Amazing Spider-Man #2: Preludium do Spiderversum – Dan Slott, Christos Gage, Giuseppe Camuncoli, Humberto Ramos, Adam Kubert

KRYZYS NA PAJĘCZYCH ZIEMIACH

 

Przez ponad pół wieku wydawania, Spider-Man doczekał się wielu epickich opowieści ze swoim udziałem. „Spiderversum” jednak miało być z założenia największą z nich. Eventem zbierającym wszystkie alternatywne wersje Pajączka, dodającym kilka nowych i konfrontującym ich z wszechpotężnym wrogiem. Brzmi, jak wiele innych tego typu historii? I po części też tak jest, ale jednocześnie „Spiderversum” to najlepszy story arc od czasu, kiedy serię pisał J. M. Starczynski (zresztą mocno z jego dokonań czerpiący). I ostatni tak dobry na kolejne wiele długich lat. O jego prawdziwej wartości będziecie mogli przekonać się dopiero wraz z następnym tomem, a teraz macie okazję przeczytać wprowadzenie do całego eventu. Wprowadzenie ciekawe, rozpalające wyobraźnię i przy okazji dopowiadające wiele do wątków znanych nam z „Superior Spider-Mana”.

 

Akcję tego tomu można podzielić właściwie na dwie części. Pierwsza z nich, kontynuująca losy Petera Parkera, pokazuje jak nasz bohater musi poradzić sobie z napięciami, które pojawiają się na linii Silk-Anna Maria. Pierwsza jest jego obecną partnerką, druga kochała go (z wzajemnością), kiedy jego ciało przejął Doc Ock, a to rodzi problemy. Tradycyjnie pojawia się też dylemat co wybrać: pracę naukową czy karierę superbohatera? A może da się jakoś pogodzić obie te rzeczy? Jakby tego było mało, trzeba zająć się nowym wrogiem, ale tu z pomocą przychodzi młoda bohaterka, Ms. Marvel.

W drugiej części do akcji powraca Superior Spider-Man! Jakim cudem, skoro zginął niedawno, bo Peter odzyskał własne ciało, wymazując jego jaźń? A pamiętacie wypadek z zawirowaniami czasoprzestrzennymi, kiedy to Superior Spider-Man zniknął na krótko? Okazuje się, że wówczas przebywał w roku 2099, gdzie stał się tutejszym Pajączkiem i zaprowadza własne (a przy okazji chore) rządy. Wpada jednak na trop istoty polującej na posiadaczy pajęczych mocy z różnych wymiarów…

 

W oryginale „Spiderversum” to event olbrzymich rozmiarów. Już samo „Edge of Spider-Verse”, którego „Preludium” jest jedynie częścią składało się z czternastu zeszytów, do tego dochodzi siedem głównej opowieści i piętnaście tie-inów. Ile z tego dostaniemy po polsku? Ciężko do końca powiedzieć – na pewno wszystko to, co najważniejsze plus kilka mniej istotnych, ale ciekawych dodatków. A co znajduje się w pozostałych? Opowieści o alternatywnych Spider-Manach (wersja mecha, punkowa, noir, indyjska, Gwen Stacy jako Spider-Woman, ciocia May jako wiktoriańska Spiderka etc.) i innych wydarzeniach dziejących się w tym samym czasie na pozostałych frontach walki. Wróćmy jednak do „Preludium”.

 

Jakie ono jest? Jeśli podobały się Wam serie „Superior Spider-Man” i „Amazing Spider-Man” będziecie bardzo zadowoleni. Fabularnie rzecz nie jest skomplikowana, ale to jedna z lepszych opowieści o Pająku z Marvel NOW!. Akcja toczy się szybko, padają ciekawe wątki i pytania, jednocześnie przybywa postaci. Pojawia się tu też bohater, Clash, który debiutował w zeszytach „połówkowych” (razem z trzecim volume’em „Amazing Spider-Mana” wydawano dodatkową, nieznaną w Polsce historię dziejącą się na początku jego kariery), Silk dostaje własny kostium, a do tego powracają wątki z przeszłości. Bo „Spiderversum” to nic innego, jak rozwinięcie pomysłów Straczynskiego z czasów, kiedy pisał on przygody Spider-Mana (a był to zdecydowanie najlepszy okres dla serii – wtedy pierwszy i jedyny raz tytuł z Pająkiem dostał nagrodę Eisnera). Slott sięga do jego spuścizny i z szacunkiem przywraca do życia jej część. Robi to oczywiście na swój sposób, ale bardzo udany. I chociaż całość przypomina pod wieloma względami „Kryzys na nieskończonych Ziemiach” z konkurencyjnego DC Comics, bo w obu przypadkach autorzy zderzają alternatywne rzeczywistości by oczyścić uniwersum ze zbędnych postaci i wątków, „Spider-versum” wciąż zachowuje wiele świeżości.

 

Do wszystkiego dochodzi niezła szata graficzna (taka, do jakiej seria nas przyzwyczaiła, ale w kolejnym tomie będzie ona po prostu rewelacyjna) i bardzo dobre wydanie. „Preludium”, jak i „Spiderversum” to absolutne musisz-to-mieć dla fanów Spider-Mana. Dlatego też polecam Wam gorąco ten event.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Lucky Luke #38: Mama Dalton – René Goscinny, Morris

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE…

 

… tam Mama Dalton da radę – po przeczytaniu tego tomu „Lucky Luke’a” taka parafraza znanego wszystkim przysłowia nikogo chyba nie zdziwi. Szczególnie, że ta staruszka niejednemu młodemu może pokazać gdzie raki zimują. A wszystko co robi, robi w absolutnie genialnym stylu.

 

Każdy ma matkę. Nawet ktoś taki, jak Daltonowie, choć Lucky Luke nigdy by się tego nie spodziewał. Kiedy kolejne zlecenie, ochrona konwoju pieniędzy, kończy się bezpiecznym dowiezieniem transportu dp Cactus Junction, najszybszy kowboj na Dzikim Zachodzie postanawia nieco odpocząć. Okazuje się jednak, że właśnie tu żyje Mama Dalton, staruszka, będąca miejscową atrakcją. Na jej utrzymanie składa się cała mieścina, kobiecina natomiast chodzi wszędzie z bronią i „okrada” sklepy z potrzebnych jej produktów, nie chcąc czuć się zdana na łaskę innych. Spotkawszy Luke’a, informuje o tym w liście swoich synów, a ci, jak na nich przystało, uciekają z więzienia by zająć się swoim największym wrogiem. Co czeka na nich w domu? Zaradna mama, gorące zupki, kryjówki i… kłopoty. Bo przykuty do jednego z Daltonów pies Bzik nie przypada do gustu (i to z wzajemnością) kotu staruszki, a obecność synków sprawia, że kobieta schodzi na złą drogę. Pomaga ukryć się swoim pociechom (które zresztą co chwila poucza), zaczyna prawdziwe napady… Lucky Luke wie, że Daltonowie są w okolicy, jak jednak ma poradzić sobie tym razem, kiedy będzie musiał stawić czoła sympatycznej, ale wciąż niebezpiecznej kobiecie?

 

„Lucky Luke” i René Goscinny to idealne połączenie. Ten tom, swoją drogą jeden z najlepszych, jakie czytałem, a za sobą mam już dobrych kilkanaście albumów, jest na to kolejnym dowodem. Zabawny, pomysłowy, świetnie poprowadzony, pełen znakomitych dialogów, scen i żartów, wciąga i nie sposób odłożyć go przed skończeniem lektury. Cóż, taki jest właśnie urok klasyki, współczesne komiksy tego typu, nawet jeśli bardzo udane, nadal mimo wszystko nie mogą się równać z tym, co przed laty zrobili mistrzowie gatunku.

 

Ale czy po Goscinnym można by się było spodziewać czegoś innego? Prace ojca „Asteriksa”, „Mikołajka” i wielu innych znakomitych serii, nawet jeśli wykazywały spadek formy, były znakomite, a ”Mama Dalton”, jak już wspominałem, należy do najlepszych tomów „Luke’a”. A co za tym idzie zabawa jest naprawdę świetna. Podobnie zresztą jak szata graficzna w wykonaniu Morrisa, twórcy postaci najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie. Ta prosta, cartoonowa kreska nigdy nie straci swojego uroku. Często już same ilustracje potrafią bawić, bywają też bardzo klimatyczne (sceny z pożarem więzienia), ale przede wszystkim są idealne do tej opowieści – i mają w sobie to coś, co wymyka się słowom.

 

Całość natomiast to po prostu bardzo dobry komiks humorystyczny dla czytelników w każdym wieku. Budzący sentymenty i poprawiający humor. Jak zawsze polecam gorąco, bo zabawa w towarzystwie Lucky Luke’a jest tradycyjnie bardzo udana.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sisters #8: Dla niej wszystko – Christophe Cazenove, William Maury

SIOSTRZANA MOC

 

Dwie szalone siostry powracają w ósmym tomie swoich przygód. Jak na nie przystało, wciąż pakują się w jakieś kłopoty, wciąż też nie potrafią się dogadać, a jednocześnie dogadują się jak nikt na świecie. Jak jednak poradzą sobie z nowymi problemami, kiedy czeka je wyjazd, a w ich życiu (i domu) pojawi się pewien chłopak?

 

Marine i Wendy to dwie siostry, które dzieli kilka lat różnicy wieku.  Z tej przyczyny nie potrafią zbytnio znaleźć wspólnego języka – pierwsza jest jeszcze za mała by zrozumieć nastolatkę, nastolatka zapomniało (albo woli, żeby tak to wyglądało), jak to jest być dzieckiem. A jednak nic nie potrafi zabić ich siostrzanej miłości, która czasem objawia się czułościami, częściej jednak wzajemnym dokuczaniem. A powodów do tego i tego nie brakuje. Tym razem wraz z rodzicami dziewczyny mają jechać do USA. Wendy chce zarobić nieco pieniędzy na zakup pamiątek, ale metoda jaką obrała może nie spodobać się jej siostrze. Poza tym dziewczyna staje się posiadaczką nowego telefonu komórkowego, odkrywa tajemnicze włosy w swoich kremach i chce pokazać siostrze urok gier planszowych. A Marine? Wpada na genialny pomysł jak mieć tyle lat, co siostra, przekonuje się czym grozi czytanie na głos horrorów i pokazuje, jaką jest mistrzynią w odbijaniu piankowej piłki. W tym tomie najważniejszą rzeczą staje się jednak przyjazd Luiggiego, włoskiego ucznia z wymiany szkolnej, który zamieszkuje w domu sióstr. Co w ich życiu zmieni jego pojawienie się? I co obecność Luiggiego będzie znaczyła dla Wendy, która ma przecież swojego chłopaka?

 

„Sisters” to nic innego, jak dziewczyńska wersja takich niezapomnianych serii jak „Kid Paddle” czy „Titeuf”. Od tej pierwszej różni ją brak nastawienia na tematykę gier komputerowych (choć oczywiście siostrzyczki też oddają się tego typu rozrywkom), od drugiej zaś brak obrzydliwości i niedyskretnych tematów. Co zatem je łączy? Podobny humor, podobna forma (krótkich, jednostronicowych epizodów, które czasem kontynuują tematykę poprzednich, zawsze jednak pozostają niezależne), podobny nastrój panujący na stronach i podobnie sympatyczne postacie. W „Sisters”, jak i w wymienionych tytułach, choć przeznaczone są głównie dla dzieci, znajdziecie także całkiem sporo elementów, które bardziej trafią dla dorosłych odbiorców.

 

Jeszcze więcej natomiast czeka tu na Was zabawy z odnajdowaniem w kadrach znanych postaci z bajek, komiksów, gier czy nawet mediów. Tym razem wprawdzie jest ich więcej i są bardziej wyeksponowane, ale nadal szukanie ich dostarcza rozrywki. Do tego dochodzi też znakomita, urocza szata graficzna – wprawdzie wolałbym klasyczny kolor, zamiast komputerowego, ale i tak nie jest to zarzut. Zresztą trudno jest „Sisters” wiele zarzucić. To naprawdę znakomita europejska, humorystyczna seria komiksowa. Jeśli lubicie tego typu rzeczy, będziecie bardzo zadowoleni.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Życie i czasy Sknerusa McKwacza – Don Rosa

PRZEŁAMUJĄC TABU

 

„Życie i czasy Sknerusa MacKwacza” wreszcie doczekały się wydania, na jakie ten komiks zasługiwał. Wszystko z okazji siedemdziesięciolecia powstania tytułowej postaci. Co jest w nich takiego niezwykłego? Przede wszystkim to, że ten wyróżniony nagrodą Willa Eisnera (komiksowym odpowiednikiem Oskara) album to nie tylko opowieść z najwyższej komiksowej półki, ale jednocześnie przełamująca tabu historia udowadniająca, że nawet w ramach serii przeznaczonej stricte dla dzieci można stworzyć coś ambitnego, co zachwyca i porusza czytelników niezależnie od ich wieku.

 

Jest rok 1877. Glasgow, Szkocja. Sknerus McKwacz kończy dziesiąty rok swego życia, ale urodziny to nie powód do świętowania, kiedy żyje się w biednej rodzinie, która na dodatek słynie ze skąpstwa. Wspomnienia o utraconej chwale rodu to jedyne, co pozostało ostatnim żyjącym jego członkom. Ojciec z okazji urodzin buduje Sknerusowi zestaw do czyszczenia butów, ale ponieważ praca powinna czegoś młodzieńca nauczyć, ojciec daje jego pierwszemu klientowi amerykańską dziesięciocentówkę; monetę w Szkocji bezwartościową. To oszustwo staje się doskonałą lekcją życia, moneta zaś, która stanie się w przyszłości determinującym życie kaczego bohatera talizmanem, symbolem i największym trofeum, zmobilizuje młodzika do wyruszenia do Stanów Zjednoczonych. Tam też zacznie się jego pełna wzlotów i upadków przygoda, która rzuci go w wir najważniejszych wydarzeń Ameryki aż do roku 1947, ukazując na tle zachodzących przemian historycznych spełnienie Amerykańskiego Snu. Karierę od pucybuta do miliardera, a zarazem przemianę z radosnego, pełnego nadziei chłopca w zgorzkniałego, samotnego starca…

 

Czy już sam powyższy opis brzmi Wam jak typowe dzieło sygnowane nazwiskiem Disneya? Absolutnie nie i to jest pierwsza odmiana, jaką oferują „Życie i czasy Sknerusa McKwwacza”. Pierwsze z wielu złamanych tabu. Drugim jest wierność historyczna i odtworzenie realiów danych czasów. Może i w filmowym stylu, może rzeczywiście bardziej tak, jak chce tego od nas popkultura niż fakty, a jednak w sposób fascynujący, urzekający i przekonujący. Nawet pomimo tego, że mamy przecież do czynienia z komiksem humorystycznym. Kolejną rzeczą, jakiej nigdy wcześniej w opowieściach o kaczkach się nie spotkało, jest konkretne umiejscowienie akcji w czasie i na świecie. Komiksy z tej serii zawsze były ponadczasowe z tego też względu, że nie rozgrywały się w ramach konkretnych dat (a co za tym idzie i krajów). Don Rosa się tym nie przejął i dzięki tak prostemu i oczywistemu zabiegowi, pokazał realizm, prawdę i niezwykłą siłę. Wyłapywanie historycznych smaczków i powiązań między fikcją, a prawdą staje się dla czytelników prawdziwą przyjemności – w zabawie tej pomagają rozległe komentarze autora, nigdy wcześniej w naszym kraju nie wydane.

 

Jednak prawdziwym tabu złamanym przez Dona Rosę jest śmierć. Ta i owszem, zdarza się w dziełach sygnowanych nazwiskiem Disneya, ale nigdy nie było w niej tyle realizmu i szczerości. Nawet jeśli dzieje się poza kadrem, potrafi ścisnąć za gardło, choć jednocześnie pozostaje daleka od łzawych zgonów słynnych kreskówkowych bohaterów.

 

Całość więc, pomimo humoru, posiada olbrzymi ładunek emocjonalny. Wzrusza, angażuje, bawi i uczy. Dla komiksów o Kaczkach jest tym samym, czym „Powrót Mrocznego Rycerza” dla opowieściach o Batmanie. Zresztą ostatnim rozdziałem, kiedy to Sknerus po latach nieobecności w życiu publicznym (przez co uważany jest bardziej za legendę, niż postać autentyczną) mimo starczych dolegliwości, wraca do akcji by raz jeszcze pokazać do czego jest zdolny, wykazuje spore z „PMR” podobieństwo. Podobne cechy wspólne wykazuje „Sknerus…” z „Forrestem Gumpem”, spotykając liczne postacie historyczne czy biorąc udział w znaczących wydarzeniach (katastrofa Titanica, gorączka złota, wynalezienie elektryczności etc. – choć temat Drugiej Wojny Światowej pozostaje nietknięty). A wszystko to wspaniale zilustrowane, zadziwiająco realistycznie jak na dzieło z Kaczkami i uzupełnione o niezły nowy kolor.

 

A jak całość wypada edytorsko? Po prostu rewelacyjnie. Zachowano tu przekład z drugiego wydania, lepszy i wierniejszy oryginałowi niż w edycji z 2000 roku, która aż wołała o pomstę do nieba – a na dodatek jeszcze go poprawiono. Są wpadki, zostawiono choćby nieprzetłumaczony okrzyk „rik” (bogaty), ale są to drobiazgi niepsujące odbioru. Całość uzupełniają komentarze autora, zdradzające kulisy powstawania „Życia i czasów”, nawiązania do dzieł innych artystów i wczesne wersje pomysłów oraz oferujące wgląd w szkice i niepublikowane rysunki. Do tego dochodzi przedruk dodatkowych rozdziałów znanych z drugiego tomu wcześniejszych wydań (pominięto „Pierwszą dziesięciocentówkę”) i magazynu „Kaczor Donald” (rewelacyjne „Czy to jawa, czy sen?”), najważniejsze fakty z życia Sknerusa, informacje o dedykacji D.U.C.K i drzewo genealogiczne, które kiedyś dołączono do „Kaczora Donalda” jako plakat (należało uzupełnić na nim postacie zbierając naklejki). A wszystko to wydrukowane na dobrym, kredowym papierze i zamknięte w twardej oprawie.

 

Liczący niemal 450 stron tom robi wielkie wrażenie, ale większe robi jego zawartość. Sięgnijcie więc koniecznie, bo to jedno z komiksowych arcydzieł. Nieważne ile lat macie na karku, czy dopiero nauczyliście się czytać, czy może sądzicie, że w Waszym wieku czytać już nie wypada, bo i wzrok nie ten, i sił już brak – każdy znajdzie tu coś dla siebie, a z każdą kolejną lekturą odkrywać będzie coraz to nowe rzeczy, tak w scenariuszu, jak i w cudowanie oddanych kadrach, w których króluje mnogość detali i humor sytuacyjno-obrazkowy.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Punisher Max, tom 3 – Garth Ennis, Leandro Fernandez, Goran Parlov

PUNISHER: SEKS I PRZEMOC

 

Mój pierwszy komiks z Punisherem przeczytałem, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat. Nie pamiętam już o czym opowiadał, ale jedna rzecz została mi w pamięci na zawsze: scena, w której Frank Castle walczył z rekinem. Dlatego też  niniejszy tom obudził we mnie sentymentalne uczucia – tu także Mściciel znajduje się w podobnej sytuacji, jak się łatwo domyślić. To jednak nie ma większego znaczenia. Trzecia część „Punihsera: Max” pisanego przez Ennisa to kawał rewelacyjnego komiksu. Pełnego seksu, przemocy, okrucieństwa i brudu, ale też i emocji oraz akcji podanych wprawdzie w wulgarny, ale znakomity sposób.

 

Co tym razem czeka na Franka? W trakcie rutynowego polowania na przestępców, Mściciel staje się świadkiem walki pewnej kobiety z napastnikami. Wkracza więc do akcji, ratuje ją, wykańcza wrogów i jednocześnie angażuje się w sprawę, z jaką nie miał zbyt wiele do czynienia w swojej karierze. Punisher słynnie w końcu z walki z mafią, handlarzami narkotyków etc., teraz przyjdzie mu jednak stawić czoła handlarzom ludzi pochodzącym ze Wschodniej Europy. A ci nie będą łatwym przeciwnikiem. Weterani czystek etnicznych, gotowi są na prawdziwą wojnę byle pilnować swoich interesów, a na dodatek nie istnieje chyba zbrodnia, której by się nie dopuścili. Jakby tego było mało, w sprawę angażuje się także policja…

W drugiej opowieści, jednej z najlepszych historii z „Punishera Max”, „Barakudzie”, Frank zajmuje się tropieniem handlarzy narkotyków. Jednocześnie media i policja interesują się nim bardziej, niż dotychczas. Wszystko to sprawia, że nasz mściciel trafia do Miami, gdzie przyjdzie mu rozliczyć się z pewną korporacją i stawić czoła Barakudzie, kolejnemu choremu szaleńcowi, z jakim zetknął go los…

 

Martwe dzieci, zmuszone do prostytucji kobiety, rozczłonkowane ciała, płonący żywcem ludzie, ofiary pożerane przez rekiny… Garth Ennis, twórca „Kaznodziei”, nie zwalnia tempa, a pisana przez niego opowieść cały czas trzyma wysoki poziom. Jest brutalna, przepełniona chorą przemocą i ostrym seksem, to prawda, ale jednocześnie wciąga, emocjonuje i potrafi zachwycić. Zresztą jej drastyczność także należy do zalet całości – ekstremalne wrażenia mają w końcu swoją wartość. Ennis często przekracza wprawdzie granice absurdu, ale robi to z takim wdziękiem, że jego opowieści po prostu zachwycają.

 

Ale znakomicie wypadają też szata graficzna i wydanie. Ta pierwsza, choć za poszczególne historie odpowiadają różni artyści, zawsze jest brudna, krwawa, mroczna i mocno skupiona na makabrycznych detalach. I zawsze jest też udana, bo rysownicy wybrani do przeniesienia na papier wizji Ennisa są znakomici w swoim fachu. Co się zaś tyczy wydania, mamy tu papier kredowy, twardą oprawę, bardzo dobrą jakość całości i całkiem sporą galerię szkiców.

 

Jeśli szukacie mocnego komiksowego dreszczowca dla dorosłych, „Punisher Max” będzie strzałem w dziesiątkę. Nie jest to oczywiście seria dla wszystkich, ale miłośnicy brutalnych sensacji w stylu filmów Tarantino czy Rodrigueza będą zachwyceni. To w końcu jeden z najlepszych tytułów z Marvel Classic, wart polecenia jak rzadko który.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Śmierć Wolverine’a – Charles Soule, Steve McNiven

POŻEGNANIE WOLVERINE’A

 

Bohaterowie komiksowi, w szczególności ci z Marvela, mają to do siebie, że często giną – i równie często powracają do życia. Nie inaczej rzecz ma się z Wolverine’em, który życie tracił już kilka razy (choćby w „Erze Ultrona” czy „X-Men: Czasy minionej przyszłości”), ale teraz nadszedł czas by najpopularniejszy z mutantów odszedł z tego świata na dobre – albo przynajmniej na dość długi czas. A wszystko to w znakomitej opowieści, która zainspirowała niedawno twórców kinowych do nakręcenia filmu „Wolverine: Logan”.

 

Po trwającym trzy miesiące odliczaniu, w trakcie którego Rosomak miał się pogodzić z własną śmiertelnością, nadszedł czas by stawił czoła wydarzeniom mogącym kosztować go najwyższą cenę. Niedawno stracił swoją zdolność do regeneracji, a żaden z naukowców nie może znaleźć na to leku. Mr. Fantastic jest pewien, że w końcu się to uda, ale do tego czasu Wolverine musi unikać walki. I nie chodzi wcale o zranienia, choć te także nie pozostałyby bez wpływu na jego stan, ale o rzeczy, na które dotychczas nie zwracał uwagi. Był w końcu w Hiroszimie, kiedy zrzucono tam bombę, promieniowanie może spowodować u niego białaczkę, poza tym za każdym razem kiedy wysuwa szpony, do jego ciała dostają się potencjalnie zabójcze bakterie. Co więcej, nawet zwykły wstrząs mózgu może być dla niego śmiertelny, bo z powodu zrobionej z adamantium czaszki nie da się przeprowadzić na nim żadnego zabiegu medycznego. Wolverine nie może więc angażować się w jakiekolwiek konflikty, jeśli chce przeżyć, jednak nie będzie to łatwe. Ktoś dowiedział się o jego stanie i wyznaczył nagrodę za jego głowę. Za Loganem ruszają najlepsi mordercy, a on stara się przetrwać za wszelką cenę i odkryć kto stoi za tym wszystkim…

 

Po dwutomowej historii „Wolverine: Trzy miesiące do śmierci”, którą czytelnicy przyjęli z mieszanymi uczuciami – ja jednak bawiłem się całkiem nieźle – nadszedł czas na wielki finał losów Rosomaka. I jest to finał, który nie zawodzi czytelniczych oczekiwań. Dobrze pomyślany, brudny, krwawy i emocjonujący, jest nie tylko lepszy od „Trzech miesięcy”, ale także od wspomnianego na wstępie, mocno przereklamowanego filmu „Wolverine: Logan”. Mamy tu wprawdzie do czynienia głównie z opowieścią akcji, ale dynamiczną, ciekawą, nierozwleczoną i z szacunkiem żegnającą nas z Loganem.

 

Najlepiej jednak i tak wypadają tu ilustracje Steve’a McNivena, autora doskonale znanego choćby ze znakomitego „Staruszka Logana” (także będącego inspiracją do wspomnianego wyżej filmu). Jego rysunki są realistyczne i pełne szczegółów. Uzupełnione o dobry kolor tworzą znakomity klimat całości, nie tyle uzupełniając scenariusz, co podnosząc wartość całej opowieści. Ale że i fabuła trzyma poziom, album wart jest polecenia każdemu miłośnikowi komiksów Marvela. Nie ważne czy lubicie X-Menów, czy nie, czy czytaliście „Trzy miesiące do śmierci”, czy też darowaliście sobie owo odliczanie, „Śmierć Wolverine’a” to komiks, który spodoba się wszystkim fanom superhero. Ja ze swej strony polecam gorąco i wyczekuję kolejnego eventu z mutantami, „Axis”.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Dimension W #9 – Yuji Iwahara

PRZESZŁOŚĆ POWRACA

 

Kolejny Dimensionowy story arc powoli dobiega końca. Wydarzenia na Wyspie Wielkanocnej wchodzą w decydującą fazę, nadszedł też czas odpowiedzi na wiele pytań i wyjaśnienie tego, co wydarzyło się tu w przeszłości. Czym jest Genesis? Czego nie pamięta Kyouma? I co skrywa „Adrestea”? Czas się tego dowiedzieć!

 

Książę Lwai nie żyje, Kyouma, choć przysiągł swojej ukochanej, że więcej nikogo nie zabije, gotów jest skończyć ostatecznie z jego mordercą. Nie pomagają nawet słowa androidki, która chce go przed tym powstrzymać. Wtedy jednak dochodzi do wydarzenia, które zmienia wszystko, a gra między znajdującymi się na Wyspie Wielkanocnej zawodnikami znów zaczyna toczyć się w zawrotnym tempie, a stawka jeszcze bardziej wzrasta. Nie wszystkim jednak zależy na pieniądzach.

Podczas gdy Looser pokonuje swojego przeciwnika, Kyouma, Salva, Lashiti i pozostali jego towarzysze starają się dotrzeć do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Drogi wszystkich przecinają się właśnie tam, przeszłości powoli zaczyna dawać o sobie znać, a wspomnienia powracają w bardziej realnej formie, niż ktokolwiek mógłby sądzić. Czy jednak wszystko wreszcie się wyjaśni? Czy Kyouma przypomnieć sobie rzeczy, które wyrzucił z pamięci, a prawda o wypadku i związanych z nim aspektach wyjdzie wreszcie na jaw? I do czego doprowadzi pojawianie się nowego zagrożenia?

 

Wprawdzie historia o Wyspie Wielkanocnej nie kończy się jeszcze w tym tomie, ale czytelnicy dowiadują się wielu ciekawych rzeczy. Retrospekcje dokańczają opowieść, której część już poznaliśmy, wciąż jednak pozostaje wiele niewiadomych. Bo to, że odkrywamy przebieg wypadku, prawdę o Genesis itd. nie oznacza, że wiemy już wszystko o Kyoumie, choć jednocześnie wypełniają się białe plamy w jego pamięci.

 

Oczywiście ważniejsza od tego wszystkiego jest dobra zabawa, a tej jak zwykle „Dimension W” dostarcza w konkretnej ilości. Walki, niebezpieczeństwa, szybkie tempo, nieco humoru i nieco brutalności spotykają się w ciekawej opowieści. Sympatyczni bohaterowie też nie są bez znaczenia, podobnie zresztą jak udana szata graficzna. Dość prosta, to prawda, czasem można by ją nawet określić mianem brudnej, ale naprawdę znakomicie pasująca do całości. A ta całość jest bardzo udana i warta poznania.

 

Lubicie dobre shōnen? Chcecie niezłej, lekkiej fantastyki? „Dimension W” Wam się spodoba, szczególnie że niektóre tomy tej serii autentycznie potrafią zachwycić. Polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Początek – Dan Brown

POCZĄTEK CZY KONIEC

 

Dan Brown miłośnikom swojej twórczości długo kazał czekać na nową powieść. Od wydania poprzedniej części przygód Roberta Langdona minęły już w końcu cztery lata. Z drugiej strony poprzednie jego książki dzielić potrafiła nawet sześcioletnia przerwa, więc nie ma co narzekać. Trochę ponarzekać można natomiast na sam „Początek”, bo nie do końca takiego utworu oczekiwałem, jednak to nadal niezła książka i miłośnicy twórczości amerykańskiego pisarza będą zadowoleni.

 

Robert Langdon, wykładowca i specjalista od symboli, już kilka razy brał udział w wydarzeniach, które wstrząsnęły światem. Rozpracowywał Iluminatów mordujących kandydatów na papieża, próbował odkryć tajemnice korzeniami sięgające czasów Chrystusa, badał sprawę masonerii i symboliki skrytej w amerykańskich budowlach, a wreszcie próbował odzyskać pamięć i dowiedzieć się co dzieła Dantego mają wspólnego ze zbliżającym się atakiem, mogącym mieć katastrofalne skutki dla ludzkości. Teraz natomiast przybywa na zaproszenie swojego dawnego ucznia, a od lat przyjaciela, Edmonda Kirscha, do Muzeum Guggenheima w Bilbao. Kirsh, zagorzały ateista i futurysta, genialny naukowiec, którego odkrycia zmieniały świat, właśnie znalazł odpowiedź na dwa fundamentalne pytania ludzkości: skąd się wzięliśmy? i dokąd zmierzamy? Odpowiedź, która doprowadzi do upadku wszystkie religie i odmieni myślenie ludzi. Nim może ją jednak obwieścić światu, zostaje zamordowany na oczach zebranych. Wprawdzie wszystkie dane są na dysku, ale ten został zakodowany w sposób, którego nie da się tak łatwo złamać. Cała nadzieja w Langdonie, który znów musi wyruszyć w podróż po zabytkach i ich symbolice by odkryć prawdę…

 

I jak zwykle ma na to dobę, a także piękną kobietę u boku. Jak James Bond. Ale taki już jego urok, oczywiście. To zresztą wynika z faktu, że każdy tom można czytać niezależnie od poprzednich, co dla nowych odbiorców jest zdecydowanie na plus, a dla bohatera staje się okazją do „nowego początku”. Co warto wymienić z pozytywów powieści Browna, to fakt, że są lekko napisane (zarzuca się mu, że jest grafomanem, ale pod tym względem jego twórczości nie różni się wiele od innych czołowych autorów z gatunku sensacja i kryminał), pełne akcji i zagadek. Połączenie fikcji z prawdziwymi symbolami, tajemnicami historii, teoriami i zabytkami daje ciekawy efekt.

 

Co zatem zmieniło się tym razem? Brown powoli buduje swoją akcję, przez 1/4 powieści Langdon właściwie tylko chodzi po muzeum, brakuje też świeżości, a całość bywa infantylna. Ale potem fabuła się rozkręca, wydarzenia przyspieszają, a „Początek” staje się tą samą lekturą, jaką były poprzednie utwory pisarza. Komu podobały się „Kod Leonarda da Vinci” czy „Inferno” i nie szuka w ich schemacie większych nowości, na pewno będzie zadowolony.

Czarny Wygon #4: Bisy II – Stefan Darda

CZARNY WYGON NA BIS… ZNÓW

 

Cokolwiek by nie mówić o „Czarnym Wygonie” Dardy, pewną rzecz trzeba zauważyć już na wstępie: to zdecydowanie jedna z najlepszych polskich serii grozy w ogóle. Klimatyczna, dobrze napisana i nieźle poprowadzona. Może nie nowatorska, ale na tyle sprawnie zrobiona by zapewnić miłośnikom horrorów porcję solidnej rozrywki. I nadal nie zawodzi, chociaż czwartej – i zarazem finałowej – części brak już nieco świeżości.

 

Pisać o fabule „Bisów II” nie ma chyba zbyt wiele sensu. Bo przecież nikt nie zacznie swojej lektury od tej właśnie części (a nawet gdyby to zrobił, nie odnajdzie się w całości tak, jak powinien), a każdy kto czytał poprzedni tom, wie czego może się spodziewać. Bo z „Bisami” jest po części, jak z 2 i 3 odsłoną „Matrixa” czy „Piratów z Karaibów” – stanowią jedną całość. Co zatem można rzec o treści? Czarny z Dobrowolskim kręcą się w pobliżu, historia Starzyzny może się więc powtórzyć. Dlatego też bohaterowie powracają po raz kolejny (ale czy ostatni?) by stawić czoła złu. By to jednak zrobić, muszą wrócić do przeklętej wioski…

 

Akcja w „Bisach II” zaczyna się już właściwie na pierwszych stronach i nie zwalnia praktycznie do końca. Mnóstwo wątków z poprzednich części nie doczekało się dotychczas rozwiązania, wiele pytań nie znalazło odpowiedzi, dlatego też tym razem Darda spieszy się by wszystko nadrobić i dociska pedał gazu do samego końca. Czy wszystkie elementy wskakują wreszcie na swoje miejsce, tego Wam nie zdradzę, ale możecie być pewni, że wszystko zaczyna układać się w jedną, całkiem zgrabną całość. Nawet drobiazgi, o których nie myślało się zbyt wiele, jeśli w ogóle, co zdecydowanie należy zaliczyć powieści in plus.

 

Z pozostałych plusów warto też wymienić dobry styl, niezły klimat (brak tu co prawda tej niepewności i aury tajemniczości, która tak urzekała w pierwszym tomie cyklu, ale nadal ma on swój urok) i całkiem udane zamknięcie całości. Bo „Bisy II” jako finał tetralogii sprawdzają się naprawdę nieźle. Choć nie brakuje im oczywiście minusów.

 

Pierwszym z nich jest przewidywalność. Darda starał się, kolokwialnie mówiąc, namieszać w treści, ale czytelnik nie daje się zwieść. Dla wielu fabuła może okazać się nazbyt zawiła, ale w rzeczywistości cały „Czarny Wygon” jest dość prosty. Groza? Cóż, nie spotkałem książki, która by mnie wystraszyła, więc trudno mi wypowiadać się w tym temacie, ale w powieści nie brak typowych dla gatunku elementów. Oczywiście tym razem bardziej jest to wszystko dosadne, trochę też brak oczekiwanej spektakularności, ale „Wygon” i tak warto jest polecić każdemu miłośnikowi literackich horrorów. Ta seria to bowiem dowód na to, że nasi rodacy potrafią tworzyć tego typu dzieła i śmiało mogą wyzbyć się kompleksów wobec zagranicznych autorów.

 

Dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kulinarne Pojedynki #7 – Tsukuda Yuuto, Saeki Shun

POJEDYNKI (PRAWIE) BEZ SOUMY

 

Tylko Japończycy potrafią robić takie rzeczy! Nie wiem, jak to jest, że przez cały tom bohaterowie tylko gotują, gotują i gotują (a inni ich dań oczywiście próbują), czasem pojawi się tylko niewielka retrospekcja, a jednak czytelnik nie potrafi oderwać się do lektury ani na chwilę. Wręcz przeciwnie, czyta tomik z wypiekami na twarzy i chce jeszcze. I nie ważne, że w tej części główny bohater pojawia się dosłownie na krótką chwilkę. Cała reszta akcji sprawia, że szybko zapominamy o jego braku.

 

Trwają eliminacje do Jesiennych Wyborów i najlepsi uczniowie stają do walki o punkty. Tylko najwybitniejsi z nich będą w stanie przetrwać rywalizację i wywalczyć sobie najlepsze miejsca. Souma nie przejmuje się jednak tym wszystkim, ani faktem, że ma wrogów, którzy chcą go zniszczyć – całkowicie. Przysypia nad przygotowywanym daniem, a ono samo nie wydaje się nawet szczególnie nowatorskie. Wręcz przeciwnie. Czy chłopak ma szansę trafić do najlepszej dziesiątki?

Tymczasem w każdej grupie trwa zacięta rywalizacja. Jury jest wyjątkowo wymagające: smakosze, którzy zajadają się na co dzień największymi smakołykami, nie zadowolą się byle czym. Jednak coraz więcej uczniów pokazuje znakomity poziom, sprawiając, że lista najlepszych co chwila ulega zmianie. Sadatsuki atakuje podniebienia śmierdzącym, ale wyjątkowo pysznym daniem, wielu niepozornych młodych kucharzy też zaskakuje komisje. W końcu nadchodzi chwila by także Tadokaro pokazała swoje danie. Zawsze zestresowana i niepewna siebie dziewczyna do tej pory była ratowana przez Soumę, teraz musi poradzić sobie ze wszystkim sama. Czy zaskoczy jury, czy też może jej występ okaże się porażką?

 

Na tym oczywiście rywalizacja się nie kończy. Na czytelników czeka bowiem ranking popularności postaci i dań przez nich ugotowanych, ale i tak najważniejsze pozostają eliminacje. Z nimi jest podobnie, jak z walkami w „Dragon Ballu” czy podobnych opowieściach – potrafią ciągnąć się przez cały tom, albo i dłużej, a nie nudzą. Wręcz przeciwnie. Nie brak im emocji, klimatu i napięcia. Oczywiście jest w tym także dużo humoru i szczypta łagodnej erotyki, bo smak dań sprawia, że bohaterki i bohaterowie wyskakują (przynajmniej w wyobraźni) z ubrań, tudzież części z nich, i przybierają wyzywające pozy, spowodowane kulinarną ekstazą.

 

Znakomita szata graficzna sprawia, że poszczególne rzeczy wyglądają naprawdę znakomicie. Urocze, sympatyczne postacie, ponętne kształty, genialnie oddane dania i wszelkie ich najdrobniejsze szczegóły, równie znakomicie uchwycone kuchenne sprzęty i wiele innych, mniej lub bardziej zwyczajnych rzeczy. Wszystko to ogląda się tak samo przyjemnie, jak czyta, a przygody Soumy, nawet jeśli w danym tomie akurat nie ma go prawie wcale, wciągają i… Cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia – to przysłowie chyba najlepiej oddaje charakter całości. Ja dodawać nic więcej nie muszę, poza tym, że polecam gorąco i z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.