Orange #4 – Takano Ichigo

MIŁOSNE ZAWODY

 

„Orange” powoli zbliża się ku końcowi, jednakże wydarzenia dziejące się na łamach czwartego (i przedostatniego) tomu tylko bardziej się komplikują. Autorka nie zwalania tempa, nie zbliża się do rozwiązania, ale emocjonuje, wzrusza i zachwyca. I nie ważne czy ostatecznie wszystko się wyjaśni czy historia zakończy się, pozostawiając nas w niepewności – zanim to nastąpi czytelników czeka jeszcze całe mnóstwo dobrej zabawy, która trafia prosto w serce.

 

To, co było do przewidzenia, odkąd tylko Suwa także przyznał się do posiadania listu z przyszłości, stało się faktem. Poza nim i Naho podobne wiadomości dostali także Takako, Azu i Hagita, choć kryli się z tym przed sobą nawzajem. Teraz nadszedł czas by połączyć siły i zacząć wspólnie walczyć o życie i szczęście Kakeru. Tym razem zbliżają się szkolne zawody sportowe, które stanowią jeden z kluczowych momentów. Porażka w nich poniesiona stała się kolejnym przysłowiowym gwoździem do trumny przybitego nastolatka. Pierwotnie Kakeru je przegrał, z czym nie mógł się pogodzić, teraz, kiedy wszystko się zmieniło, może i inaczej potoczy się sama rywalizacja, dlatego też jego przyjaciele, choć nie do końca nadający się do tego wyzwania, dołączają do drużyny. Jednocześnie Kakeru i Naho coraz bardziej zbliżają się do siebie, chociaż chłopak wciąż trzyma pewien dystans. W zawiązku z tą właśnie sytuacją Suwa podejmuje własne korki, ale czy jego działania na pewno zgodne są z celem, jaki narzucili sami sobie w przyszłości?

 

Czwarty tom „Orange” to idealny przykład na to, jak zrobić mangę niemalże w całości poświęconą sportowym zawodom w taki sposób by nawet największy przeciwnik tego typu tematów czytał ją z niecierpliwością i wypiekami na twarzy. Sposób na to jest prosty – wystarczy zaangażować emocje czytelnika, nie każdy jednak potrafi to zrobić. A jeszcze mniej osób potrafi zrobić to w taki sposób, jak Takano Ichigo. Jednakże autorka portretująca siebie w czapce-truskawce (Ichigo po japoński oznacza truskawkę właśnie) uczyniła ze sportowej rywalizacji walkę o miłość, marzenia i życie. Cała reszta schodzi na dalszy plan – i to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze.

 

Poza tym „Orange” od początku do końca to jeden wielki emocjonalny rollercoaster, który najmocniej porusza prostymi, codziennymi sytuacjami zderzonymi z fatalnym losem, jaki czeka Kakeru. Każda zwyczajna rzecz nabiera przez to dużej wagi, a czytelnik czuje ją, jakby opisywane wydarzenia dotyczyły kogoś mu bliskiego. A wszystko to po prostu wspaniale zilustrowane. Podobnie, jak fabuła rysunki są proste i zwyczajne, lekkie, zwiewne, choć momentami także bardzo szczegółowe i doskonale pasują do scenariusza. W skrócie: wspaniały komiks, który polecam Wam gorąco. Naprawdę warto go poznać i dać się uwieść wydarzeniom i postaciom.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Orange #3 – Takano Ichigo

ŚMIECH, ŁZY I LISTY Z PRZYSZŁOŚCI

 

„Orange”, jedna z najlepszych mang, jakie miałem w rękach, nie przestaje zachwycać. Jej trzeci tom nie tylko dostarcza tego, co w serii najlepsze, ale przede wszystkim oferuje jeszcze więcej wzruszeń i emocji. Fabuła, choć prowadzona przecież powoli, chwyta za gardło, angażuje i porywa, a wrzucony pomiędzy sympatycznych bohaterów czytelnik czuje się nie jak obserwator, a uczestnik dramatycznych wydarzeń.

 

Kiedy nastoletnia Naho otrzymała z przyszłości list napisany przez samą siebie, nie zastanawiała się czy jest jedyną osobą, którą spotkało coś podobnego. Teraz, kiedy okazuje się, że także Suwa dostał podobną wiadomość, oboje łączą siły, żeby ocalić Kakeru przed samobójstwem. Pierwszym ważnym wydarzeniem stają się urodziny chłopaka, o których pierwotnie nie mieli pojęcia, a które okazały się ostatnimi w jego życiu. Wszyscy przyjaciele zaczynają starania o jak najlepsze prezenty, jednak to tylko jedna z wielu rzeczy, które muszą zmienić. A czas ucieka – wielkimi krokami zbliża się dzień, w którym Kakeru podjął pierwszą próbę samobójczą. Mimo ingerencji w bieg rzeczy, okoliczności wydają się identyczne, jak te zapisane w liście! Czy w obliczu takiego zagrożenia Suwa i Naho zdecydują się na kroki, których nie byli w stanie wcześniej podjąć? I czy Suwa będzie potrafił zrobić wszystko, co konieczne by zbliżyć Naho do Kakeru, skoro sam kocha się w dziewczynie?

 

Czytanie „Orange” przypomina mi nieco lekturę powieści Johna Irvinga. Nie, nie ma tutaj powracających, wciąż tych samych motywów, nie ma również kontrowersji, którymi cechuje się ten pochodzący z New Hampshire autor, jednak podobnie jak u niego, tak i tu, czytelnik na przemian gotów jest wybuchnąć śmiechem, rozpłakać się, krzyknąć z radości albo pogrążyć się w ponurych myślach. Owszem, manga zawiera w sobie wszystkie charakterystyczne dla gatunku szkolnych opowieści cechy, ale Takano Ichigo wycisnęła z nich wszystko co najlepsze, kwintesencję tematyki i romansu, i poprowadziła w absolutnie zachwycający sposób.

 

„Orange” jest opowieścią lekką, ale niesamowicie emocjonującą, a trzeci tom jeszcze intensyfikuje doznania. I chociaż bohaterowie wciąż płaczą, nie jest to łzawy romans. Daleko mu do tanich historyjek miłosnych, jakich pełno na rynku, bohaterowie są ciekawi, a obyczajowe tło przekonujące. Wrażenia płynące z lektury są podobne do tych, jakie serwuje nam w swoich książkach Nicholas Sparks, z tym, że jeszcze mocniejsze i bardziej poruszające.

 

Strona graficzna mangi też jest niesamowicie urocza. Delikatne rysy bohaterów, tradycyjna dla japońskich komiksów mimika, która bezbłędnie oddaje uczucia postaci, ograniczone do minimum tła (bardzo realistyczne, kiedy tego potrzeba)… Coś wspaniałego. Do tego dochodzi jeszcze kolejny rozdział dodatkowej mangi autorki, lżejszej i nastawionej na humor, a ta również ma swój urok (choć trudno nie pominąć jej, by móc od razy chwycić za kolejny tom). Dlatego też polecam bardzo, bardzo gorąco!

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Uncanny X-Men #3: Dobry, zły, Inhuman – Brian Michael Bendis, Kris Anka, Chris Bachalo, Marco Rudy

DOBRE, ZŁE I NA ZAKUPACH

 

Wśród licznych pozycji wydawanych pod szyldem Marvel Now obie serie o X-Menach pisane przez Briana Michaela Bendisa zdecydowanie należą do tych najlepszych. Autor miał bowiem ciekawy pomysł nie tylko na odświeżenie przygód mutantów, ale także na poprowadzenie ich w sposób przystępny dla nowych czytelników. Do tego na łamach obu tytułów zebrał najważniejsze dla cyklu motywy, dodał do tego mnóstwo akcji niedającej bohaterom nawet chwili wytchnienia, a przy okazji postarał się by nie była to jedynie pusta, lekka rozrywka. Trzeci tom „Uncanny X-Men” znakomicie kontynuuje zaczęte wcześniej wątki, nie stroniąc przy okazji od humoru i dostarczając porcji konkretnej zabawy na dobrym poziomie.

 

Kurz po „Bitwie Atomu” jeszcze dobrze nie opadł, ale korzystając z odrobiny spokoju Scott stara się jak najintensywniej szkolić swoich mutantów. Emma Frost w tym czasie dostrzega potencjał w Deedsie i postanawia uczynić z niego najpotężniejszego członka oddziału. Kiedy do drużyny dołącza Kitty Pride, a wraz z nią reszta przeniesionego z przeszłość pierwszego składu X-Men, dziewczyny decydują wybrać się do Londynu… na zakupy. Ich babski wieczór zostaje brutalnie przerwany przez wybuch bomby terrigenezy (efekt wydarzeń „Nieskończoności”), który doprowadza do przebudzenia się uśpionych mocy członków Inhumans. Mutantki są zmuszone wkroczyć do akcji, ale potęga wyzwolona w niejakim Geldhoffie przerasta ich połączone siły… Tymczasem Magneto prowadzi swoją samotną misję. Do czego to wszystko doprowadzi mutantów, którzy nigdy nie mieli lekkiego życia?

 

Bendis po raz kolejny nie zawodzi. Ten tom znajdujący się na styku dwóch wydanych w zeszłym roku crossoverów Marvela być może i jest opowieścią przejściową pozbawioną większych konsekwencji dla X-universum, ale jakże świetnie poprowadzoną. Dodanie spokojniejszych wątków codziennych (mówię oczywiście o babskich zakupach) było strzałem w dziesiątkę – zresztą to kobiety wiodą w tym tomie, choć nie są przecież głównymi bohaterkami serii, i doskonale odnajdują się w tej roli. Wnoszą więcej humoru i lekkości, choć nie brak między nimi spięć. Nie oznacza to jednak, że komiks pozbawiony jest ciężaru. Niebezpieczeństwa czają się wszędzie, a sytuacja z każdą chwila się komplikuje. Do tego dochodzi też tajemnica, kto wysyła nowe sentinele – rozwiązać ją stara się Magneto, a wątek z nim przypadnie do gustu tym, którzy lubią film „X-Men: Pierwsza klasa”, bo wydarzenia klimatem przypominają sceny z tym bohaterem, jakie rozegrały się właśnie w nim.

 

Tak, jak fabuła albumu podzielona jest na trzy wątki główne, tak i strona graficzna wyraźnie dzieli się trzy części. Za zeszyty poświęcone treningowi mutantów odpowiada Chris Bachalo, który operuje kreską lekko cartoonową, ale naprawdę znakomitą. Kris Anka także wypada niczego sobie, jednak moje serce bez dwóch zdań skradły rysunki w wykonaniu Marco Rudy’ego. Jeśli znacie serię „Sandman”, bez trudu będziecie mogli wyobrazić sobie co zobaczycie na stronach. Z jednej strony mamy wspaniały realizm, z drugiej nutę szaleństwa i eksperymentowania z przepięknie malowanymi za pomocą farb scenami, a wreszcie kadry stylizowane na prostsze, klasyczne prace znane fanom serii. Coś wspaniałego.

 

Jeśli więc lubicie X-Menów, sięgnijcie po ten – jak i pozostałe komiksy z serii. Bendis wykonał tu kawał dobrej roboty, podobnie jak rysownicy, a całość wypada naprawdę znakomicie. Aż chciałoby się więcej takich mainstreamowych graficznych nowości. Polecam!

Fire and Stone #5: Prometeusz Omega –

FINAŁ FIRE AND STONE

 

Z okazji wejścia do kin najnowszego filmu o plujących kwasem Obcych, wydawnictwo Scream Comics przygotowało album stanowiący zwieńczenie serii „Fire and Stone”. Po czterech tomach nadszedł wreszcie czas by powrócić do „Prometeusza” i wyruszyć w ostateczną podróż do miejsca, gdzie rozbił się statek nazwany na część mitologicznego tytana i… Właśnie, co z tego wszystkiego wynika?

 

9 kwietnia 2219 roku. Angela, Galgo, Jill i Chris zostali na LV-223 bez szans na ratunek. Jakoś radzą sobie na pełnej niebezpieczeństw i morderczych bestii planecie, jednakże nie mają co jeść, a polowania wiążą się z coraz większym niebezpieczeństwem. Powoli gaśnie w nich nadzieja na znalezienie jakiekolwiek pomocy, byli w końcu misją nieoficjalną, a nikt nie narazi się na koszty wysłania po nich statku – szczególnie, że podróż trwa dwa lata. Sytuacji nie zmienia powrót Predatora, którego ochrzcili mianem Ahaba, ale może to zrobić coś innego. Pewnego dnia rozbitkowie widzą, że do LV-223 zbliża się statek! Ten niestety rozbija się o powierzchnię, a z wraku wydostaje się nie kto inny, jak Elden. Na szczęście tym razem istota ta, będąca samoświadomym tworem wynikłym z zakażenia synta akcelerantem,  jest po stronie ludzi. Osobliwa ekipa złożona z Angeli, Galgo, Eldena i Ahaba wyrusza odnaleźć jeden z wraków, które znajdują się na planecie. Czy tym razem los się do nich uśmiechnie?

 

Nie oszukujmy się, „Fire and Stone: Prometeusz Omega” nie kończy definitywnie opowieści dziejącej się pomiędzy najnowszymi filmowymi obrazami alienowego uniwersum, jednak czyta się go naprawdę przyjemnie. Fabuła jest prosta, to typowy survival horror science fiction, nie mniej wykonany został znakomicie. Szczególnie pod względem graficznym, ale o tym poniżej. Wracając jednak do fabuły, choć nie daje ona żadnych konkretów – nie dostajemy zatem odpowiedzi na pytania, które zadaje wstęp do albumu – stanowi dobre podsumowanie „FaS”, a zarazem wstęp do dalszych części. Seria nie kończy się bowiem na tym tomie, a jej kontynuację stanowi cykl „Life and Death”, który już niedługo pojawi się na księgarskich półkach.

 

Co się zaś tyczy strony graficznej „Prometeusza”, komiks ten został po prostu wspaniale zilustrowany. Owszem, to dla „Fire and Stone” już pewien standard, nie mniej warto docenić ten fakt. Szczególnie, że tak wiele współczesnych komiksów przedstawia się na tym polu po prostu przeciętnie. Na tle takich właśnie mainstreamowych propozycji, album ten z miejsca wpada w oko.

 

Dlatego też jeśli lubicie Alienów, Predatorów i całe  to mroczne uniwersum, sięgnijcie koniecznie. Czy to w oczekiwaniu na najnowszy film, czy też jako jego uzupełnienie. Zabawa jest udana, chociaż tym razem krótsza (blisko 40% albumu to dodatki w postaci szkiców) i naprawdę ciekawa, a przede wszystkim spójna. Poza tym już niedługo wśród wydawniczych nowości pojawią się kolejne komiksy z tymi kosmicznymi bestiami, jest więc na co czekać.

Orange #2 – Ichigo Takano

ZMIENIĆ PRZYSZŁOŚĆ

 

Może ktoś powie, że nie powinno się określać w ten sposób nawet krótkiej serii po zaledwie drugim tomie, ale nic na to nie poradzę: „Orange” to jedna z najlepszych mang, jakie czytałem w życiu. A czytałem ich naprawdę dużo. Co jest w niej takiego niezwykłego? Miażdżące emocje unikające tanich chwytów, ciekawi bohaterowie, życiowa, bliska każdemu z nas fabuła i prosty, ale rewelacyjny (i równie rewelacyjnie poprowadzony) pomysł. Powstała z tego historia, która wciąga, porusza i sprawia, że nie chce się jej ani na chwilę przestać czytać.

 

Życie Naho zmieniło się, kiedy dostała list od samej siebie, ale pochodzącej z przyszłości. Kiedy uwierzyła w jego autentyczność, zaczęła realizować plan ocalenia życia szkolnemu koledze, Kakeru, w którym się zakochuje. Drugi tom zaczyna się w momencie, kiedy oboje na nowo zbliżają się do siebie. Kakeru zerwał ze swoją dziewczyną, co daje im więcej czasu i okazji do przebywania w swoim towarzystwie. Na Naho spoczywa jednak brzemię jej misji, a przybywające pytania nie ułatwiają jej życia. Wydarzenia wprawdzie ulegają powolnym zmianom, nie mniej los chłopaka wciąż jest niepewny. Poza tym wszystko wskazuje na to, że przyszłość jednak pozostała taka, jaka jest. Czy to oznacza, że ingerencja w bieg zdarzeń doprowadziła do powstania alternatywnej rzeczywistości? I jakim cudem Naho mogła wysłać list do samej siebie z przeszłości?

 

Koleżanki Naho wspominają, że z całych sił kibicują by zaczęła chodzi z Kakeru i dokładnie to samą robią czytelnicy „Orange”. Kibicują, dopingują, chcą by miłość tej dwójki się ziściła, a chłopak przeżył, zaznał szczęścia i żeby maska radości, która ukrywa jego smutek, przestała być maską. Co nie znaczy, że to będzie jedyne słuszne rozwiązanie – tak jak w życiu, tak i tutaj której drogi nie wybierze Naho, ktoś będzie pokrzywdzony. W dziewczynie kocha się bowiem jej kolega z klasy, ona tymczasem nie ma pewności co i do kogo czuje Kakeru, bo że czuje, to akurat jest jasne. Emocje narastają, komplikują się, łzy płyną, pojawiają się uśmiechy – i u bohaterów, i u czytelników. Czy można tego nie cenić?

Poza tym w mandze pojawiają się elementy fantastyczne, a właściwie jeden, czyli list, który przeniósł się w czasie. Element ten wkracza w życie bohaterki, staje się jej codziennością, ale pozostaje także zagadką. Czy za dziesięć lat będzie można podróżować w czasie? Jeśli tak, czemu starsza Naho sama nie przeniosła się w czasie? Widzimy wprawdzie wydarzenia dziejące się w przyszłości, jednak na nic takiego nie wskazują – co więc doprowadziło do takiego stanu rzeczy? Kwestia ta intryguje i posuwa akcję do przodu, najważniejsze jednak pozostają emocje, uczucia i wzruszenia.

 

Znakomity scenariusz zyskał także znakomitą oprawę graficzną. Kreska jest prosta, autorka unika rozbudowanych teł, stawia natomiast na mimikę postaci. Jak w dobrym filmie, tak i tu nie ma efekciarstwa, uwaga natomiast skupia się na twarzach postaci, co wyszło tytułowi na dobre. Dlatego jeśli lubicie znakomite propozycje obyczajowe, historie romantyczne, ale nie halrequinowo naiwne, autentycznie poruszające i wciągające, polecam gorąco. „Orange” to absolutnie rewelacyjna manga i naprawdę warto ją poznać.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Lil i Put #3: Czarująca panna młoda – Piotr Bednarczyk, Maciej Kur

MAŁOLUDY I WIELKIE KŁOPOTY

 

„Lil i Put” to seria, która nie szuka oryginalności. Wręcz przeciwnie, cały jej świat oparty jest na doskonale znanych wszystkim motywach, pomysłach i postaciach, ale autorzy z tej wtórności uczynili zaletę. Może i niektóre żarty posiadają już brodę długą, jak u krasnoluda, nie mniej całość sprawia bardzo pozytywne i przyjemne wrażenie.

 

We wsi Miniatury Wielkie żyje postać bardzo osobliwa, Fryc Mamon. Co wyróżnia go od reszty Małoludzi? Zamiast biesiadować, poświęcił się biznesowi i choć jego osiągnięcia nie imponowały nikomu, wreszcie (za sprawą dostaw taniego wina) zyskał uznanie i został wójtem. Zdania o jego rządach były podzielone. Jedni ufali mu jak bratu (prawdopodobnie byli to jego krewni, ale jednak), inni nazywali go kanalią, mafiozem i innymi podobnymi – o tych jednak słuch zaginął. Pewnie ze wstydu opuścili okolicę. I tu na scenę wkraczają Lil i Put, którzy podkradając kartofle z pola wójta wpadają w tarapaty. Odpracowywanie przez nich strat, jakie ten poniósł, zostaje jednak przerwane przez tajemniczego wojownika, który pokonuje smoka chcącego pożreć złożoną mu w ofierze piękną dziewkę. Heros ów znika, jednak nie na długo. Pojawia się ponownie, kiedy czarodziejka Miksja przypadkiem zadziera z Frycem, a ten posyła za nią odpornego na magię Stworołówcę. Tymczasem niczego niespodziewająca się dziewczyna zmierza do stolicy na konkurs na najlepszą maskotkę maga, by wesprzeć biorącą w nim udział koleżankę. Jej drogi po raz kolejny przetną się z drogami Lila i Puta, którzy korzystając z zamieszania postanowili uciec i gdzieś się zaszyć. Do czego doprowadzi ich ta przygoda? I gdzie tytułowa panna młoda? To już musicie odkryć sami.

 

Czy warto? Tak. Nie spodziewałem się, że będę tak dobrze bawił się na historii złożonej z samych powielonych elementów, czerpanych pełnymi garściami z klasyki fantasy, a jednak. Nie oszukujmy się, w tym komiksie nie znajdziecie niczego odkrywczego, główni bohaterowie o wyglądzie samych autorów serii to nic innego, jak tolkienowscy Hobbici, nie brak tu też krasnoludów, bohatera prezentującego się niczym Wiedźmin z książek Sapokowskiego, czy Stworołówcy przypominającego potwora Frankensteina. Nie zabrakło też postaci jednoznacznie kojarzącej się z Harrym Potterem (choć sięgając dalej – nie wiem czy nie za daleko – człowiek ów z miejsca kojarzy się także z głównym bohaterem „Zrozumieć komiks”), a to przecież nie wszystko. Na szczęście twórcy zamknęli to wszystko w mocno satyrycznych ramach, osadzili w bardzo swojskich mimo wszystko realiach i podlali konkretną porcją dowcipów nadających się zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.

 

Całość natomiast narysowana została w sposób lekki, prosty, cartoonowy, ale i mocno czerpiący z tradycji rodzimych komiksów humorystycznych. Ręcznie kładziony kolor pasuje tutaj idealnie, a całość prezentuje się naprawdę mile dla oka. Dlatego też polecam „Lila i Puta” Waszej uwadze. Jeśli lubicie fantasy, znacie je dość dobrze i macie ochotę na lekką zabawę gatunkowymi motywami, będziecie bawili się znakomicie.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

My Little Pony 600 naklejek

600 X KUCYKI – I WIELE WIĘCEJ!

 

Arcypopularne nie tylko wśród dzieci Kucyki powracają! Tym razem w kolejnej z egmontowskich pozycji z cyklu „600 naklejek…”, dostarczając małym czytelnikom dużo dobrej zabawy w uroczym towarzystwie. I jak zwykle dzieci z kontaktu z tą pozycją wyniosą o wiele więcej, niż tylko czystą rozrywkę oraz nalepki.

 

Kucyki są słodkie. Kucyki są urocze. Kucyki są kolorowe, wesołe, radosne, przyjazne… I są też na naklejkach. A dokładniej na 600 naklejkach różnej wielkości, prezentujących zarówno doskonale znane wszystkim postacie (te główne oraz te spełniające mniejszą rolę w całej opowieści), jak i urocze dodatki, takie jak serduszka, motylki, króliczki (a właściwie ogólnie rzecz biorąc zwierzątka), tęcze, baloniki, owoce, ciasta… wymieniać można by długo. Królują oczywiście Kucyki, a na dodatek możecie znaleźć także naklejki, które po połączeniu stworzą większy obrazek. Ale to tylko część tego, co znajdziecie w niniejszej książeczce.

Kiedy przebrniecie już przez te sześć setek nalepek czekają na Was 32 strony zabaw i zadań. Lubicie wyszukiwać rysunki różniące się od reszty? A może macie ochotą rozwiązać sudoku z klejnotami? Dobrać prezenty do pary? Połączyć kucyka z jego snem? Dopasować cień do postaci? Wszystko to jest tutaj – a w towarzystwie kolorowych, rozbrykanych bohaterów jest także bardzo przyjemne!

 

„My Little Pony: 600 naklejek” to znakomita propozycja dla najmłodszych miłośników Kucyków w sam raz na nadchodzący Dzień Dziecka. Jak widać po powyższym opisie, zawartość jest ciekawa, różnorodna i bardzo, bardzo kolorowa oraz urocza. Wiem, że powtarzam te określenia przy okazji każdej kolejnej mojej opinii dotyczącej kucykowych publikacji, jednak to właśnie one najlepiej oddają charakter całości. Przyjazne i serdeczne postacie oraz ich prezentacja budzą w odbiorcach ciepłe uczucia, a czas spędzony w ich towarzystwie nie jest stracony.

 

Ta książka, jak i pozostałe podobne jej pozycje, dobrze bawi, ale i przez ową zabawę uczy. Nie jakiejś konkretnej wiedzy, ale na pewno logicznego myślenia, kojarzenia i zapamiętywania. A wszystko to w barwnym opracowaniu graficznym i z naklejkami, przydającymi się zarówno do wypełnienia niektórych z zawartych w książce zadań, jak również do ozdobienia różnych powierzchni. Całość więc jak zawsze godna jest polecenia i uwagi. Sięgnijcie więc po nią, bo warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Najlepsza na świecie – Tarako Umeyama

CAŁA KUPA… MIŁOŚCI

 

Oto manga idealna dla dorastających nastoletnich chłopców z burzą hormonów. Znajdą w niej bowiem wszystko to, na co czekają – zaczynając od bohatera takiego, jak oni sami, przez całkiem sporą porcję łagodnej erotyki i jeszcze większą dozę pięknych dziewczyn, na nieskomplikowanym, nieco fekalnym humorze kończąc. A wszystko to podlane duża dozą romantycznych emocji oraz żartami na konflikt na linii brat/siostra czy nawet szerzej rzecz ujmując – wojnę płci.

 

Głównym bohaterem „Najlepszej na świecie” jest czternastoletni gimnazjalista Nobuo Yamaguchi, który nie zaznał jeszcze uczucia miłości. To się jednak szybko zmienia, kiedy poznaje Shinię, miniaturową tajemniczą dziewczynę, która żyje w znajdującej się w łazience państwa Ymaguchi… rolce papieru toaletowego. Shinia jest śliczna, miła, sympatyczna, a przy okazji zupełnie naga, dlatego Nobou robi wszystko byle skończył się papier, a ona sama stanęła przed nim w pełnej krasie. Jednocześnie chłopak nie potrafi się przełamać i podejrzeć pięknej „lokatorki”, a że oboje coś do siebie czują, ich relacje pełne są napięcia, emocji i… nieporozumień. Szczególnie, że dziewczyna, jak na kogoś, kto mieszka w WC przystało, posiada bardzo specyficzny sposób rozumienia niektórych rzeczy…

 

„Najlepsza na świecie” (czy jak miała pierwotnie nazywać się ta historia „Zakochana Regina” – aż szkoda, że tak nie pozostało) to prosta, ale sympatyczna manga oparta na podobnej zasadzie, jak odcinkowe komiksy drukowane w prasie w formie pasków. Praktycznie każda strona tomiku zawiera jedną, dwie krótkie zabawne historyjki, które jednocześnie składają się w większą całość. I to całkiem uroczą, choć przeznaczoną stricte dla facetów. Są więc żarty o kupie, są żarty erotyczne, fizjologiczne, ale jest też ujmująca bohaterka w rolce papieru i sympatyczna świadomość postaci, że nie istnieją naprawdę tylko są tworami mangaki. Dzięki temu nikt nie podważa istnienia Shinii, a Nobou może krzyczeć „Bohater tej mangi przybywa z odsieczą!”.

 

Graficznie „Najlepsza dziewczyna na świecie” jest uproszczona, ciążąca ku cartoonowym klimatom, ale kreska bywa też realistyczna, szczególnie kiedy trzeba ukazać bohaterki w mokrych ciuszkach, bikini czy erotycznych pozach. Oczywiście erotyka, jak na ecchi przystało, jest lekka, niedosadna, łagodna wręcz, a całość to przede wszystkim nietypowa komedia romantyczna, a nie erotyczna.

 

Mangę czyta się lekko i przyjemnie, i z równą przyjemnością ogląda, a lektura oferuje całą… kupę miłości. I humoru. Kto lubi tego typu pozycje i dowcipy oparte na fizjologii, będzie bawił się znakomicie.

 

Manga dostępna tu:

New Avengers: Inne Światy – Jonathan Hickman, Simone Bianchi, Rags Morales

WSZYSTKO UMIERA, WSZYSTKO ŻYJE

 

„Nieskończoność” dobiegła końca, ale nie skończyły się zagrożenia dla całego (wszech)świata. Starcie z rasą budowniczych to był dopiero początek, teraz czekają wyzwania o wiele gorsze. Hickman konsekwentnie rozbudowuje swoją wielką opowieść o wrogach, z jakimi Avengers nie mają najmniejszych szans, stawiając ich dodatkowo w obliczu ciężkich moralnych wyborów. „Inne światy”, kontynuujące wątki z „Nieskończoności” gwarantują znakomitą zabawę wszystkim tym, którym spodobał się ten epicki event.

 

Wszystko umiera. Mister Fantastic zna tę prawdę, jest z nią pogodzony, ale nie może zaakceptować jednego – że tym razem wszystko umiera przedwcześnie. Na różnych Ziemiach dzieje się to samo, nadciąga kolejny kryzys, następne światy stają w obliczu inkursji, a decyzja, który z nich poświęcić znajduje się w rękach niewielkiej grupki wojowników. Iluminaci usiłują rozwiązać tajemnicę nadciągającej zagłady, ale jak zawsze nie są wolni od prywatnych spraw. Czy uda się zażegnać konflikt pomiędzy Czarną Panterą i Namorem? Jaką tajemnicę skrywa Czarny Łabędź? I do jak wielkich poświeceń będą jeszcze zdolni bohaterowie byle tylko oclić swoją planetę?

 

„Avengers” Hickmana (zarówno „zwykła seria”, jak i ta z przedrostkiem „New” – obie zresztą przeplatają się ze sobą) to bardziej jeden wielki event, od czasu do czasu przeplatany kolejnymi wydarzeniami, które mają wpływ na ogół uniwersum Marvela, niż typowa seria komiksowa. Od początku do końca na jej łamach rozgrywa się jedna wielka opowieść, która w ostatecznym rozrachunku odmienia status quo całego świata, jaki stworzyło to wydawnictwo. Dlatego też jeśli czytacie wydawane po polsku eventy (a tych nie da się pominąć, nawet jeśli sięgacie tylko po ulubione komiksy, bo mają na nie znaczący wpływ), przygody Avengers powinny znaleźć się w Waszej kolekcji. Abstrahując jednak od tego, przy to okazji bardzo udany (i złożony) cykl utrzymany w klimatach science fiction.

 

W trzecim tomie różne alternatywne rzeczywistości starają się na swój sposób poradzić sobie z problemem. Dla czytelników najciekawsze jednak jest nie samo to, a fakt możliwości obserwowania odmiennych wersji wydarzeń i postaci. Zmarły w naszej rzeczywistości Xavier na innej Ziemi wciąż ma się dobrze, a Magneto stworzył wreszcie królestwo dla mutantów, a to tylko niektóre z ciekawostek, jakie znajdziecie na stronach albumu. Nie brak też wyniszczającej całe światy akcji, poświęcenia i intrygujących kwestii. Kartografowie? Hebanowy Król? Rabum Alal? Co to wszystko znaczy, kim oni są? Wiadome jest jedno – to, co nadciąga przerasta wszystkich. Konsekwencje będą niewyobrażalne. Aż chce się czytać dalej.

 

Dodatkowo album narysowany został znakomicie. Europejska kreska Bianchiego, czasem prosta, czasem zachwycająca realizmem jest po prostu świetna (a jego okładki to perełki!), Rags Morales też nie radzi sobie źle – jego ilustracje to rzetelna, rzemieślnicza robota. I co więcej mogę tu dodać? Jeśli lubicie dobre komiksy superbohaterskie z głównego nurtu, rozejrzyjcie się wśród nowości za „New Avengers”. Warto, jeśli jesteście fanami Marvela.

My Little Pony. Krótkie opowieści na dobranoc – Marta Jamrógiewicz

KUCYKI NA DOBRANOC

 

Słodycz „My Little Pony” urzekła już miliony widzów i czytelników na całym świecie. I to niezależnie od ich wieku czy płci. Każdy miłośnik tych kolorowych zwierzątek wie, że są one dobre na każdą porę dnia i roku, czemu więc miałby nie być także idealną bajką na dobranoc? Właśnie! Dlatego też powstała taka książka, jak ta, kolorowa, urocza, pełna ilustracji i oferująca krótkie historyjki do opowiadania wieczorową porą.

 

Na samym początku Rarity w końcu spełnia swoje marzenie. Kiedy zwalania się idealny lokal w stolicy, kucyczka wyrusza otworzyć własny butik. Jak jednak ma przyciągnąć klientów? Z kolei innym razem wybiera się na poszukiwanie kamieni szlachetnych, a to zostaje przerwane dziwnym zachowaniem Spike’a. Okazuje się, że jej towarzysz otrzymał wezwanie od Lorda Smoków by przybył do Smokolandii. Spike prosi przyjaciółki by towarzyszyły mu w podróży. A co czeka ich na miejscu? W kolejnej historii w Ponnyvile zaczynają się przygotowania do Siostrzanego Turnieju, a w jeszcze następnej Fluttershy i Applejack zostają wysłane do Las Pegasus – olbrzymiego  jaskrawego centrum rozrywki. Na koniec natomiast Twilight Sparkle i Starlight Glimmer wybierają się z wizytą rodziną do Kryształowego Królestwa. Jednakże w ich wykonaniu nawet coś tak zwyczajnego przeradza się w przygodę, bo kiedy wraz ze Spike’iem docierają do celu, okazuje się, że w okolicy grasuje Podmieniec. Spike, jako bohater Królestwa zostaje włączony do poszukiwań…

 

A to tylko kilka z dwunastu ciepłych i wesołych opowieści, jakie znalazły się na łamach tej bardzo ładnie wydanej książki dla dzieci. Chociaż poszczególne historyjki napisane zostały w sposób prosty, stricte dostosowany do najmłodszych odbiorców, mają swój ewidentny urok. Przygody, w których biorą udział kucyki są takie, jak te znane z serialu czy komiksu. Nie brak więc dowcipów, kucykowych interpretacji znanych nazw czy miejsc, uroku oraz morału. „My Little Pony” tradycyjnie uczy o sile przyjaźni, bliskości i innych, podobnych wartościach, a przede wszystkim dostarcza solidnej porcji rozrywki.

 

Jak na pozycję dla dzieci przystało, całość została bogato i kolorowo zilustrowana. Barwne kucyki wręcz wylewają się ze stron, wszystko jest słodkie, urocze, postacie mają wielkie oczy oraz (tak samo jak świat) obłe kształty. A wszystko to wydrukowane na półkredowym papierze i w dużym formacie. Niemała czcionka natomiast ułatwia samodzielne czytanie dzieciom, a całość bardzo ładnie prezentuje się na półce. Podsumowując, jeśli lubicie „My Little Pony”, koniecznie powinniście poznać ten tytuł. Warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.