Wyzwolenie (Wojny alchemiczne #3) – Ian Tregillis

WOLNOŚĆ TO STAWIANIE JEDNEGO MAŁEGO KROCZKU ZA DRUGIM

 

Wreszcie nadszedł finał „Wojen alchemicznych”. Po dwóch udanych tomach, które może i miały drobne minusy, ale dostarczały dużo dobrej zabawy i czytały się naprawdę przyjemnie teraz opowieść dobiega końca, a „Wyzwolenie” tylko potwierdza, że warto było spędzić czas nad tą specyficzną trylogią z gatunku clockwork punk.

 

Historia naszego świata potoczyła się zupełnie inaczej. W XVII wieku holenderski uczony stworzył pierwszego klakiera – robota napędzanego za pomocą zegarowego mechanizmu i alchemii. Klakierzy stali się pomocnikami, żołnierzami, niewolnikami, ale potrafili myśleć, a tam, gdzie są myśli, rodzi się też bunt. Gdy w prowincji Centralnej oczekuje się wiadomości o upadku Zachodniej Marsylii, w Hadze dochodzi do ataku mechanicznych. Jak to w ogóle możliwe, skoro mieli być niezdolni do jakiekolwiek agresji względem człowieka? Jak poradzić sobie z tą sytuacją? Czy istnieje szansa na rozejm?

Tymczasem przywódczyni Nadleśnictwa, Anastazja Bell, choć nie ma się najlepiej i powinna przechodzić rekonwalescencję, musi wrócić do kwatery głównej Gildii by powstrzymać zmiany. Czy to jednak możliwe, kiedy te tak mocno ingerują w obecny porządek świata? Wolność zdobywa się stawiając jeden mały kroczek za drugim, ale za jaką cenę?

 

„Wojny alchemiczne” Tregillisa zaczęły się jak clockworkowa wariacja na temat „Frankensteina” i „Golema”, potem skręciły w stronę opowieści w styli Issaca Asimova, by wreszcie wyewoluować w historię o wielkiej wojnie, jakiej nie powstydziłyby się klasyczne powieści fantasy – podlanej solidną porcją alternate history i science fiction. Brzmi osobliwie? Spokojnie. Jeśli myślicie, że taki mix gatunkowy będzie albo niestrawny, albo potraktowany zbyt pastiszowo, wyzbądźcie się wątpliwości. „Wyzwolenie”, jak i pozostałe tomy trylogii, to naprawdę dobra lektura. I napisana na poważnie – z dobrze skonstruowanym światem, którego mechanika przekonuje i nie jest infantylna, ciekawymi postaciami i wydarzeniami, gdzie miesza się polityka, historia, akcja i dylematy moralne. Pytania o granice człowieczeństwa, czy sztuczny twór może mieć duszę i być „żywy” także są obecne.

 

Oczywiście nie jest to odkrywcze, ale nie o nowatorskie podejście do tematu chodzi. Żadnego novum w tym przypadku (poza realiami gatunkowymi) nie da się już chyba znaleźć, ale dobre odtwórstwo jest zawsze w cenie. A „Wojny alchemiczne” są dobre. Dobrze poprowadzone, dobrze napisane. Mają swój klimat i charakter. Finałowy tom znajduje równowagę między akcją a spokojniejszymi elementami. Podobnie jest też z kwestią bohaterów – mamy tu wiele kobiecych akcentów, dzięki dużemu udziałowi bohaterek, jest też spora porcja męskich elementów. Ale przede wszystkim jest dobra, udana zabawa. Jeśli więc lubicie fantastykę, będziecie zadowoleni. Polecam.

 

A wydawnictwu SQN dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

ReLIFE #3 – Sou Yayoi

LICEALISTKA NA LEGALU?

 

Pierwsze dwa tomy „ReLIFE” były ciekawe, ale nie zawsze równe. Czytało się je przyjemnie, jednak czekałem na jakieś wielkie wow. Na coś, co mnie zaskoczy, zachwyci, poruszy do głębi. I wreszcie ten moment nastał wraz z trzecim tomem. Tomem mroczniejszym, ale przez to jeszcze lepszym i bardziej porywający niż wcześniej.

 

Kariu nie potrafiła znieść faktu, że Hishiro była od niej lepsza. Przegrała wyścig do zostania przewodniczącą, straciła szansę na srebrną spinkę i przywileje, a na dodatek zabiegi chcącej zaprzyjaźnić się z nią Hishiro odebrała jako wyśmiewanie się i wrogość (cóż poradzić, kiedy dziewczyna ma problemy z komunikacją, jak nikt inny). Chcąc się na niej zemścić i utrudnić jej życie, postanowiła ukraść jej torbę, ale rozwój wypadków doprowadził do dziwnej sytuacji. Teraz wraz z Kaizakim leżą u szkolnej pielęgniarki z drobnymi wstrząśnieniami mózgu, a napięcie między nimi narasta. Chłopak przypomina sobie sytuację z pracy, która sprawiła, że porzucił swoją posadę, sytuację tak bardzo podobną do obecnej, że postanawia wygłosić koleżance dorosłe kazanie. Ale to nie rozwiązuje problemu – Karou Hishiro będą musiały stanąć oko w oko by wyjaśnić wszystko i… do czego może to doprowadzić?

Potem pojawia się kolejny problem. Kiedy nadchodzą wolne dni, Kaizaki zostaje odwiedzony w swoim mieszkaniu przez Ogę i An. Wszystko było by dobrze, gdyby nie musiał obawiać się o zdemaskowania jako dorosły. Co jednak, kiedy licealistka zacznie się do niego przystawiać? Czy Kaizaki skorzysta z okazji? I co takiego się wydarzy, że zaistnieje ryzyko przerwania całego eksperymentu?

Ten tom jest rewelacyjny. Zaczynając od fabuły, która jest kwintesencją całej serii, a na dodatek skupia się najpierw na najciekawszej postaci „ReLIFE” (mowa oczywiście o Hishiro), a potem na rozśmieszaniu i zaskakiwaniu czytelnika, na rysunkach, które stały się bardziej mrocznej i wpadające w oko skończywszy, wszystko tu jest znakomite i czyta się jednym tchem. Ja bawiłem się przy tym znakomicie. Tyle tu emocji, tyle wzruszeń, tyle humoru i zaskoczeń też niemało. Jeżeli w przypadku pierwszych dwóch tomów miałem jeszcze jakieś wątpliwości czy wytykałem powolne rozwijanie się akcji, o tyle teraz wszystko to zniknęło. Została znakomita manga, którą gorąco polecam wszystkim miłośnikom komiksu – nie tylko japońskiego. Warto poznać tę serię i mam nadzieję, że jeszcze nie raz zaskoczy mnie tak pozytywnie jak w przypadku tego tomu.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

ReLIFE #2 – Sou Yayoi

27-LETNI LICEALISTA

 

„ReLIFE” to manga inna niż można by sadzić. Japoński komiks kojarzony jest przede wszystkim z czarnobiałymi opowieściami, czasem przetykanymi tylko krótkimi kolorowymi wstawkami. Tymczasem ta seria od początku do końca jest kolorowa, wyglądająca jakby na strony przeniesiono kadry z anime. Ale fabularnie to typowa, znakomita opowieść z gatunku „szkolnego życia”, pełna humoru i emocji.

 

Jeszcze miesiąc temu Arata Kaizaki był 27-letnim Neetem – nie miał pracy, brakowało mu pieniędzy, perspektyw na życie ani związek także nie posiadał. Teraz w ramach projektu ReLIFE jego wygląd został odmłodzony o dekadę, a on trafił do trzeciej klasy liceum, gdzie ma udawać jednego z uczniów, nie mogąc wydać się przed nikim. Prowadzący go Ryo także został jednym z uczniów i pilnuje jego zachowania, spisując raporty z eksperymentu. Kaizaki z miejsca zdobywa negatywną opinię, a kolejne wpadki tylko pogrążają go coraz bardziej. Zapomniał już materiał, nie potrafi go sobie na nowo przyswoić, lata unikania wysiłku fizycznego doprowadził do sytuacji, że nawet z WF-u jest najgorszy, ale jednocześnie nawiązuje kilka przyjaźni, w tym z dziewczyną, która ma poważne problemy komunikacyjne. Jednocześnie stara się uczyć do poprawek i jakoś odnaleźć w szkolnej rzeczywistości, jednakże nie jest to łatwe. Szczególnie, kiedy urocze licealistki, choć z perspektywy jego wieku nielegalne, tak bardzo przyciągają jego wzrok…

Jak przebiegnie eksperyment? Czy Kaizaki w kimś się zakocha a może ktoś zakocha się w nim? Jakie tajemnice skrywa Ryo i sam eksperyment?

 

„ReLIFE” bywa trochę nierówne i wolno się rozkręca, widać to po obu tomach, ale czyta się je znakomicie, a kiedy już opowieść łapie właściwy rytm, wciąga , intryguje i dostarcza tak wiele zabawy i emocji, że trudno się od niej oderwać. Szczególnie, że ta część bliżej finału zaczyna robić się tak ciekawa i wciągająca, że rekompensuje wszystko. Jakby tego było mało, samo zakończenie urwane w najlepszym momencie, jedynie rozbudza apetyt na więcej.

 

Do tego dochodzi też znakomita, barwna szata graficzna. Prosta, ale udana, stanowiąca przyjemną odskocznię od typowych czarnobiałych mang. Co warto zauważyć, „ReLIFE” mimo ceny niewiele wyższej niż standardowa, wydany został w pełnym kolorze na papierze kredowym. To oczywiście tylko wisienka na torcie, ale warta wspomnienia. Liczą się przede wszystkim fabuła i rysunki, a te nie zawodzą. Jeśli więc szukacie dobrej, zabawnej, ale potrafiącej poruszyć opowieści obyczajowej, będziecie bardzo zadowoleni. Polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Mężczyzna, który gonił swój cień – David Lagercrantz

DZIEWCZYNA Z PRZESZŁOŚCIĄ

 

Zanim Stieg Larsson odszedł z tego świata w roku 2004, mając zaledwie 50 lat, pozostawił po sobie trylogię „Millennium”, która wydawała się być skończoną opowieścią. W rzeczywistości jednak w jego komputerze pozostał manuskrypt niedokończonej czwartej części przygód Lisbeth i Mikaela – a to przecież nie był koniec; autor chciał bowiem, żeby całość zamknęła się na dziesięciu książkach. I kto wie czy tak nie będzie, skoro kontynuator jego literackiej spuścizny – mimo wywoływanych kontrowersji i zapewniania, że ten tom będzie finałowym – nie tylko dobrze się sprzedaje, ale przede wszystkim całkiem dobrze pisze. I chociaż „Mężczyzna, który gonił swój cień” swoje minusy posiada, jest to dobra kontynuacja serii, lepsza nawet niż „Co nas nie zabije”.

 

Lisbeth Salander trafiła do więzienia. Po ostatnich wydarzeniach oskarżona została między innymi o pozbawienie wolności i skazana na dwa miesiące w zakładzie. Jednakże miejsce, do którego trafiła, choć otwarte, okazało się nie być najbezpieczniejszym dla jej osoby, dlatego została przeniesiona do jednego z najlepszych – przynajmniej pozornie – ośrodków. To, co dzieje się w jego murach dalekie jest od doskonałości, a służby tylko pozornie mają władzę nad tym miejscem. Kiedy Lisbeth od Holgera Palmgrena dowiaduje się o znalezieniu starych dokumentów na jej temat, w dziewczynie rozbudza się zainteresowanie własną przeszłością. Czyżby kryły się tam jeszcze jakieś sekrety, które nie wyszły na światło dzienne? Salander zaczyna własne śledztwo, do pomocy angażuje Mikaela Blomkvista, a ten szybko wpada na trop kolejnej afery, tajemnic i zbrodni, które mogą sprowadzić śmiertelne zagrożenie na wszystkich zainteresowanych tematem. Jakie sekrety kryją się za tatuażem w kształcie smoka? I do czego może doprowadzić obecna sytuacja?

 

Część miłośników „Millennium” wiesza na książkach Davida Lagercrantza psy, część się nimi zachwyca – choćby tylko na zasadzie możliwości powrócenia do tego świata i bohaterów. Kto ma racje? Obie grupy. Bo to, co stworzył kontynuator serii różni się od trylogii Larssona, ale nadal ma swój urok.

 

Zacznę może od minusów. Pierwszym z nich jest zdecydowanie styl, jakim posługuje się Lagercrantz. Mniej płynny i lekki, na szczęście wciąż przyjemny w odbiorze, czasem różni się naprawdę mocno od prac Larssona, co widać szczególnie w tym właśnie tomie. Podobnie jest z treścią. Jak to było w przypadku „Co nas nie zabije”, tak i tutaj fabuła zawiera wiele elementów i pomysłów, których poprzednik raczej by nie napisał – czasem miałem wręcz wrażenie czytania przygód Jasona Bourne’a (mamy w końcu i islamistów, i tajną organizacją etc.), a nie Lisbeth i Mikaela. Poza tym Lagercrantz zmienił nieco postacie. Spłycił? Często słyszę taki zarzut, ale nie oszukujmy się, Larsson nie zrobił głębokich, wiernych psychologicznie bohaterów – Lisbeth była ciekawa, ale na zasadzie nietypowości, kontrastu z innymi jej podobnymi heroinami, nie ambitnej kreacji literackiej; resztę osób zaludniających powieści Stiega można śmiało przemilczeć. Autor kontynuacji „Millennium” zmienił ją nieco, uczynił prawdziwą twardzielką jakby żywcem wzięta z kina akcji lat 80. XX wieku. Skupił bardziej na powierzchowności. Jednych zmiana ta rozczaruje, innym się spodoba – każdy musi zdecydować sam.

 

Ale powieść ma też sporo plusów. Akcja jest ciekawa, przeszłość Lisbeth tak samo. Nie ma tu wielkich zaskoczeń, ale całość czyta się dobrze, bez znudzenia, a szansa poznania sekretów najciekawszej bohaterki „Millennium” na pewno pociąga. I chociaż „Mężczyzna…” nie jest wybitną pozycją, jako lekka powieść kryminalna dla niewymagających czytelników sprawdza się naprawdę nieźle. Jeśli należycie do tej grupy, spodoba się Wam; tak samo jeśli lubicie trylogię Larssona – szczególnie gdy nie pozostajecie ślepi na jej minusy, a tych przecież nie brakowało. Ja cieszę się, że mogłem wrócić do tego świata i dowiedzieć się więcej o Lisbeth i mam też nadzieję, że to jeszcze nie koniec serii.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Comanche #8: Szeryfowie – Greg, Hermann

SIEDMIU WSPANIAŁYCH

 

Jak długo seria komiksowa może wytrzymać bez tytułowego (nie mówię głównego, bo Comanche nigdy nie zajmowała w niej tak istotnego miejsca jak Red Dust) bohatera? Na to pytanie chyba nie trzeba opowiadać. Chociaż jej rola malała z tomu na tom, aż w siódmej części właścicielka rancza niemal przestała występować, teraz znów pojawia się na stronach albumu i wprowadza pewną nostalgiczną nutę do opowieści. A sama historia, jak zwykle, jest znakomita, wciągająca i przede wszystkim absolutnie zniewalająco zilustrowana.

 

Po opuszczeniu Comanche i towarzyszy, Red Dust znalazł swoje zacisze na ranczu Duncana, miejscu, które aż za bardzo przypominało mu Trzy Szóstki. Teraz jednak przeszłość upomina się o niego, kiedy zjawia się szóstka rewolwerowców – byłych stróży prawa, którzy chcą rozliczyć się z posiadającymi małą armię Ruhmannami. Dust nie zamierza mieszać się w ich sprawy, dopóki zagrożenie nie dotknie nikogo dla niego ważnego. Jednak jak się okazuje, jedną z osób broniących się przed Ruhmannami jest nie kto inny, jak Comanche. Red dołącza do ekipy i tak zaczyna się kolejna niebezpieczna misja…

 

Od początku mojej przygody z „Comanche” zastanawiam się czemu ta seria tak mnie kupiła. Nie lubię westernów, mam kilka ulubionych, ale komiksy z tego gatunku, nawet taka legenda, jak „Blueberry”, nigdy do mnie nie trafiały. Poza tym nigdy też nie należałem do miłośników twórczości Hermanna – owszem, doceniałem jego talent, ale dziwne twarze bohaterów jakoś do mnie nie trafiały. Co więc zadziałało w tym przypadku? Po pierwsze „Comanche” to nie tyle klasyczna opowieść o Dzikim Zachodzie, co jej europejska odmiana – taki komiksowy odpowiednik spaghetti westernu, brudny i zdystansowany. Po drugie prace Hermanna z tego okresu (seria zaczęła ukazywać się w 1972 roku a ten tom pochodzi z 1980) są inne, równie realistyczne co współczesne, ale o wiele lepiej oddające twarze bohaterów. Autor ma wprawdzie swoje ciągoty do ich zniekształcania, jednakże są to rzeczy drobne i nie rzucające się szczególnie w oczy.

 

Cała reszta strony graficznej jest jednak absolutnie zachwycająca. Rewelacyjne plenery, dbałość o detale, niesamowicie klimatyczne scenerie, świetne oddanie światłocieni… Wymieniać można by długo. Do tego dochodzi rewelacyjny kolor Fraymonda. Co się zaś tyczy fabuły, jak zwykle mamy tu do czynienia z przygodowo-sensacyjną opowieścią, pełną zagrożeń i walki o to, co słuszne. Jest tu coś z historii o szukaniu własnego miejsca w świecie, który się zmienia – te zmiany na dodatek, postęp, jaki wkracza na Dziki Zachód, są jedną z najciekawszych rzeczy, jakie „Comanche” ma do zaoferowania – jest też jakaś dziecięca fascynacja opowieściami o niezłomnych herosach pełnych wad, ale twardych i walecznych – i sympatyczne nawiązania do klasyki gatunku w stylu „Siedmiu wspaniałych” (jednego z nielicznych westernów, jakie cenię).

 

Jak dla mnie świetna seria, która spodoba się nie tylko miłośnikom westernów. Przyjemnie napisana, rewelacyjnie zilustrowana, wciąga i dostarcza dobrej zabawy. Polecam gorąco!

 

A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

ReLIFE #1 – Sou Yayoi

MANGA JAK ANIME

 

„ReLIFE” to manga nietypowa i od tego chyba wypada zacząć. Co jest w niej innego? Przede wszystkim zaczęła się jako komiks internetowy, co sprawiło, że nie wiązały jej takie zasady jak publikacji papierowej. Widać to już po wykonaniu – album, w pełni kolorowy, co w japońskim komiksie zdarza się niezwykle rzadko, wygląda bardziej jak anime przeniesione na papier niż tradycyjna manga. Czym oczywiście przykuwa uwagę. I dobrze bo to naprawdę świetna propozycja dla miłośników obyczajowych opowieści.

 

Kto z nas nie chciałby się odmłodzić i wrócić do szkoły? Nie musieć martwić o pracę, pieniądze, dorosłe problemy. W końcu wie teraz więcej, łatwiej poradziłby sobie z tym i owym. Dwudziestosiedmioletni Arata Kaizaki, który nie potrafi odnaleźć się w życiu. Cały czas się miotał, cały czas szukał, podobnie na studiach, jak i teraz z pracą. Tyle, że pracy nie ma. Składa wciąż kolejne aplikacje, chodzi na rozmowy, ale odkąd zostawił poprzednie stanowisko, jedynie dorywcze zajęcie w sklepie gwarantuje mu nieco dochodu. To, plus pieniądze od matki ze wsi, pewnego dnia jednak rodzicielka oznajmia, że nie będzie mu już więcej wysyłać pomocy finansowej. W takiej właśnie nieszczególnie godnej pozazdroszczenia sytuacji znajduje się Kaizaki, kiedy zaczepia go pewien człowiek i oferuje pracę przy eksperymencie. Wystarczy, że zażyje tabletkę odmładzającą, dzięki której znów będzie wyglądał na nastolatka, wróci do liceum i będzie spisywał obserwacje z tego zadania. Przez rok ma udawać ucznia, a w zamian firma pokryje wszystkie jego koszty utrzymania, zapewni to, co niezbędne do życia, a na dodatek po wszystkim pomoże znaleźć pracę. Niestety Kaizaki nie może nikogo poinformować o tym czym się zajmuje – także żadnego z uczniów – nikt też nie może domyślić się tego sam, a to oznacza konieczność pilnowania się. Po zakończeniu wszyscy i tak zostaną pozbawieni wspomnień o nim, jednak jeśli by się czymś zdradził, eksperyment zostanie przerwany, jego pamięć o nim wymazana, a on wróci do swego marnego życia. Kaizaki zgadza się na tę osobliwą pracę i tak zaczyna się jego szalona przygoda!

 

Szkolne życie to jeden z moich ulubionych rodzajów mangi. Szczególnie, że we własnych ramach porusza tak wiele różnych tematyk i gatunków, iż każdy znajdzie tu coś dla siebie: od lekkich komedii i erotyki, przez poważne opowieści obyczajowe i psychologiczne, na horrorze oraz fantastyce skończywszy. „ReLIFE” należy do tych ostatnich, chociaż elementy Sci Fi ograniczają się praktycznie do tego, co napisałem powyżej. Ale tu chodzi akurat nie o odrywanie się od ziemi, a realistyczną, ciekawą opowieść o ludziach, relacjach między nimi i tym, co rodzi obecna sytuacja.

 

Fabuła jest lekka, ciekawa i przyjemna. Z nutą humoru, z dużą dozą powagi i sympatycznymi bohaterami, wciąga w kolorowy świat. Świat bardziej przypominający anime niż mangę, co już wspominałem, ale ma to swój urok. I jest też ciekawą odskocznią od typowych czarno-białych japońskich komiksów. Kolor jest tu może prosty, ale poszczególne ilustracje mają swój urok i intrygujący klimat. Całość zaś wypada bardzo dobrze, warta jest poznania, a przede wszystkim perspektywa kolejnych tomów zapowiada się naprawdę intrygująco, jeśli więc lubicie dobre komiksy niezależnie od gatunku, polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Drobinki nieśmiertelności – Jakub Ćwiek

POPKULTURA ROZMIENIONA NA DROBNE

 

Nigdy nie przepadałem za twórczością Ćwieka i poza jednym niezłym, choć mocno przewidywalnym opowiadaniem, tylko „Przez stany POPświadomości” przypadły mi do gustu. Może dlatego, że nie była to literacka fikcja, a relacja z podróży do Stanów? I to Stanów popkulturowych, szlakiem miejsc znanych z filmów, seriali, książek i komiksów, do których mam sentyment. A może dlatego, że Ćwiek nie był jej jedynym autorem? Kiedy jednak pojawiła się szansa przeczytania „Drobinek nieśmiertelności”, zbioru stanowiącego literackie uzupełnienie wspomnianej relacji, nie wahałem się. I chociaż w ostatecznym rozrachunku pozycja ta okazała się niespełniona, czytało się ją całkiem nieźle.

 

Ćwiek bez fantastyki, tak w skrócie można streścić zawartość „Drobinek”. Czytelnicy otrzymują bowiem zbiór kilku krótkich form zainspirowanych konkretnymi wydarzeniami, miejscami i opowieściami związanymi z podróżą do Ameryki. Tu spotykają się Rocky Balboa i papież Franciszek, a skinhead w koszulce z napisem „Black life matters” sąsiaduje z depresją Robina Williamsa.

 

I to chyba najlepiej przedstawia zawartość niniejszego zbioru. Osobliwości. Ćwiek podpatruje ludzi i sytuacje, znajduje w nich coś ciekawego, wybiera to, co najlepsze i spisuje, kiedy poczuje ten impuls. Tę iskrę natchnienia, która przekonuje go, że warto coś przedstawić. Są tu teksty, które śmiało można sobie darować, są też takie, które warto poznać – nie przekonały mnie ani stworzona nie pod wpływem podróży, a samobójstwa Robina Williamsa historia „Jak być duszą towarzystwa – poradnik”, ani tytułem kojarzący się z „Kaznodzieją” tekst „Dumni Amerykanie”, do gustu przypadł natomiast „Psikus”, niezła też była „Ulubiona miejscówka Bonobo Jonesa”. Z tym że wszystko to bardziej na zasadzie skojarzeń z kultowymi inspiracjami, niż ze względu na sam tekst.

 

Bo nie oszukujmy się, Ćwiek nie tylko nie ma ambicji do czegoś wyższego niż literatura rozrywkowa, ale w tym co robi jest mocno zachowawczy. Chciałby pisać jak King, często próbuje, ale tego typu gawędziarstwo mu nie leży. Pisze lekko, prosto i potocznie (czasem aż nazbyt), jego teksty czyta się szybko i przyjemnie, ale szkoda, że nie skłaniają do myślenia. I szkoda, że nie ma tu więcej emocji, bo miewa naprawdę dobre pod tym względem momenty – ale tylko miewa. Do tego nie nudzi, ale też nie zachwyca. Co ciekawe „Drobinki” dobrze sprawdzają się jako literackie uzupełnienie „Przez stany POPświadomości”, gorzej niestety jako twór samodzielny, bo sama popkultura w nim rozmieniona została na drobne, choć powinna być elementem jeśli nie wiodącym, to wyraźnie zaznaczonym.

 

Nie mniej jest to niezła lektura na długie, ponure popołudnia. Coś do rozerwania się z wyłączonym mózgiem. Fanom Ćwieka przypadnie pewnie do gustu, przeciwników nie przekona. To zbiór taki, jak sama popkultura czy Ameryka – zbiór środka, z gdzieś pomiędzy, nawet jeśli chodzi o gatunki. Ciekawy jako eksperyment, choć nie do końca spełniony.

 

Dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Jeśli chcielibyście przeczytać bezpłatnie jedno z opowiadań Ćwieka, zajrzyjcie pod adres: 
http://wsqn.pl/drobinki/

Tasogare Otome X Amnesia (Niepamięć Panny Zmierzchu) #10 – Maybe

ZMIERZCH NIEPAMIĘCI PANNY ZMIERZCHU

 

I oto nadeszła chwila pożegnania. Po trwającej dziesięć tomów przygodzie, trzeba pożegnać się z Teiichim i Yuuko oraz resztą sympatycznej ferajny. Czas spędzony w ich towarzystwie minął szybko i w bardzo przyjemny sposób. Było napięcie, były tajemnice, był śmiech i wzruszeń także nie brakowało. Teraz trzeba pożegnać się z tym wszystkim tak, jak Triichi musiał pożegnać się z Yuuko, w wielkim finale, który trzyma poziom najlepszych tomów serii.

 

Przeszłość Yuuko wyszła na jaw, a ona sama połączyła się ze swoim cieniem, w konsekwencji czego odeszła z tego świata. Teiichi, który w szkole spędził trzy dni, trafia do szpitala, a tymczasem nadchodzą zimowe ferie i stary budynek, gdzie mieszkał duch zostaje zburzony. Kiedy wszyscy wracają do nauki, po raz pierwszy od dekad zaczynają zanikać plotki o Yuuko, a w ich miejsce pojawiają się doniesienia, że dziewczyna odeszła. Teiichi nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości bez niej, klub Badaczy Zjawisk Paranormalnych przestaje mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Próbuje się pocieszać, ze ukochana zaznała w końcu spokoju, ale i to nie wystarcza. I nagle pewnego dnia znów pojawiają się plotki, że Yuuko widywana jest w szkole. Czyżby rzeczywiście wróciła? A może kryje się za tym coś innego i bardziej przyziemnego?

To jednak nie jedyna zagadka, jaka czeka na bohaterów. Pojawiają się bowiem doniesienia o spotkaniu legendarnej kobiety z rozciętą twarzą atakującą dzieci. Czy i tą sprawę uda się rozwiązać? I czy nastąpi wreszcie happy end?

 

Finałowy tom „Tasogare Otome X Amnesia” trzyma poziom. Przy okazji jest grubszy od poprzedniego, a w jego skład wchodzą zarówno dwie opowieści (historia właściwa i zajmujący ponad 1/3 objętości epilog, który dopowiada wreszcie to, co najważniejsze do historii Yuuko i Teiichiego, a także wprowadza sprawę z kobietą o rozciętej twarzy), tradycyjną gazetkę, a także niewykorzystane ilustracje, krótki komiks, który nie znalazł się wcześniej w mandze i wczesne pomysły na całą historię. Owszem, ten tom ma pewne minusy, bo samo poprowadzenie zagadki z kobietą trochę zawodzi, ale cała reszta trzyma znakomity poziom. Nawet jeśli zabieg powrotu do zwyczajnych rzeczy po tak wyrazistym finale może wydawać się dziwne.

 

Co jeszcze ma do zaoferowania ten tom? Jak zwykle dużo humoru, szczyptę erotyki, sporo uroku i nie mniej mroku. Kilka znakomitych scen zachwyca (klasa zombie!), znakomicie wypadają też dodatkowe kolorowe strony w środku tomiku oraz szata graficzna. Aż szkoda, że to już koniec, ale najważniejsze jest to, że świetnie bawiłem się czytając tę serię. Jeśli więc macie ochotę na mroczną komedię romantyczną albo horror komediowy z romansem w tle, polecam Wam gorąco „Tasogare”.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

Śmieci – John ‚Derf’ Backderf

FILOZOFIA DNIA CODZIENNEGO

 

Kontynuując wydawanie niemainstreamowych komiksów, wydawnictwo Prószyński i S-ka zdecydowało się przybliżyć polskim czytelnikom „Śmieci”, nagrodzoną Eisnerem powieść graficzną Derfa Backderfa. Jednocześnie jest to debiut tego cenionego (Robert F. Kennedy Journalism Award czy Prix Révélation na festiwalu komiksowym w  Angoulême, był też częścią ekipy Akron Beacon Journal, którą wyróżniono Pulitzerem) na naszym rynku. I to debiut bardzo, bardzo udany, w sam raz dla ambitnych i wymagających czytelników.

 

Historia ludzkości to historia wielu rzeczy, ale nie wiele z nich tak dużo mówi o nas samych, jak śmieci, jakie produkujemy. Przekonuje się o tym bohater niniejszego komiksu, dwudziestojednoletni chłopak, który wyleciał ze studiów i nie za bardzo wie co ze sobą zrobić. Najchętniej siedziałby w domu i oglądała „Królika Bugsa”, jednak umowa z matką brzmi jasno – albo studiuje, albo znajduje sobie pracę i musi się utrzymać, a do tego nijak mu się nie spieszy. Ale skoro trzeba, to trzeba. Gdy matka podsuwa mu ogłoszenie o poszukiwaniu pracowników komunalnych, nie wie do końca co właściwie go czeka („koszenie trawników przy ratuszu i takie tam?”). Zgłasza się, zostaje zatrudniony i zaczyna pracę jako… śmieciarz. Wraz z dwoma podobnymi mu towarzyszami jeździ, zbiera odpadki, jakie produkują ludzie z jego miasteczka i próbuje jakoś sobie radzić. Wśród śmieci, których pochodzenie jest równie ciekawe, jak ludzkie historie, wśród tych ludzkich historii w nich się kryjących i pomiędzy dziwnymi ludźmi i równie dziwnymi sytuacjami, jakie stają się ich udziałem, trzej bohaterowie starają się radzić sobie nie tylko ze smrodem gnijących w upale produktów i niesprzyjającą pogodą, ale z życiem i całym światem.

 

Filozofia dnia codziennego – tak najkrócej można scharakteryzować to, co znajdziecie na stronach tej powieści graficznej. Derf Backderf (a właściwie John Backderf) stworzył opowieść, której siłą jest jej zwyczajność. Przepuszczona przez filtr komediowej historii o cartoonowych ilustracjach, jest szczera, prawdziwa (będąc nieco młodszym od swojego bohatera, przyszły autor komiksów też pracował jako śmieciarz) i zajmująca. Prosta, jednak w tej prostocie zachwycająca. Nie ważne czy autor opisuje historię śmieci od zarania dziejów po czasy obecne, czy też pokazuje szczeniackie wygłupy bohaterów, wszystko to intryguje i dostarcza emocji. Bawi, jednocześnie skłaniając do myślenia.

 

Od strony graficznej „Śmieci” są proste, to prawda. Cartoonowe, co już wspominałem, odarte z barw, choć znalazło się tu miejsce dla cieniowania typowego dla niszowych produkcji. Ale to wszystko doskonale pasuje do treści. Stonowane, szare, bez fajerwerków, jednak ukazane z talentem i wyczuciem. Do tego dochodzi też znakomite wydanie w twardej oprawie (i za znakomitą cenę). Jeśli lubicie niesztampowe, ambitne komiksy, będziecie bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Tasogare Otome X Amnesia (Niepamięć Panny Zmierzchu) #9 – Maybe

ŚMIECH PRZEZ ŁZY

 

Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl o dziewiątym tomie „Tasogare Otome X Amnesia” to to, że, choć manga liczy jeszcze jedną część, wydaje się on być wielkim finałem. Dostajemy odpowiedzi na wszystkie pytania odnośnie przeszłości Yuuko, wszystkie wątki zostają rozwiązane, fabuła też dociera do momentu, w którym śmiało można by zakończyć całość, a dodatki okazują się być niezobowiązującą odskocznią nawiązującą do wcześniejszych wydarzeń. A jednocześnie jest to jeden z najlepszych tomów całej serii, emocjonujący, smutny i znakomicie poprowadzony.

 

Teiichi, Kirie, Yuuko. Każde z nich na swój sposób odkrywa przeszłość tej ostatniej, stając się świadkiem tragicznych wydarzeń sprzed pół wieku, których echa pobrzmiewają po dziś dzień. Kiedy Yuuko była młoda i wciąż jeszcze żywa, panowała epidemia, której nie potrafili zaradzić żadni lekarze. Przerażeni ludzie zaczęli się bać, że wszystko to jest klątwą bóstwa gór, któremu nie złożono ofiary, kiedy budowano tutejszą szkołę. Ogarnęła ich paranoja, chcieli ofiary. Na tle tych wydarzeń Teiichi obserwuje relacje między Yuuko i Yukariko, dwójką nastoletnich sióstr mieszkających z owdowiałym ojcem, którego wszyscy winią za obecny stan rzeczy, bo jego rodzina od wieków zajmowała się składaniem ofiar. Co jednak wydarzyło się w owym czasie? Co ostatecznie pozbawiło życia pierwszą z sióstr? I co takiego wydarzyło się potem, że Yuuko wolała wyrzucić to z pamięci? W tle pobrzmiewa jednak ważniejsze pytanie: co teraz się z nią stanie? By przypomnieć sobie wszystko, dziewczyna musiała połączyć się ze swoim cieniem, a to oznacz jedno: odejście z tego świata…

 

Tak, jak mówiłem na wstępie, ten tom wyjaśnia wszystko, na wszystko odpowiada i wszystko kończy. A przynajmniej tak się wydaje, skoro istnieje jeszcze dziesiąta część „Tasogare”, ale w chwili obecnej trudno powiedzieć, co może się w niej znaleźć. Owszem, mam swoje typy – a dokładniej coś, na co liczę – jednak o tym przekonam się już niedługo. Póki co wracając do tomu 9 to jest on jeszcze bardziej emocjonujący i smutny niż jego poprzednik. Co ciekawe więcej jest tu także humoru, ale ten zarezerwowany jest właściwie tylko dla dwóch dodatków, które są niczym ten śmiech przez łzy – tylko bardziej podkreślają ponury nastrój wcześniejszych rozdziałów.

 

I to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze. Te emocje, ten klimat i cała ta opowieść. Taka dobra, taka urocza i ciekawa. I znakomicie narysowana. Mroczna, poruszająca, bawiąca i wciągająca. Zamiast więc przedłużać, łapię za finałowy tom, a Wam gorąco polecam całe „Tasogare Otome X Amnesia”.

 

Wydawnictwu Waneko natomiast dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.