Nieskończoność (event) – recenzja

GWIEZDNA WOJNA NIESKOŃCZONOŚCI

 

Thanos powstaje (scenariusz: Jason Aaron, rysunki: Simone Bianchi)

Avengers: Preludium nieskończoności (scenariusz: Jonathan Hickman i Stefano Caselli, rysunki: Mike Deodato Jr., Stefano Caselli, Marco Rudy, Marco Checchetto)

Nieskończoność (scenariusz: Jonathan Hickman, rysunki: Dustin Weaver, Jim Cheung,  Jerome Opeña)

Avengers: Nieskończoność (scenariusz: Jonathan Hickman, rysunki: Leinil Francis Yu)

New Avengers: Nieskończoność (scenariusz: Jonathan Hickman, rysunki: Mike Deodato Jr.)

 

 

Recenzji „Nieskończoności”, największego marvelowskiego wydarzenia komiksowego tego roku w Polsce (jak szumnie zapowiadano ten event), nie ma sensu robić tom po tomie. Chociaż w naszym kraju podzielono ją na core w postaci sześciu zeszytów głównej miniserii zebranej w jednym albumie oraz tie-iny rozbite na cztery kolejne, większość tego to w rzeczywistości jedna wielka opowieść. Dodajcie do całości jeszcze dwa tomy wprowadzenia i otrzymacie solidnych rozmiarów opowieść o wyczerpującej walce Avengersów z zagrożeniem niszczącym całe światy. Ale po kolei.

 

Zacznijmy od „Thanos powstaje”, pięciozeszytowej historii przybliżającej nam postać Thanosa. To w niej dowiadujemy się jak dobre dziecko z utopijnej planety, która nie znała zła, zostało największym masowym mordercą w dziejach. To jednak jedynie wstęp.

W siódmym zeszycie „New Avengers” (w Polsce otwierającym drugi tom) ważą się losy wojny pomiędzy Wakandą a Atlantydą, podczas gdy Doom stara się dowiedzieć od Iluminatów szczegółów tego, co miało miejsce nad jego terenem. Inkursji światów, która mogła doprowadzić do tragedii udało się zapobiec, ale wielkim kosztem, z którym nie potrafi się pogodzić Mister Fantastic. Jednakże kolejne niebezpieczeństwo już czai się na horyzoncie. Kiedy miejsca upadku bomb genezy zaczynają wykazywać aktywność („Avengers” 14-17, „Preludium Nieskończoności”), w kosmos zostaje wysłany sygnał, że Ziemia to punkt pęknięcia multiwersum, którego nie da się naprawić. Jednocześnie na całej planecie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: uszkadzający systemy impuls nieznanego pochodzenia prowadzi do globalnych problemów. Reaguje na niego kokon z wyspy Aim, a uwolniona istota staje do walki z Avengers.

Gorzej zaczyna dziać się już wkrótce. Oto przedwieczna i być może nieśmiertelna rasa budowniczych, którzy zapoczątkowali życie na wielu planetach, zaczyna owo życie niszczyć („Nieskończoność”). Kolejne światy upadają i albo ich mieszkańcy poddają się najeźdźcom, albo giną. Armada ich statków zbliża się powoli do Ziemi, ale na drodze wciąż ma wiele planet. Ich mieszkańcy zbierają się by podjąć konkretne działania. W kosmos wyruszaj też Avngers z zamiarem uprzedzenia ataku, a ich nieobecność postanawia wykorzystać Thanos, który chce by planeta złożyła mu swoją daninę…

Od tej chwili opowieść toczy się dwutorowo. Avengers („Avengers” 18-23) w kosmosie walczą na wielu frontach z przewyższającą ją pod każdym względem armią wrogów. Misterne plany pełzną jednak na niczym, a coraz gorsza sytuacja na polu walki podkopuje morale. Tymczasem na Ziemi („New Avengers” 8-12 – tak, tak, osiem – choć lista podana na końcu tomu informuje, że „Nieskończoność” toczy się od zeszytu 9, 8 chronologicznie dzieje się po „Avengers” 18, a przed „New…” 9 i zawiera kilka znaczących scen) Tony Stark, który pozostał tu by przygotować defensywę na wypadek przedarcia się budowniczych, musi wraz z innymi Iluminatami stawić czoła hordom Thanosa. Sytuacja jest coraz gorsza, a zmagający się z własnymi problemami Inhumans zmuszeni zostają podjąć decyzje, jakie odmienią ich na zawsze…

 

Do „Nieskończoności” w Polsce przygotowywaliśmy się już dłuższy czas. „Preludium…” opublikowane zostało w kwietniu 2016 roku, a szukając dalej, warto zauważyć zarówno „Erę Ultrona”, gdzie zaczęło się pęknięcie multiwersum (styczeń 2016) jak i serie „Avengers” i „New Avengers” w ogóle (lipiec/sierpień 2015) stanowiące jedną wielką opowieść, której echa rozbrzmiewają głośno w niniejszej fabule. Sięgać dalej nie ma sensu – jak za każdą dużą opowieścią, tak i za „Nieskończonością” stoją całe lata publikacji, a zarazem można ją czytać niezależnie; ewentualne niejasności wyjaśniono w Polsce w formie wprowadzeń streszczających istotne wątki.

 

Wracając jednak do samej historii, „Nieskończoność” zacząłem czytać od „Preludium…” i „Thanosa”.  I  nie byłem zachwycony. To pierwsze okazało się niezłe, choć przeładowane patosem i naciąganymi wątkami, drugie było, co tu dużo mówić, plagiatem „Lobo” osadzonym w scenerii „Star Wars”. Ani nie bawiło, ani nie ciekawiło, ani tym bardziej niczym mnie nie zaskoczyło. Przeczytałem, bez bólu, w obu przypadkach znajdując kilka niezłych scen i również zaledwie kilka udanych grafik i zaraz potem prawie zapomniałem.

 

Kiedy ukazał się core, nauczony już doświadczeniem, że Hickman to żaden wielki twórca, a jedynie niezły wyrobnik, który miewa dobre momenty, ale przede wszystkim ma dużo pomysłów wołających o pomstę do nieba, sięgnąłem tylko po niego. I znów dostałem patos, patos, patos i odrobinę niezłych sekwencji, a wszystko to podane zbyt szybko, zbyt miałko i zbyt starwarsowo. Zupełnie jakby w gwiezdonowojenną sagę wrzucić Avengers i dodać więcej ciężkawej powagi i przesadnie wielkich słów. Ale skoro już tyle przeczytałem, dlaczego nie sięgnąć by po resztę? Szczególnie, że „New Avengers” zawierało dodatkowy epilog całości, a wraz z „Avnegers” rozbudowywało kilka niezłych wątków. Kupiłem więc (w końcu cena dobra, a tomy na dodatek znacznie pogrubione) i nie żałuję. Bo jako ogół, pomimo swoich minusów, to naprawdę dobra historia wojenna dziejąca się w kosmosie.

 

Czuć to jednak dopiero, kiedy zasiądzie się do lektury całości. Poszczególne części są raczej przeciętne scenariuszowo, ich ogólną ocenę podnoszą natomiast bardzo dobre rysunki, ale kiedy zanurzyć się w opowieści zeszyt po zeszycie, według kolejności zdarzeń (jak to w Marvelu bywa chronologia wydań nieco się z tym nie zgadza) opowieść staje się lepsza. Ciekawsza. Udana. Nie wielka, wspomnianej już „Erze Ultrona” wciąż nie dorasta do pięt, nie mniej warta przeczytania. Szczególnie, że jej finał bezpośrednio wprowadza w to, co już wkrótce będzie działo się na polskim rynku – „Avengers” Times Runs Out” („Avengers” 35-44, „New Avengers” 24-33) prowadzącego bezpośrednio do „Secret Wars”. Oczywiście całe to wielkie wydarzenie będzie na poziomie „Nieskończoności”, ale  w odróżnieniu od niej wprowadzi do świata Marvela więcej trwałych zmian. Na to przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać.

 

Podsumowując: warto, ale tylko jako całość (oczywiście bez konieczności sięgania po „Thunderbolts” i „Strażników Galaktyki”, bo to jedynie dodatki bez znaczenia). I tylko, jeśli jest się miłośnikiem komiksów Marvela, ewentualnie lubi niezobowiązujące historie w stylu „Star Wars” (z dzieła Lucasa nawet się tutaj żartuje). Scenariusz jest niezły, choć nie powala na kolana, strona graficzna w wykonaniu różnych artystów, którzy na szczęście zostali dobrani tak, by całość wyglądała w miarę spójnie, stanowi kawał dobrej, realistycznej roboty. Więcej tu efekciarstwa, niż efektowności, ale nie oszukujmy się, to dominuje w głównym nurcie i powinniśmy być już przyzwyczajeni. „Nieskończoność” to taki komiksowy blockbuster – i to określenie najlepiej podsumowuje całość.

 

Kolejność czytania:

„Thanos Powstaje”

„New Avengers” #7 (choć to nie część „Nieskończoności”, wprowadza do wątku z zeszytu 8, który stanowi element „Preludium…” – zeszyt znalazł się także w zbiorczym amerykańskim wydaniu „Infinity”)

„Avengers” #14-17

„Nieskończoność” #1

„Avengers” #18

„New Avengers” #8-9 (8 to część „Preludium…”, ale chronologicznie dziejąca się w tym właśnie miejscu)

„Nieskończoność” #2

„Avengers” #19

„New Avengers” #10

„Nieskończoność” #3

„Avengers” #20

„Nieskończoność” #4

„Avengers” #21

„New Avengers” #11

„Nieskończoność” #5

„Avengers” #22-23

„Nieskończoność” #6

„New Avengers” #12

Okładki:

Wypychanki świąteczne z Olafem – Disney

KRAINA OZDÓB OLAFA

 

Kolejna po bardzo udanej książce „Kubuś i Przyjaciele. Wypychanki na Gwiazdkę” pozycja z wypychankami zabiera nas w sam środek przebojowej „Krainy lodu” od Disneya. Na czytelników znów czeka dużo zabawy i dużo dekoracji do własnoręcznego złożenia. A wszystko jak zwykle podane w uroczym i bardzo kolorowym stylu.

 

Czym są wypychanki? To – jeśli ktoś oczywiście nie wie – zbiór kartonowych elementów, które wydobywamy z arkuszy i albo mamy już gotowe do użycia, jako dekoracje, albo też musimy złożyć w większą całość. Nie potrzeba do tego nożyczek ani kleju, wszystkie materiały zostały już przygotowane i nie wymagają niczego więcej – również żadnych specjalnych umiejętności. Jest to więc zabawa doskonała dla dzieci, pożyteczna, inspirująca i bezpieczna. Co możemy zrobić razem z Olafem (i okazjonalnym udziałem innych bohaterów „Krainy lodu”)? Na przykład łańcuch z naszym uroczym bałwankiem, do tego sanie z reniferem, różne bombki i gwiazdki, choinki do powieszenia, spirale czy lampion. Gotowi? Zatem do dzieła!

 

„Wypychanki świąteczne z Olafem” to prosta, miła publikacja, która dostarcza wiele okazji do dobrej zabawy. Każde z zadań, jakie czeka na małych czytelników nie wymaga wiele czasu ani nie jest niczym trudnym. Ładne dekoracje powstają szybko i sprawnie. Same w sobie także nie są skomplikowane, ale mają swój świąteczny urok i bardzo miło prezentują się chociażby na choince. Oczywiście nie ma się co ograniczać tylko do bożonarodzeniowego drzewka, śmiało można przyozdobić nimi pokój czy podarować jako dodatek do gwiazdowego prezentu.

 

Ilość stron nie jest może wielka – publikacja liczy ich zaledwie 16 – jednak warto zwrócić uwagę na mnogość oferowanych dekoracji i ich różnorodność. Do tego dochodzi kolorowa, świąteczna stylistyka i towarzystwo bohaterów kinowego hitu, czyli coś, co spodoba się dzieciom.

 

A zatem polecam. „Wypychanki świąteczne z Olafem” ładnie wyglądają i oferują porcję dobrej zabawy. Przed Świętami jak znalazł.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Angry Birds. Komiks: Mały pomocnik Świętego Mikołaja – Kari Korhonen, Corrado Mastantuono (dodatkowe grafiki: Cèsar Ferioli)

ŚWIĄTECZNA DEMOLKA

 

Zbliżają się Święta, za oknami śnieg tradycyjnie zamiast być jedynie bywa, sklepy aż ociekają dekoracjami, a telewizyjna ramówka coraz bardziej wypełnia się gwiazdkowymi filmami. Na księgarskich półkach także nie brakuje podobnych pozycji, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, ale co z miłośnikami komiksów? Jest kilka pozycji, które i ich (szczególnie tych młodszych) wprowadzą w świąteczny nastrój, a wśród owych pozycji ten uroczy album pełen gagów, szalonej akcji i ciepłego nastroju, stworzony przez ekipę znaną wszystkim miłośnikom „Kaczora Donalda”.

 

Czym są Wściekłe Ptaki? To kolorowe stado mieszkające na Świńskiej Wyspie, które zmuszone jest do ciągłego pilnowania jedynych trzech jajek. Wierzą, że kiedyś wylęgną się z nich ich potomkowie, jednak dla świń to wielki przysmak (do kosztowania wyłącznie przez króla), dlatego też ciągle na nie polują.

Teraz zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i jak co roku ptaki zbierają się by wysłuchać Opowieści Wigilijnej Potężnego Orła; tym razem jest to historia Małego pomocnika Świętego Mikołaja. Był sobie bowiem niegdyś Terence, który Mikołaja uwielbiał, jak nikt inny. A że przy okazji był także gadatliwym ptakiem, który ciągle pogrążał się we własnych myślach, miał wiele pytań odnośnie Świętego. Niestety w ferworze przedświątecznych zajęć nikt nie miał czasu z nim rozmawiać, dlatego też Terence postanowił udać się do… świń. Z pomocą ruszyły mu ptaki, ale to był dopiero początek szalonej świątecznej przygody…

Za ten album wziął się duet, który zna się doskonale zarówno na komiksach dla dzieci, jak i opowieściach świątecznych. Pochodzący z Finlandii scenarzysta Kari Korhonen przez lata pisał scenariusze (a także rysował liczne okładki, w tym całe mnóstwo gwiazdkowych dla „Kubusia Puchatka”) komiksów z Kaczorem Donaldem i Myszką Miki. Spod jego ręki wyszły historie doskonale znane w Polsce („Kaczor Doniek: Tylko jedno życzenie”, „Pluto i choinka” czy „Wujek Sknerus: Zwykłe dni”), jak i te w naszym kraju niewydane (tu warto wspomnieć jeden z epizodów serii dziejącej się w różne świąteczne dni, „Donald Duck: Christmas”). Jeśli zatem czytaliście któryś z nich, wiecie dobrze czego możecie się spodziewać. Scenariusz jest prosty, ale uroczy, dziecinnie gwiazdkowa atmosfera z drobnym pazurem i dużą ilością przygód i zabaw. „Małego pomocnika…” czyta się przyjemnie i nostalgicznie – znakomita lektura na przedświąteczny czas.

 

Oprawa graficzna także została utrzymana w takim klimacie, a wziął się za nią włoski rysownik Corrado Mastantuono, któremu dopomógł Cèsar Ferioli. O ile tego drugiego nikomu nie trzeba przedstawiać (jego rozliczne prace dla „Kaczora Donnalda” znane są nie tylko czytelnikom magazynu), o tyle warto nadmienić, że Corrado posiada wcale nie mniejszy dorobek na tym polu. „Niewierne kopie” z „MegaGiga” to jeden z wielu takich udanych dziecięcych komiksów i aż szkoda, że jego świąteczne „Qualità” czy „Bum Bum e il bruciorino prenatalizio” nie pojawiły się w Polsce. Za to mamy „Angry Birds” i ich ujmującą prostotą i świąteczną atmosferą oprawę graficzną. Kolorową, rozświetloną i przyjemnie cartoonową.

 

Szukacie znakomitego komiksu dla młodych czytelników na gwiazdkowy prezent? Pomyślcie nad „Małym pomocnikiem Świętego Mikołaja”, warto! Polecam zatem wszystkim miłośnikom takich opowieści, niezależnie od wieku.

 

I dziękuję grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kubuś i Przyjaciele. Wypychanki na Gwiazdkę

ZBUDUJ SOBIE KUBUSIA

 

Tak, tak, tak! Z takimi pozycjami, jak ta nadchodzące Święta zapowiadają się naprawdę niesamowicie. Aż żałuję, że nie mam już tych kilku lat, a właściwie, nie, nie żałuję. Mentalnie mogę mieć tyle lat, ile chcę i doskonale bawić się w składanie trójwymiarowego modelu świątecznej kartki z Kubusiem Puchatkiem. Bo to właśnie oferuje niniejsza książka, ale nie sądźcie, że jedynie. W jej skład wchodzi o wiele więcej wspaniałych rzeczy do zrobienia!

 

Wypychanki-składanki to coś, co uwielbia każde dziecko. Bo jak nie lubić kilku kartonowych prostych elementów, które w kilka chwil przemieniają się w coś pięknego i realnego. Kubusiowa kartka, która otwiera niniejszą publikację to naprawdę uroczy gadżet, który wygląda jak świąteczny pokój z choinką, gdzie znajduje się także Puchatek. A wszystko, oczywiście, 3D. To jednak tylko początek, bo już za chwilę dostajemy stroik do zawieszenia, a do niego moc śnieżynek z wizerunkami postaci. A może macie ochotę na ażurowe ozdoby do samodzielnego pokolorowania, kolorowe gwiazdki z bohaterami filmowymi, przywieszki do prezentów albo pudełka na małe podarki przeznaczone do samodzielnego złożenia? Tak, tak, to wszystko jest tutaj, a nawet jeszcze więcej, bo nie zabrakło też ani papierowej choinki, ani rogów i nosa renifera ani nawet bombki, w którą można włożyć zdjęcie!

 

Uwielbiam pozycje takie, jak ta. Pozycje oferujące o wiele więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Niepozorne, choć piękne książeczki zmieniające się nagle w imponujące źródło materiałów, inspiracji i gadżetów. Takie książki cieszą na Gwiazdkę i cieszą w każdej innej chwili, ale że ta szczególna pełna jest świątecznych motywów i w takiej też tonacji została utrzymana, doskonale nadaje się na Bożonarodzeniowy prezent. Ileż jest z nią zabawy, ileż śmiechu i radości. I pożytku, bo urocze dekoracje, jakie powstaną w trakcie mile spędzonych chwil doskonale nadają się do przystrojenia nimi choinki czy domu.

 

Podsumowując – warto pod każdym względem. Może i „Kubuś i Przyjaciele. Wypychanki na Gwiazdkę” nie ma wielu stron, ale jej zawartość udowadnia, że liczy się nie ilość, a jakość. A ta jest w tym wypadku naprawdę znakomita. Dlatego polecam gorąco – dzieciaki będą zachwycone!

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Harry Angel – William Hjortsberg

UPADŁY ANIOŁ

 

Pewnie większość czytelników, którzy czytali tę powieść najpierw zapoznało się z klimatycznym, bardzo udanym filmem na jej podstawie. Tak było też w moim przypadku, ekranizacja pojawiła się w naszym kraju kilka dekad wcześniej, niż pierwowzór. Ale w końcu polscy czytelnicy mogli poznać także książkę – fascynującą mieszankę thrillera i horroru, która urzeka i trzyma w przyjemnym napięciu do samego końca.

 

Pewnego dnia do prywatnego detektywa Harry’ego Angela zgłasza się niejaki Louis Cyphre z prośbą o zbadanie z pozoru prostej sprawy. Oto Johnny Favorite, znany niegdyś piosenkarza, przed laty podpisał z nim kontrakt, który zapewnił mu sławę. Pozostawało jednak jedno zobowiązanie, które mógł wypełnić jedynie po śmierci. W trakcie drugiej wojny światowej doszło do ataku, który przeżył tylko Favorite – niestety skończył jako warzywo. Od tamtej pory przebywa w prywatnym szpitalu, a regularne raporty medyczne nie stwierdzają poprawy stanu zdrowia. Gdzie więc zagadka? Cyphre próbował go odwiedzić, ale za nic nie zdołał tego zrobić, podejrzewa więc, że coś jest nie tak. I rzeczywiście, wystarcza kilka chwil by Angel odkrył, że piosenkarz lata temu wrócił do zdrowia i opuścił klinikę w towarzystwie niezidentyfikowanych ludzi podających się za jego przyjaciół. Sam cierpiał na amnezję – a przynajmniej tak utrzymywał – trudno więc było o weryfikację ich tożsamości z jego strony. Co więcej od tamtej pory ślad po nim zaginął. Zniknął celowo czy też może już nie żyje? Na zlecenie Cyphre’a, Angel próbuje poznać los Favorite’a, ale nie dość, że nie ma żadnego punktu zaczepienia, to jeszcze wszyscy świadkowie, którzy mogliby mu w jakikolwiek sposób pomóc, zostają znalezieni martwi. A to dopiero początek. Zleceniodawca też kryje w sobie niejedną mroczną tajemnicę…

 

Jak tę powieść świetnie się czyta! Napisana pod koniec lat 70. ubiegłego wieku nic się nie zestarzała, a co ciekawe jej oldchoolowy klimat i forma, o wiele mniej poprawna politycznie niż współczesne dzieła, niosą ze sobą intrygującą, nostalgiczną nutę. Zresztą już w czasach, kiedy powstała, emanowała tęsknotą za złotymi czasami kryminałów z gatunku noir, oddając im hołd i starając się ożywić (a także odświeżyć) ich schemat – ze znakomitym zresztą skutkiem. William Hjortsberg, autor w Polsce wcześniej znany tylko z powieści „Nigdy już” (oraz scenariusza do filmu „Legenda”), napisał historię lekką stylistycznie, ale mroczną i brudną pod względem fabuły. Nie zabrakło krwi, czy brutalności, a całość, choć dominuje wątek detektywistyczny, przesycona jest grozą i okultyzmem.

 

Ciekawa akcja, mylne tropy, mrok. Satanizm i voodoo znakomicie uzupełniają się z ciągłym szukaniem tropów i wskazówek. Harry Angel powoli wkracza w świat coraz ciemniejszych barw, kroczy ścieżkami, na które nikt normalnie się nie zapuszcza – także tymi bardziej metaforycznymi, nieświadomy jaką rolę rzeczywiście odgrywa w całej sprawie. Powieść kończy się niemałym zaskoczeniem, oczywiście wielu rzeczy można się było spodziewać, ale rozwiązanie zagadki satysfakcjonuje i zostawia przyjemny niedosyt. Jak dla mnie jedna z najlepszych powieści grozy, jakie czytałem w ostatnich latach.

 

Polecam zatem gorąco. „Harry Angel” to znakomita, kultowa lektura, którą powinien przeczytać każdy miłośnik horroru. Nominacja do nagrody im. Edgara Allana Poe zasłużona!

 

A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji.

Tymek i Mistrz tom 2 – wydanie zbiorcze – Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak

DREAM TIM POWRACA!

 

Drugi z trzech planowanych zbiorczych tomów serii „Tymek i Mistrz” ukazał się niedawno na naszym rynku. Dobrze się składa, że premiera miała miejsce tak blisko nadchodzących Świąt, bo dla małych miłośników komiksu to doskonała propozycja na gwiazdkowy prezent! Prezent, który swoją drogą i tak z ochotą przeczytają też rodzice.

 

Tymek i Mistrz. Młody chłopiec niewładający szczególnie dobrze magią i stary mistrz, który magią władał i włada, tylko pamięć czasem do zaklęć nie ta, a i oczekiwania ucznia co do ich działania bywają odmienne. Na naszych bohaterów na każdym kroku czeka niebezpieczeństwo – a nawet jeśli nie niebezpieczeństwo, to chociaż przygoda. I oni, Psuj i Popsuj, konkurencyjny zły czarodziej ze swoim sepleniącym uczniem. Nic im wprawdzie nie wychodzi, ale czasem potrafią napsuć krwi.

W tym tomie na Tymka i Mistrza czeka wiele niesamowitych zdarzeń. Siły demoniczne i duchy, jeziornica i księżniczka na wieży. Czy to jednak biegacz, czy też impreza z okazji setnego odcinka przygód, bohaterowie, jak to na bohaterów (tych głównych w szczególności) przystało, ze wszystkim sobie poradzą!

 

Należę do osób, które przed laty regularnie czytały dodatek do „Gazety Wyborczej” „Komiksowo”. Zaczęło się od wiecznie żywych historii Disneya oraz komiksu Baranowskiego, potem po kolejne numery sięgałem głównie ze względu na „Tymka i Mistrza”. Z czytanym jednocześnie na łamach „Produktu” Jeżem Jerzym składało się to na ciekawy obraz dwóch różnych biegunów pracy twórczej duetu Leśniak/Skarżycki. Sięgnięcie po „TiM” po latach stało się zatem sentymentalną przygodą, a wraz z drugim tomem dotarłem do momentu, w którym „Komiksowo” przestałem już czytać, a co za tym idzie otrzymałem szansę poznania dalszych przygód magika i jego ucznia.

 

I nie zawiodłem się. Leśniak i Skarżycki, czy to w opowieściach dla dorosłych, czy to dla dzieci (czy nawet w książkach) czują się znakomicie i potrafią dostarczyć czytelnikom mnóstwa zabawy. Humoru nie brakuje, szczególnie tego absurdalnego, zasadzającego się na gierkach słownych i zabawach schematami, są świetne dialogi i przygody. Rozrywka dla młodych? Tak, ale na poziomie, który spodoba się dorosłym.

 

Do tego dochodzą znakomite ilustracje. Proste, obłe, giętkie bym rzekł, ale niesamowicie przyjemne dla oka i świetnie oddające klimat całości. Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie „TiM” w innej szacie graficznej? Ja na pewno nie.

 

Dlatego polecam gorąco. „TiM” to znakomita seria, na którą składają się krótkie, samodzielne opowiastki, ciesząca zarówno dużych jak i małych. Świetne wydanie wzbogacone o drobną galerię, krótkie porady dla małych magików oraz przedruk jednego z odcinków opublikowanych we francuskim magazynie „Spirou” to tylko wisienka na torcie, ale jakże smakowita.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Łauma (wyd. III) – Karol „KaeReL” Kalinowski

WOWma

 

Wreszcie jest! Na trzecie wydanie „Łaumy” czekało wielu miłośników komiksu. Dwa poprzednie rozeszły się, jak te przysłowiowe świeże bułeczki, a najnowszy komiks KRLa, „Kościsko” szybko podzielił ten los. Teraz więc wszyscy ci, którzy jeszcze nie czytali tego dzieła mają kolejną okazję poznać jeden z ciekawszych rodzimych komiksów ostatnich lat.

 

Dorotka to dziewczynka, która przenosi się z rodzicami z Warszawy do Łojm, wsi na Suwalszczyźnie. Mieszka tu jej babcia – a przynajmniej mieszkała, na miejscu okazuje się bowiem, że staruszka popełniła samobójstwo. Mimo tragedii Dorotka zaczyna odrywać uroki życia na wsi, a także i fakt, że stare jaćwieskie legendy, nie są tylko legendami. A wszystko zaczyna się w dniu, w którym jej tata zabija mieszkającego pod kredensem węża…

 

KRL to twórca młodego pokolenia, który swoje pierwsze kroki stawiał w nieistniejącym już magazynie komiksowym „Produkt”, gdzie okrzyknięto go „Lynchem z Suwałk”. Po zakończeniu ukazywania się „Produktu” pracował nad wieloma projektami, zarówno samodzielnie („Yoel”, „Liga Obrońców Planety Ziemia”), jak i tworząc choćby dodatek do serii komiksowej „Osiedle Swoboda”, zdobywając uznanie krytyków i czytelników. Żaden jednak z jego komiksów nie cieszył się taką sławą i prestiżem jak „Łauma” właśnie, czarno-biała opowieść głęboko osadzona w realiach jaćwieskich legend i podań. To właśnie „Łauma” zdobyła Nagrodę Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego za rok 2009 w kategorii najlepszy komiks polski, Nagrodę za Najlepszy Polski Album Komiksowy 2009/2010 na Festiwalu w Łodzi, a także Nagrodę Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku dla wydawnictwa KG za najchętniej wypożyczany tytuł dla młodzieży w roku 2009. Wszystkie absolutnie zasłużenie.

 

Kiedy spojrzy się na ten komiks, formatu dawnych „Tytusów, Romków i A’Tomków”, można pomyśleć że jest to niepozorna książeczka dla dzieci, nawiązująca do legend i baśni, ale także i dzieł nieco bardziej współczesnych, jak choćby „Opowieści z Narnii”. Wystarczy jednak przeczytać pierwszą stronę, by dać się urzec narracji, charakterystycznej i prostej, ale niezwykle klimatycznej kresce KRLa (niektóre momenty są tak znakomite pod względem zabawy światłocieniem, że nie powstydziłby się ich sam Frank Miller), a także fabule. Fabule, która dorosłych zabiera w świat dzieciństwa, pozwala poczuć nostalgię, intryguje, ciekawi, wciąga i porywa tak bardzo, że albumu nie można odłożyć przed jego końcem. Świat magii, przygody, niezwykłych istot, a także typowej dla tego autora grozy pomieszanej z humorem.

 

Do tego dochodzi znakomite wydanie: twarda oprawa, kredowy papier, galeria w ramach dodatków i przystępna cena. Wszystko to składa się na znakomitą pozycję godną polecenia każdemu, niezależnie od wieku bądź tego, czy komiks ceni czy też nie. „Łauma” stanowi znakomity przykład dzieła, które może przekonać do obrazkowego medium nawet tych, którzy powieści graficznych zdecydowanie unikają.

 

Dlatego też komiks ten gorąco polecam, z całego serca. Warto. Sięgnijcie zanim znów zniknie z księgarskich półek, bo ewidentnie czeka go los jego poprzedników.

 

A wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Galeria postaci – Michael Kogge

ZNAJDŹCIE FANTASTYCZNE POSTACIE

 

Wszystko zaczęło się od małej, czerwonej książeczki, którą piętnaście lat temu, w marcu 2001 roku, wydała J. K. Rowling. Z założenia miał to być jedynie krótki dodatek do sagi o Harrym Potterze, ciekawostka ożywiająca w prawdziwym świecie pozycję popularną w książkowej rzeczywistości. I tak też było przez długie lata, aż wreszcie autorka napisała scenariusz filmu o takim samym tytule, przedstawiając nam przygody Newta Skamandera. Film pociągnął za sobą oczywiście także liczne dodatki, a w nasze ręce wśród wielu innych pozycji, trafiła bardzo ładnie wydana, ciekawa publikacja omawiające ekranowych bohaterów.

 

O czym opowiadają „Fantastyczne zwierzęta…” wie chyba każdy fan Pottera. Młody Newt Skamnder przybywa w roku 1926 do Nowego Jorku, ale przez przypadek zostają wypuszczone magiczne stworzenia, których poszukiwał na całym świecie. Jakby tego było mało w mieście grasuje bestia, ale nikt nie wierzy w jego słowa, że to żadna ze złapanych przez niego istot, tylko obskurus. Newt, wraz z pomocą kilku innych osób zaczyna działać…

 

Cieszę się, że po tylu latach świat znów słyszy o Harrym Potterze. I cieszę się również, że w ostatnich miesiącach na rynku pojawiło się kilka nowych pozycji związanych z jego magicznym światem. Co wyróżnia „Fantastyczne zwierzęta…: Galerię postaci”? Przede wszystkim bardzo ładne wydanie. Kredowy papier, twarda oprawa, duże zdjęcia, przyjemna kompozycja. Ładnie się to prezentuje, miło wpada w oko – szczególnie dzieciom – i stanowi ciekawy dodatek do filmu/serii.

 

Treści nie jest wiele. Mamy omówienie fabuły, ale całość skupia się na postaciach, wśród których nie zabrakło także polskiego akcentu. Każdy z bohaterów zyskał krótki opis, prezentację różnych aspektów i kluczowych momentów. A wszystko przedstawione ciekawie, choć prosto – w sam raz dla dziecięcych odbiorców zarówno filmu, jak i książki.

 

Dla miłośników Harry’ego, jak również wszystkich tych, którzy dadzą się porwać kinowym „Zwierzętom…” to znakomita pozycja przedłużająca przyjemność. Sięgnijcie, ma swój urok. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Konające zwierzę – Philip Roth

STARY CZŁOWIEK I MOŻE

 

Być może to i prostacka parafraza klasyka, ale za to dobrze oddaje charakter dzieła Rotha, sfilmowanego kilka lat temu pod tytułem „Elegia”. Główny bohater tej powieści może. I chce. Bo uwielbia kobiety, ale te młodsze. Młode. Te, w których kobiecość dopiero kwitnie. Wielbi je, zachwyca się nimi, analizuje naturę ich oraz swoją, pierwotne instynkty i społeczne uwarunkowania. A wszystko to z literackim pięknem prawdziwego mistrza słowa.

 

Kiedy David Kepesh w roku 1992 mając 62 lata poznał zaledwie 24 letnią Consuellę Castillo, myślał że to będzie typowy przelotny romans, jakich wiele. Jako szanowany wykładowca, a przy tym także popularny dzięki programowi telewizyjnemu krytyk literacki, od dawna sypiał ze swoimi studentkami – po incydencie sprzed lat robił to jednak dopiero wtedy, kiedy przestawał już być ich profesorem. Tak samo rzecz ma się w przypadku Consueli, nie mniej tym razem nic nie przypomina wcześniejszych przypadków. Dziewczyna jest inna, dojrzalsza, bardziej świadoma swojego ciała i wpływu, jaki wywiera na mężczyzn, choć jednocześnie pozostaje w niej pewna naiwność, brak wprawy i kontroli. Fascynacja jej niezwykłym pięknem rodzi obsesję. Sparzony nieudanym małżeństwem David nigdy więcej nie chciał angażować się w związek, ale fakt, że Consuela nigdy nie zostanie jego żoną wywołuje w nim zazdrość. Przeraża. W plątaninie instynktów i gierek granica bycia ofiarą staje się bardzo płynna…

 

Roth przekonuje – całkiem słusznie zresztą – że mężczyzna to niewolnik własnych rządz. Chociaż z powodu seksu dochodzi mu mnóstwo problemów, wciąż nie potrafi się opanować. Ba, nie potrafi oddzielić seksu od miłości, nie potrafi ich rozróżnić – miłość bez seksu nie ma racji bytu. Mężczyzna pod tym względem to zwierzę. Zwierzę jakże często konające.

 

Mocno erotyczna, choć łagodna w swym wysublimowaniu powieść Rotha robi wielkie wrażenie. Film na jej podstawie był przydługim dramatem jakich wiele, poza świetną rolą Bena Kingsleya nie oferując zbyt dużo, książkowy pierwowzór natomiast zachwyca. Roth nie rozpisuje się, jego dzieła są zwięzłe, krótkie i konkretne, pięknie liryczne i wnikliwe. „Konające zwierzę” też takie jest. To powieść o starym człowieku, napisana z perspektywy starego człowieka, ale z niezwykle młodzieńczą werwą. Przy okazji stanowi piękny pean na cześć kobiecości, na cześć kobiecego piękna – ale i przestrogę. Dla obu płci. A także rozliczenie z upływającym czasem i nadchodzącą śmiercią. Coś pięknego.

 

Dlatego jak zwykle polecam gorąco. Powieści autora to fascynujący przykład współczesnej najwyższej literackiej półki, zapewniając całe mnóstwo emocji, jak i doznań estetycznych. Warto!

 

A ja dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Królewna z wieży – Przemysław Wechterowicz, Bartosz Minkiewicz

KIEDY SHREK SPOTKAŁ WILQA

 

Można powiedzieć, że to bajka dla dzieci, która spodoba się dorosłym, ale można także powiedzieć, że to bajka dla dorosłych, która spodoba się dzieciom. I co więcej nadaje się doskonale dla obu tych grup wiekowych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, również miłośnicy komiksów, przede wszystkim jednak każdy będzie się bawił znakomicie.

 

Dawno, dawno temu (może nawet dalej niż w zeszły piątek) żył sobie szanowny, miłościwy i forsiasty król o dobrym sercu. I żyła sobie także jego córka jedynaczka, księżniczka śliczna i wesoła jak 150. I to ostatnie to jej wielki feler, bo dziewczę cieszyło się ze wszystkiego, z czego cieszyć się można (albo też i nie). I nie byłoby to jeszcze tak straszne gdyby nie drobny fakt, że jej śmiech wszystkim poprawiał humor, a więc kiedy na ten przykład król wypowiedział wojnę innemu królowi (a raz na jakiś czas po prostu musiał to zrobić, żeby nie zwariować), jej chichot wystarczył by odechciewało się walki. Coś trzeba było na to zaradzić i tak w przededniu jej osiemnastki król wpadł na pomysł! A idąc za tym pomysłem wybudował wieżę (z wszelkimi udogodnieniami, w końcu jego córka musi mieć to, co najlepsze), zamknął w niej pociechę, a budowli pilnować kazał smokowi. Po co to wszystko? By urządzić zawody – kawaler, który oprze się jej śmiechowi dostanie jej rękę oraz pół królestwa, a cała reszta mniej wytrwałych… cóż… smok nie będzie głodny. Zaczyna się zabawa!

 

Nowe dzieło duetu, który jakiś czas temu stworzył publikację „Wilk, pies i owce”, to bajka, ale bajka postmodernistyczna. Bajka w shrekowym stylu, pełna ciętego humoru, nowoczesnego słownictwa i nie mniej współczesnych skojarzeń. Grupa kawalerów staje do walki o serce (a przynajmniej rękę) pięknej królewny, pochodzą z różnych krajów, interesują się czym innym i inne mają gusta, a imion części z nich nikt ani nie zapamięta ani nie wymówi. Szybko przychodzą, szybko znikają (w brzuchu smoka), ale wywołują śmiech księżniczki – i czytelników również. Nie ma tu wielkiej głębi, ale zabawa jest naprawdę przednia.

 

I interaktywna. Wechterowicz (autor licznych książek dla najmłodszych) oraz Minkiewicz (współautor choćby kultowego już Wilqa) postarali się żeby tomik nie zawierał tylko tytułowej historii (plus drobnych wtrąceń), ale także dawał szansę napisania i zilustrowania własnej opowieści o księżniczce: w gronie kolegów to, czy w towarzystwie, które lubi się najbardziej – znaczy samemu. Opcji jest wiele, jak wiele jest zabawy.

 

Do niezłej fabuły dochodzą tradycyjnie znakomite ilustracje Minkiewicza. „Królewna z wieży” to ujmująca prostota i humor bijający z każdej ilustracji. Ogląda się ją znakomicie i – trzeba to powiedzieć wprost – strona graficzna na równi tworzy tę książeczkę, co jej treść.

 

W skrócie: polecam. tak wyglądałby „Shrek” gdyby spotkał „Wilqa” i pozostał przy tym opowieścią nadającą się dla najmłodszych. Warto przyjrzeć mu się bliżej.

 

A ja dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji.