanie, jak na tym polu wypadł debiutujący „Gałęzistymi” Artur Urbanowicz?

 

Kiedy młoda kobieta, Anna, zmuszona sytuacją wyrusza w podróż na Suwalszczyznę, nie jest w najmniejszym stopniu świadoma tego, co spotka ją, kiedy zepsuje jej się auto. W mroku i ulewie, sama w lesie, gdzie każdy kształt przypomina ludzką postać zdecyduje się na pieszą wędrówkę, która… Czy coś w ogóle może jej grozić?

Karolina i Tomek są parą, której związek niestety wisi na włosku. Szansą na jego naprawę, a może i całkowite odbudowanie staje się wspólna wyprawa do Suwalszczyzny z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Ciągle kłócąca się dwójka, która nie potrafi wytrzymać bez wzajemnych oskarżeń, a jej przekonania, zainteresowania i poglądy stawiają oboje po przeciwnych stronach barykady będzie musiała spędzić ze sobą jeszcze więcej czasu. Czy ich podróż może się udać? Wszystko wskazuje na to, że nie, a z każdą kolejną chwilą jest coraz gorzej. Przez problemy z cukrem we krwi Tomek omal nie zabija oboje w trakcie jazdy. Wkrótce okazuje się także, że będą musieli zamieszkać gdzie indziej, niż planowali, a miejsce to nie jest wcale lepsze od pierwotnego – budynek znajduje się obok dawnego cmentarza, a na dodatek pod dachem nie brak świeżo zmarłej osoby. Żeby jednak na tym skończyły się problemy Tomka i Karoliny, nie byłoby tak źle. Niestety. W domu zaczynają mieć miejsce dziwne zdarzenia, a bohaterów nawiedzają tajemnicze sny. Powoli wokół ich szyj zaciska się pętla…

 

Mroczny las i jego sekrety to temat stary, jak sama literatura grozy. Na wykrzesanie zeń czegoś oryginalnego nie ma więc już większych szans, ale nadal można mieć nadzieję na dobre powielenie znanych schematów i podanie ich w ciekawej formie. Są w końcu rzeczy i motywy, które nigdy się nie przejadają i tak jest w tym właśnie przypadku. Urbanowicz poradził sobie z nimi całkiem nieźle. Owszem, czuć w „Gałęzistych”, że jest to dzieło debiutującego pisarza, ale książkę czyta się przyjemnie i z napięciem, a warstwa obyczajowa ma swój urok.

 

Treść i poprowadzenie akcji także wciągają w świat, który wyłania się z mroku lasu i spokojnej zdawałoby się wsi. Pomiędzy gałęziami rozciąga się groza zakorzeniona daleko w przeszłości i pomiędzy tymi samymi gałęziami, jak pajęczyna, rozciąga się także dramat rozpadu związku. Wszystko dobrze znane, a jednak czyta się miło i przyjemnie, jeśli więc lubicie rodzime horrory sięgnijcie, nie zawiedziecie się.

 

A ja dziękuję autorowi za udostępnię mi egzemplarza do recenzji.

Samotny smakosz – Jirō Taniguchi, Masayuki Kusumi

TAK SMAKUJE MANGA

 

Chociaż tradycja japońskich komiksów nie jest szczególnie długa (forma, w jakiej znamy je dzisiaj  wyklarowała się dopiero po drugiej wojnie światowej), to jednak zakres poruszanych przez nie tematów wprost imponuje. Nigdzie indziej w medium obrazkowym nie spotyka się bowiem takiej rozpiętości treści, jak w Japonii właśnie. Mangi omawiają właściwie każdy gatunek i każdą dziedzinę życia, wszystkie pasje. Rzadko udaje się je zaszczepić na obcy grunt, ale w każdej kategorii są dzieła, które zachwycają niezależnie od zainteresowań. I takim właśnie dziełem jest kulinarny „Samotny smakosz”, który sprawia, że czytelnik aż czuje na języku smak omawianych potraw.

 

Inogashira Gorō to samotny mężczyzna, który zajmuje się importem dóbr. Nie posiada jednak sklepu, bo uważa, że każda rzecz, o którą trzeba dbać to tylko jeszcze większe obciążenie, a on przecież się nie rozdwoi. Z tej też przyczyny nie związał się z nikim, nie założył rodziny i wiedzie życie w swoim spokojnym rytmie. Ma jednak jedną pasję, którą pomagają mu spełniać służbowe wyjazdy – a jest nią kuchnia. Jedzenie. Potrawy, którymi delektuje się, jak prawdziwy smakosz, poznając wciąż nowe smaki, odkrywając niesamowite knajpki i restauracje i podglądając ich codzienność, wraz z życiem ludzi przez nie się przetaczających…

 

W 1985 roku ukazała się kultowa już powieść „Pachnidło”, która jedynie za pomocą słów jako pierwsza zdołała uchwycić bogactwo zapachów świata i – co ważniejsze – przekazać je odbiorcy. Dwadzieścia jeden lat później sukces ten powtórzyła filmowa adaptacja, dając możliwość widzom poczuć, że celuloid także potrafi przekazywać woń. Teraz natomiast manga duetu Taniguchi/Kusumi prezentuje coś jeszcze bardziej zdumiewającego – że na papierze, zaledwie przy pomocy słów i rysunków można pokazać odbiorcy jak smakują różne dania; nawet jeśli ten nie miał możliwości wcześniejszego ich próbowania. A to wyczyn iście magiczny, mistrzowski, bo tylko częściowo odwołujący się do naszych prywatnych kulinarnych doświadczeń.

Zadziwiające jest równie to, jak pozornie pozbawiona akcji manga może wciągać, zachwycać i emocjonować. Oczywiście nie jest tak, że bohater przez dwieście stron siedzi i je. Mamy jego przemyślenia, widzimy wycinki z życia ludzi, których spotyka na swojej drodze, mamy też konkretne zdarzenia dziejące się w trakcie, a jednak suma emocji i przyjemności jest większa niż suma poszczególnych elementów. A że manga została przy tym wspaniale zilustrowana – rysunki z pietyzmem oddają detale dań i ich składników – i uzupełniona o komentarze odnośnie potraw jej lektura jest jak delektowanie się wykwintnym daniem, które przyjemnie pieści podniebienie.

 

Dlatego polecam gorąco – nie tylko miłośnikom gotowani, bo ta sensualna manga smakuje przepysznie!

 

I dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Hobbit, czyli tam i z powrotem (Audiobook) – John Ronald Reuel Tolkien (czyta: Marian Czarkowski)

LEGENDA, KTÓRA ZAPOCZĄTKOWAŁA FANTASY

 

„Hobbit” to klasyka powieści fantasy dla dzieci i młodzieży, kultowa książka, która od blisko 80 lat zachwyca czytelników bez względu na wiek. To ona także stała się podwaliną gatunku Fantasy, stanowiącą pomost pomiędzy baśniowymi korzeniami a prawdziwie dojrzałym wykorzystaniem ich motywów. Dlatego nie znać jej to po prostu wstyd, a audiobook to forma równie dobra, jak każda inna by wkroczyć w pełen przygód świat Śródziemia.

 

O czym opowiada ta historia? Nikomu chyba nie trzeba tego mówić, nie mniej dla formalności (i dla tych, którzy rzeczywiście jeszcze nie mieli okazji obcować z tym dziełem) przypomnę, że o wyprawie krasnoludów, chcących odzyskać swe skarby i królestwo zagarnięte przez smoka Smauga. Z powodu ich przesądności do drużyny za namową czarodzieja Gandalfa dołącza hobbit Bilbo i tak zaczyna się wspaniała przygoda, w której bohaterowie stawić będą musieli czoło pająkom, olbrzymom i trollom, zyskując wrogów, przyjaciół i doświadczenie.

Przygoda i zarazem wstęp do trylogii „Władcy pierścieni”.

 

Co trzeba powiedzieć, to to, że powieść w wersji audio słucha się po prostu znakomicie. Napisana lekkim językiem, pełna akcji i zaskoczeń nie pozwala czytelnikowi (niezależnie młodemu czy dorosłemu) przerwać przed samym finałem. I nawet kiedy lektorowi zdarzają się drobne wpadki (choćby uśmiech w zabawnych momentach) są one tak urocze i tak współgrające z treścią, że trudno jest je zaliczyć in minus.

 

W kwestii innych minusów, ciężko jest takowe znaleźć, jeśli rozpatruje się „Hobbita” jako samodzielną opowieść przeznaczoną dla dzieci. Jeśli jednak spojrzeć na „Tam i z powrotem” z szerszej perspektywy całej mitologii stworzonej przez Tolkiena, jej ton jest inny, niż w następnych dziełach nierozerwalnie z nią związanych. Można się jedna sprzeczać, czy jest to rzeczywiście minus – trzeba w końcu pamiętać, że „Hobbit” funkcjonuje w świecie przedstawionym jako wspomnienia autorstwa Bilbo Baginsa, co daje mu pełne prawo do odmiennej stylistyki i swobodnego, subiektywnego podejścia do omawianych wydarzeń.

 

Dlatego też polecam go całym sobą i z czystym sumieniem – szczególnie, że jest o niebo lepszy od popularnych, acz niezbyt udanych filmów Petera Jacksona, które chciały na siłę pokazać swoją wielkość.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Opowieści z Narnii. Książka do kolorowania – Clive Staples Lewis, Pauline Baynes

NARNIA DO POKOLOROWANIA

 

Dokładnie sześćdziesiąt lat temu, w roku 1956, ukazała się ostatnia powieść o przygodach rozgrywających się w fantastycznej krainie Narnii – „Ostatnia Bitwa”. Taka rocznica to doskonała okazja by przypomnieć sobie cała wspaniałą serię, która od ponad pół wieku rozpala wyobraźnię czytelników z całego świata. Nie omija jej także wydawnictwo Media Rodzina, które w naszym kraju odpowiada za publikację cyklu, wypuszczając na rynek kolorowankę zwierającą oryginalne ilustracje z książek. Ale nie tylko.

 

Witajcie w Narnii, niezwykłej krainie, w której splatają się motywy z mitów, religii chrześcijańskiej i baśni. Jak można do niej trafić? Sposobów jest naprawdę wiele. Można na przykład przejść przez starą szafę pełną futer, albo też przeniknąć przez obraz. Można również na wiele innych sposobów – jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia. Jeszcze więcej jest przygód, jakie czekają w Narnii na każdego, kto odwiedzi jej ziemie. A Wy możecie teraz przeżyć je wszystkie – od pojawiania się królowej Jadis przez przygody Piotra, Łucji, Edmunda i Zuzanny po ostateczną bitwę o spokój fantastycznej krainy. Aslan i Kaspian. Święty Mikołaj i Biała Czarowania. Eustachy i Julia. Digory i Polly. Wszystkie postacie ze wszystkich książek serii spotykają się po raz kolejny, żeby znów przeżyć najważniejsze przygody…

 

A czytelnik ma okazję uczestniczyć w nich w aktywny sposób, nadając wszystkiemu własnych barw, ożywiając oryginalne, znane z książek ilustracje Pauline Baynes. Przy okazji publikacja nie ogranicza się jedynie do roli kolorowanki, ale także streszcza wszystkie siedem części „Opowieści z Narnii” poprzez krótkie fragmenty zaczerpnięte z samych książek. Dzieci otrzymują więc nie tylko szansę na zabawą kredkami, flamastrami czy mazakami, mogą przy okazji przypomnieć sobie (lub wprowadzić się w temat – książeczka nie wyczerpuje go bowiem) to, co napisał C. S. Lewis.

 

Dla młodych fanów Narnii i kolorowania ta pozycja jest jak znalazł. Klasyczne ilustracje doczekały się też nowej interpretacji, która urozmaica zaczerpnięte z powieści rysunki, a samo wydanie przygotowane zostało starannie, na dobrej jakości papierze i w ładnej oprawie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Epidemia – Suzanne Young

SAMOBÓJSTWA JESZCZE SIĘ NIE KOŃCZĄ

 

Wydawało się, że seria „Program” opowiadająca o świecie, w którym nastolatki w wyniku tajemniczej plagi popełniają samobójstwa zakończy się na drugim tomie. Potem jednak na naszym rynku pojawiło się „Remedium”, powieść prezentująca losy zupełnie nowej postaci żyjącej w okresie poprzedzającym dotychczasową akcję, a teraz nadszedł czas by historia ta została dopowiedziana do końca, budując most pomiędzy „Remedium” a „Plagą samobójców”.

 

Nastoletnia Quinlan McKee jeszcze całkiem niedawno korzystała ze swojego niezwykłego daru by pomagać ludziom, ale to się skończyło. Teraz sama potrzebuje pomocy, a nie może zaufać nikomu. Dosłownie. Nawet Deacon, którego miała za bardzo bliską sobie osobę, za przyjaciela i ukochanego, okazuje się być kimś zupełnie innym. To wszystko to jednak najmniejszy z jej kłopotów. Quinn dotychczas wcielała się w role zmarłych nastolatek by ułatwić ludziom pożegnania ze zmarłymi krewnymi. Nie była jednak świadoma, że w którymś momencie tak bardzo wcieliła się w swoją rolę, że przestała być sobą. Stała się Quinn, stała się czyjąś straconą córką. Ale kim była naprawdę? Pozbawiona własnej tożsamości i wszystkiego, co dotychczas stanowiło jej życie, stara się odkryć prawdę o samej sobie. Dowiaduje się jednak czegoś o wiele bardziej wstrząsającego. Są bowiem ludzie, którzy chcą ją wykorzystać do własnych celów, a ona sama jest częścią eksperymentu mającego pomóc w walce z plagą samobójstw. Nastolatka jednak nie zamierza brać w tym wszystkim udziału…

 

Może to i typowo młodzieżowa pozycja, ale cała seria publikowana pod wspólnym tytułem „Program” jest naprawdę ciekawą propozycją dla czytelników w różnym wieku. Warunek by się dobrze bawić? Właściwie tylko jeden – chęć przeczytania opowieści o dystopijnym świecie, w którym odbieranie sobie życia stało się chorobą, jak każda inna. Chorobą, z którą trzeba walczyć, a rząd znalazł na to metodę – pranie mózgu. Dzieło Suzanne Young wyrosło bowiem na dość młodej tradycji „Igrzysk śmierci” i podobnych opowieści i przypadnie do gustu każdemu, kto dobrze bawił się w trakcie ich lektury. Trafia się tutaj pewna umowność i często złagodzone podejście do tematu ze względu na wiek docelowych odbiorców, ale atmosfera jest ciężka, gęsta, depresyjna, a zagadki intrygujące.

 

Czy na wszystkie poznamy odpowiedzi w „Epidemii”? To już rzecz, której dowiedzieć się musicie z książki. A tę warto przeczytać. I warto także czekać na kolejny tom, nad którym autorka już pracuje, a który kontynuować będzie losy bohaterów „Plagi samobójców” i „Kuracji samobójców”.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Feeria Young za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu – Anna Lange

WIKTORIAŃSKIE ARCHIWUM X

 

Tak właśnie pomyślałem sobie o tej powieści, kiedy tylko przeczytałem jej zapowiedź na stronie wydawcy i po lekturze zdanie to podtrzymuję. Bo rzeczywiście przygody trójki głównych bohaterów działających w ramach wydziału zajmującego się rzeczami nie z tej ziemi przypominają odrobinę losy Muldera i Scully. Byłoby to jednak zbyt wielkie uogólnienie tej bardzo udanej książki, w której splata się całe mnóstwo różnych motywów i klimatów.

 

Jest rok 1873. W Londynie w ramach wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej powstaje jednostka jakiej dotychczas nie było. Jej celem jest rozwiązywanie zagadek stricte dotyczących zjawisk paranormalnych i działania magii na tym świecie. Jej nadinspektorem zostaje John Dobson, człowiek utalentowany pod względem magicznym, który niestety w życiu tak służbowym, jak i prywatnym nie radzi sobie najlepiej. Podwładni nie są mu nazbyt przychylni, pracy z dziwnymi zdarzeniami nie brakuje, natomiast brakuje czegoś innego, a właściwie kogoś – niedostatek egzorcystów odbija się na działaniach jednostki. Co więcej Dobson przygarnął właśnie pod swój dach siostrę, która zmuszona była zostawić dawne życie i szukać pomocy u niego właśnie. Alicja, bo tak na imię ma owa siostra, szkoli się w pielęgniarstwie i pomocnej w tym magii, jednak jak wkrótce się przekona, szkolna wiedza nie na wiele się zdaje. Losy obojga w dość dramatycznych okolicznościach przetną się z losami pochodzącego z arystokratycznej rodziny Clovisa LaFaya, dawnego przyjaciela Johna, który po latach wrócił do kraju. W trakcie walki z ghulem na cmentarzu Clovis zostaje trafiony zaklęciem jednego z funkcjonariuszy. John, chcąc pomóc przyjacielowi (i uniknąć ewentualnych reperkusji) zabiera go do Alicji. Dwójka z miejsca wpada sobie w oko, a dodatkowo Dobson chce by LaFay dołączył do jego jednostki. Od tego momentu zaczyna się szalona przygoda pełna magii, niebezpieczeństw i rodzinnych tajemnic…

 

Co mogę powiedzieć o tej najnowszej propozycji od SQN wydanej w ramach Imaginatio? Chyba tylko tyle, że kupuję tą książkę w całości. Spodziewałem się niezłej acz naiwnej lektury utrzymanej w humorystycznym tonie, a otrzymałem zdumiewająco udaną jak na debiut powieść, która bawi, dostarcza emocji i żongluje motywami i schematami, a przede wszystkim jest po prostu znakomicie napisana. Owszem, sam początek mnie nie wciągnął, zacząłem się więc obawiać, potem jednak nastąpiła pewna zmiana tonu, pojawiła się konkretna akcji, a ja po prostu wpadłem w ten świat.

 

Zabawa z „Magicznymi aktami Scotland Yardu” jest przednia. Powieść czyta się przyjemnie, a plastyczność opisów działa na wyobraźnię. Co więcej autorka splotła w jedno kilka różnych konwencji, od komiksowo-filmowej grozy z pogranicza urban fantasy i alternate history (otwierająca sekwencja na cmentarzu skojarzyła mi się z „Hellboyem”) przez humorystyczno-awanturnicze klimaty po wiktoriański romans podany w lekki sposób; i to splotła znakomicie. Może takie połączenie brzmi osobliwie, ale zaręczam – jest to osobliwość urocza, nastrojowa i… z pazurem.

 

Dlatego też polecam „Clovisa…” gorąco wszystkim tym, którzy pragną naprawdę udanej czysto rozrywkowej fantastyki i czekam na kolejne książki autorki – czuję, że jest na co.

 

I, oczywiście, dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.