Balsamista #1 – Mitsukazu Mihara

ŻYCIE ZE ŚMIERCIĄ

 

„Balsamista” to manga dość nietypowa. Zaczynając od samej tematyki balsamowania zwłok, które w Japonii jest rzeczą rzadko spotykaną, jako że zmarłych poddaje się tam kremacji, a na odmiennej szacie graficznej kończąc, komiks różni się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Poza tym wbrew pozorom stworzona przez Mitsukazu Miharę opowieść to nic innego, jak urocza, lekko naiwna love story ze zmarłymi i ich historiami w tle.

 

Bohaterem „Balsamisty” jest Mamiya Shinjirō, chłopak zajmujący się balsamowaniem zwłok, co nie jest zbyt dobrze widziane w społeczeństwie, które uznaje zupełnie inne rodzaje traktowania zmarłych. Są jednak ludzie pragnący pożegnać się ze swoimi bliskimi, chcący by chociaż jeszcze przez chwilę wyglądali tak, jak za życia. To właśnie zapewni im Shinjirō, przywracając dawny wygląd nawet tym potwornie zmasakrowanym w wypadkach. Śmierć to jego codzienność, ludzkie historie o przerwanym życiu i smutek ich bliskich towarzyszą mu na każdym kroku. Nie przejmuje się szykanami, praca daje mu satysfakcję, ba, traktuje ją wręcz jako swoista misję. Poza kostnicą także nie może narzekać, mając powodzenie wśród płci pięknej, ale specyficzna relacja z Azuki może okazać się dla niego czymś o wiele więcej, niż dotychczasowe związki…

 

Każdy z nas skończy tak samo, nie ważne kim jest. Śmierć stanowi nieodłączny element naszego życia, a każdy z nas radzi sobie z nią na swój własny sposób. Shinjirō łączy w sobie chłód i dystans, skrytość człowieka obcującego na co dzień z tragedią, ze swoistym pragnieniem bliskości żywych, jakby dla zapewnienia przeciwwagi. I na podobnym rozdarciu opiera się ta całkiem udana manga, chociaż po pierwszym rozdziale miałem pewne wątpliwości. Początek był bowiem dość oczywisty, skrojony pod bycie wzruszającym. Potem jednak Mitsukazu Mihara złapała właściwy rytm opowieści i „Balsamista” zaczął wciągać, intrygować i emocjonować. Zresztą spodobał się przecież na tyle, że zdobył tytuł Mangi Roku 2008 w plebiscycie portalu Polter, a to o czymś świadczy.

 

Od strony graficznej losy Mamiyi Shinjirō nie są do końca typowe dla japońskiego komiksu. Chociaż spotykamy i nieskomplikowane dzieła, zazwyczaj rysunki są bardziej dopracowane i urzekają detalami oraz tłami. Tutaj tło prawie nie istnieje, a postacie ujęte zostały w bardzo prosty sposób. Kreska natomiast jest czysta i wyraźna.

 

W skrócie „Balsamista” to ciekawa i całkiem udana manga, która z pewnością spodoba się także czytelnikom nieprzekonanym do japońskich komiksów. Twórcy z kraju kwitnącej wiśni jak zwykle nie zawodzą. Polecam.

 

A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

300 – Frank Miller, Lynn Varley

MISTRZOWSKIE 300

 

O tak! Ileż to lat czekałem na wznowienie tego komiksu i oto wreszcie jest, a polscy czytelnicy, którzy dotychczas  nie zapoznali się z tym legendarnym dziełem, mogą wreszcie nadrobić ten błąd. I niech przy okazji zapomną o filmie, jaki powstał na jego podstawie, bo ten, choć wierny literze pierwowzoru, w najmniejszym stopniu nie dorasta do pięt komiksowi stworzonemu niemal dwadzieścia lat temu przez Franka Millera i Lynn Varley.

 

Rok 480 p.n.e. Sparta. Król Leonidas staje w obliczu niezwykle trudnej decyzji, która może zaważyć na losach jego ojczyzny. Kiedy milionowa – przynajmniej według plotek – armia Perska pod wodzą Kserksesa rusza do boju, chce by Spartanie poddali się, jak wiele innych narodów. Leonidas odmawia jednak, gotów stawić opór przeciwnikom. Ale kiedy kapłani z powodu święta Karneji zabraniają armii wyruszyć na wojnę, Król wraz z zaledwie z liczącą trzystu żołnierzy osobistą gwardią wybiera się „na przechadzkę”. Wie, że już nigdy nie powróci do domu, wie żę nie zobaczy bliskich ani ukochanej, ale wie też, że wbrew pozorom ma szansę powstrzymać perską armię. Istnieje bowiem pewne miejsce zwane Gorącymi Wrotami, gdzie wszelka przewaga liczebna traci na znaczeniu…

 

Trzy nagrody Willa Eisner (dla Najlepszej Serii, Najlepszego Scenarzysty/Rysownika oraz Kolorysty) i dwie Harvey Award (Najlepsza Seria, Najlepszy Kolorysta) oraz 34 miejsce na liście komiksów wszech czasów zdaniem magazynu „Wizard”. „300” Franka Millera to jedno z niepodważalnych arcydzieł komiksu amerykańskiego i zarazem także jedno z największych dokonań Franka Millera, człowieka który wraz z Alanem Moore’em w pamiętnym roku 1986 zrewolucjonizował historie obrazkowe. Bitwa pod Termopilami od zawsze fascynowała autora, swoisty hołd oddał jej już w albumie „Sin City: Krwawa jatka”, zamieszczając tam nawet kadr z Leonidasem, ale najwyraźniej to mu nie wystarczyło. Trzy lata później bowiem stworzył „300”, przyćmiewając znaczną część swoich dokonań. Nic w tym jednak dziwnego – nietypowa, jak na amerykańskie realia opowieść o Spartanach stających do walki z przeważającą ich armią perską to prawdziwe mistrzostwo, zarówno jeśli chodzi o zwięzły bardzo scenariusz, jak i absolutnie urzekające plansze.

 

Fabuła jest z założenia prosta. Wszyscy wiemy, jak się ona skończy, dlatego też Miller dużą wagę przyłożył do mniej istotnych kwestii i detali. Wprowadza na scenę na przykład zdeformowanego Spartana, zagłębia w drastyczne szczegóły selekcji noworodków, czy ukazuje grzechy i sprzedajność kapłanów. Przede wszystkim jednak skupia swoją uwagę na mentalności żołnierzy, dla których uczucia to słabość, jakiej nie mogą okazywać nawet najbliższym. Oczywiście, jak na Millera przystało, nie brakuje tutaj akcji, krwawych pojedynków a nawet nuty erotyki i czarnego humoru.

 

A wszystko to zostało wprost przepięknie zilustrowane. Rysunki podobne do tego, co autor pokazał w swoim opus magnum „Sin City” otrzymały tutaj delikatny, wyważony i nastrojowy kolor nałożony przez ówczesną żoną Millera, Lynn Varley. Kadry, a właściwie duże, poziome plansze, robią wielkie wrażenie. Czasem brudne, czasem dynamiczne w typowym bardziej dla filmów, niż komiksów stylu… Coś pięknego.

 

Kiedy miałem kilkanaście lat, zakochałem się w twórczości Millera, najpierw dzięki fragmentom „Sin City” publikowanym w „Świecie Komiksu”, a potem pełnoprawnym albumom. Te uczucia powróciły do mnie, kiedy czytałem „300” i przypomniały mi za co tak uwielbiałem autora. Dlatego też polecam Wam gorąco niniejszy, pięknie wydany album. Każdy, kto ceni komiksy będzie zachwycony.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Pluto, tom 3 – Osamu Tezuka, Naoki Urasawa

ATOM, URAN I KR

 

Japończycy to dopiero mają talent! Nikt tak jak oni nie potrafi robić horrorów, czy to filmowych czy komiksowych, i nikt także tak jak oni nie jest w stanie zrobić komiksów SF. „The Ghost in the Shell”, „Akira”… „Atom” Osamu Tezuki to prawdziwa legenda, która śmiało może stanąć obok tych kultowych dzieł choćby tylko ze względu na swój status. Podobnie można powiedzieć o rewelacyjnym remake’u „Atoma”, „Pluto”, jednej z najlepszych mang SF jakie miałem okazję czytać w swoim życiu.

 

Główną osią, wokół której obraca się „Pluto” jest seria „zabójstw” robotów. Ktoś zniszczył je z niezwykłą siłą, jakiej nie miał prawa posiadać. Jednocześnie w podobny sposób giną ludzie związani z obroną praw robotów. Kto zabija? Dlaczego? I czy robot może zabić człowieka wbrew prawom robotyki? Na tle tych wydarzeń zbiegają się losy wielu postaci, w tym Atoma i jego siostry Uran – zaawansowanych dziecięcych androidów, które zdają się posiadać uczucia. Tym razem na scenę wkraczają także nowe postacie, w tym nienawidzący maszyn Adolf, który po odkryciu, że jego brat zginął z ręki robota właśnie, postanawia unicestwić jego mordercę, a tym najprawdopodobniej jest nie kto inny, jak policjant Gesicht. Tymczasem w parku centralnym, w okolicy którego widziano tornado, jakie towarzyszyło „zabójstwom” robotów, pojawia się coś dziwnego…

 

Nie czytałem pierwowzoru Osamu Tezuki, nie mam się więc jak do niego odnieść, ale w tym przypadku nie ma to znaczenia. Manga Naokiego Urasawy to dzieło zachwycające pod każdym względem. O ile znane mi dzieła Tezuki, ojca mangi, cechowała prostota, o tyle „Pluto” jest komiksem realistycznym, głębokim i skomplikowanym. A jednocześnie posiada pewną bajkowość, połączoną z grozą i często dość krwawymi scenami akcji. Wszystkie te elementy zebrane razem dają naprawdę wspaniały scenariusz, który chłonie się z zainteresowaniem i ochotą na więcej.

 

Trzeci tom wyjaśnia kilka rzeczy na temat samego Pluto, widzimy go nawet, ale jednocześnie wciąż pozostają pytania czekające na odpowiedzi, a także pojawiają się kolejne – w tym wiele takich, które skłaniają do zastanowienia. Urasawa z prostej historii o Pinokio w wersji SF czyni zaangażowaną i przemyślaną futurystyczną opowieść detektywistyczną na miarę Asimova. Najciekawszym nowym wątkiem, jaki pojawia się na łamach trzeciego tomu, staje się organizacja KR, swoisty Ku Klux Klan, który całą swoją nienawiść ukierunkował na roboty. Ich działania, a także historia Adolfa wspominającego ojca, brata i problemy z maszynami, potrafią poruszyć, a przy okazji ukazują także inną stronę egzystencji ludzi i robotów.

 

Całość została absolutnie rewelacyjnie zilustrowana, a poszczególne kadry – szczególnie te pokazujące park centralny – to mistrzostwo. Ich realizm i oddanie detali po prostu zachwycają i sprawiają, że chce się je oglądać raz po raz. Coś wspaniałego.

 

Dlatego bez zbędnego przedłużania polecam bardzo gorąco. „Pluto” to jedna z tych mang, które wciągają w swój świat, nie chcąc wypuścić z niego choćby na chwilę i aż proszą się by wracać do nich raz po raz. Jeśli nie czytaliście, nadróbcie koniecznie ten błąd.

 

A na koniec dziękuje wydawnictwu Hanami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Sisters #6: Zakochana sister – Christophe Cazenove, William Maury

SIOSTRY I… CHŁOPAKI!

 

Tak, tak w życiu naszych szalonych sióstr dochodzi do wielkich zmian. Ale czy to rzeczywiście będą zmiany aż tak wielkie? Jedno pozostaje pewne: Wendy i Marine nikomu nie pozwolą się nudzić. Ani sobie nawzajem, ani chłopakom, którzy pojawiają się w ich życiu, ani tym bardziej czytelnikom!

 

Wendy i Marine, to siostry dzielone przez niewielką, ale zawsze przepaść wieku. Różni je więc bardzo wiele, od zainteresowań, po podejście do codziennych spraw i rozumienie otaczającego je świata. Jest jednak jedna rzecz, która je łączy – uwielbienie w płataniu sobie nawzajem psot. Kiedy Wendy znajduje sobie chłopaka o imieniu Maksencjusz, zaczyna udawać, że to nikt więcej, jak kolega. A że odprowadza ją po szkole do domu? Cóż, przecież nie można chodzić samotnie, prawda? Marine bierze więc z niej przykład i… Nikt nie mówił, że chłopak musi Cię odprowadzać do domu dobrowolnie? Gorzej, jak to jego nie będzie miał kto odprowadzić! A to jedynie część z wielu przezabawnych sytuacji, jakie stają się udziałem sióstr!

 

Zabawa więc jak zwykle jest przednia. I potrafi rozweselić w ponury dzień. Bo jak tu nie uśmiechnąć się, kiedy spełnieniem marzeń o idealnym facecie (czułym, słodkim, zabawnym i mówiącym po kilka razy dziennie Kocham Cię) okazuje się (przynajmniej zdaniem Marine) powtarzający te właśnie słowa pluszowy miś przyozdobiony napisem „czuły słodziak”? Albo kiedy młodsza z dziewczyn dochodzi do wniosku, że jej siostra tyle przesiaduje przed lustrem bo… nie, to jednak musicie sami przeczytać! A jeśli się na to zdecydujecie, na pewno nie będziecie żałować, nie ważne czy macie starsze/młodsze rodzeństwo, czy też jesteście jedynakami. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, wystarczy że ma ochotę się pośmiać i lubi współczesne europejskie komiksy.

 

Seria „Sisters” posiada jednak pewien element, który bawi odbiorców w równej mierze co krótkie, jednostronicowe humoreski z życia bohaterek. Element dostarczający całego mnóstwa zabawy przede wszystkim starszym odbiorcom. A są nim oczywiście odniesienie do znanych dzieł i popkultury widoczne w tle. Odnajdowanie ich staje się dodatkową przyjemnością i dostarcza wiele radości. Warto także wspomnieć kilka słów o rysunkach. Te bowiem, choć nowoczesne i wzbogacone o komputerowo kładziony kolor, zachowały w sobie dużo z francuskiej klasyki. Mi osobiście nieodzownie kojarzą się z inną humorystyczną serią, z tym że skierowaną do chłopców – „Titeufem”. Co warto wspomnieć na poziomie scenariusza „Sisters” przypomina jeszcze jeden chłopięcy cykl, „Kida Paddle”. Oba tytuły są od dawna pozycjami kultowymi, ale losy Wendy i Marine można śmiało postawić na półce obok nich.

 

Dlatego też jeśli lubicie lekkie, zabawne, niezobowiązujące komiksy familijne, „Sisters” to tytuł dla Was. Nie wahajcie się zatem i sięgnijcie po niego. Dobrze jest się czasem trochę pośmiać.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

T2 Trainspotting (Porno) – Irvine Welsh

PORNO NA TORACH

 

It seems no one can help me now

I’m in too deep

There’s no way out

This time I have really led myself astray

 

Runaway train never going back

Wrong way on a one way track

Seems like I should be getting somewhere

Somehow I’m neither here nor there

Soul Asylum

 

„Trainspotting” to dzieło kultowe. Mowa tu zarówno o wydanej w 1993 roku autobiograficznej powieść Irvine’a Welsha, jak również jej filmowej adaptacji, która pojawiła się trzy lata później. Powstanie ciągu dalszego było więc kwestią czasu. Sam autor do swoich bohaterów powracał zresztą dwukrotnie, a plotki o drugim filmie krążyły od lat. Teraz wreszcie nadszedł ten moment. Renton i spółka znów trafiają na kinowe ekrany, a wydawnictwo Burda postanowiło przypomnieć nam z tej okazji powieść, która po części stanowi kanwę ich nowych przygód. I dobrze się stało, bo „T2”, czy jak chce tego wcześniejszy tytuł pod jakim wydano książkę, „Porno”, to solidny kawał mocnej, odpychającej i podszytej czarnym humorem opowieści, gdzie tematyka z nizin zarówno społecznych, jak i literackich, wkracza na ambitne tereny „wyższej półki”.

 

Sick Boyowi (Choremu) nie wyszło. Co dokładnie? Właściwie wszystko. Nie wyszło mu bycie alfonsem ani kombinatorem, ani nawet bycie porządnym czy to biznesmenem, czy też ojcem i mężem. Wraca więc do Edynburga, zająć się odziedziczonym pubem. Wkrótce jednak decyduje się wejść w nowy biznes, a dokładniej kręcenie filmu porno. Do ekipy angażuje starych kumpli ćpunów, którzy przez minione lata spróbowali się zmienić. Łączy nawet siły z Markiem Rentonem, który niegdyś uciekł z ich pieniędzmi, a obecnie jest współwłaścicielem dobrze prosperującego klubu w Amsterdamie. Ich szeregi zasila także nimfomanka Nikki, ale nie brakuje problemów. Jednym z nich są oczywiście potrzebne pieniądze, drugim Begbie, który wychodzi z więzienia. A na tym nie koniec…

 

Trainspotting to hobby polegające na oglądaniu przejeżdżających pociągów. Konkretny model lokomotywy, konkretny numer – miłośnicy obserwują je, nagrywają, spisują… Mnóstwo ludzi uważa tę pasję za bezsens. Nic zatem dziwnego, że słowo to stało się również synonimem nie niosących nic ze sobą czynności. To jego znaczenie, w połączeniu ze sceną rozgrywającą się na nieczynnej stacji (która w filmowej adaptacji się nie znalazła) stało się poniekąd motywem przewodnim „Trainspottingu” i nie zniknęło także w drugiej części. Bohaterowie, jakby nie wyciągnęli wcale wniosków z popełnionych błędów, wciąż wikłają się w kolejne głupoty. Minęły lata, zmieniło się wiele, ale Renton i spółka pozostali tymi samymi chłopakami na kacu, których poznaliśmy przed laty. I fakt ten cieszy, szczególnie że jednocześnie mamy okazję zobaczyć wiele zmian, jakie zaszły w ich życiu.

 

„T2” to książka znakomita, ale pamiętajmy, że nie dla wszystkich. Irvine Welsh, jeden z literackich enfant terrible, pisze językiem slangowym, często wręcz rynsztokowym, pełnym wulgaryzmów i przekleństw, stroniąc od politycznej poprawności. A zarazem wszystko co przedstawia jest plastyczne, pokazujące kunszt i talent autora. Mocne? Kontrowersyjne? Tak, ale przy tym wcale nie puste. „Trainspotting” ma swoje przesłanie, ma również głębię i uderzający realizm. Szok stosuje jako metodę, nie cel, a brak poszanowania dla jakże nużącej politycznej poprawności staje się ożywczym powiewem, tym cenniejszym w dzisiejszym świecie.

 

Do tego, co bardzo ważne, Welsh czyniąc z każdej postaci narratora rozdziałów jej poświęconych, zdołał wyposażyć je indywidualne cechy – także te językowe. Tłumacz stanął więc przed nie lada zadaniem. W końcu autor posługuje się nie tylko slangiem, ale też i odmianami języka angielskiego charakterystycznymi dla danych miejsc, które zapisując fonetycznie oddał z niezwykłą starannością. Uchwycić tego w polskim przekładzie nie sposób, nie mniej Jarosław Rybski zrobił co mógł i wyszło mu to znakomicie (choć nadal zgrzytam zębami na tłumaczenie pseudonimów bohaterów).

 

Podsumowując: polecam gorąco. Irvine Welsh to autor nietuzinkowy, ciekawy, odważny i wart poznania, a jego „Trainspotting” to powieść, którą po prostu znać wypada. Nie wiem, co wyjdzie z filmowej adaptacji tego tomu losów Rentona i spółki (zwiastun wygląda ciekawie, ale jakże różnie od treści pierwowzoru), ale „T2” to rewelacyjna powieść. Nie wahajcie się zatem i wejdzie w ten brudny, odpychający, ale jakże przy tym pociągający świat.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Burda za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sztukater – współpraca

Pół roku minęło już dawno, niedługo stuknie rok, nie mi oczywiście, lat na karku mam trochę więcej, ale mojej współpracy z portalem Sztukater. Pojawia się więc dobra okazja by zacząć podsumowywać ten przyjemnie i owocnie spędzony czas. Przez dobrych dziewięć miesięcy zrecenzowałem dla portalu kilkadziesiąt pozycji, zarówno książek, komiksów, audiobooków, jak i gier. Spoglądając na to z perspektywy czasu muszę powiedzieć jedno: było warto. Jest warto. I cieszę się, że należę do tej ekipy. Dzięki Sztukaterowi mogłem zrecenzować wiele absolutnie zachwycających tytułów (nawet stanowiących spełnienie czytelniczych marzeń – ach ten „Batman: Mroczne zwycięstwo”!!!) i mam nadzieję na więcej :D a poniżej zamieszczam pierwszą porcję linków do recenzji tytułów, które dały mi najwięcej radości. (p.s. jeśli chcielibyście dołączyć, a zaręczam, że warto – rzućcie okiem na Rekrutację i piszcie:
https://sztukater.pl/redakcja/item/18667-rekrutacja-nabor-poszukiwania-nowych-wspolpracownikow-portalu-sztukater-pl.html

Michał Lipka

W roku 1986 Frank Miller zrewolucjonizował opowieści o Batmanie publikując „Powrót Mrocznego Rycerza” – opowieść o Brusie Wayne’ie, który musi wrócić ze swoistej emerytury, żeby raz jeszcze pomóc Gotham uporać się z falą przemocy. Niedługo potem stworzył „Rok pierwszy”, na nowo opowiadając genezę i początki tej postaci. W wykreowanym przez siebie uniwersum zaprezentował jeszcze kilka innych komiksów („Mroczny Rycerz Kontratakuje”, „All Star Batman & Robin: Cudowny chłopiec”, „Spawn/Batman” czy wydawany obecnie „DK III: Master Race”) nie mniej jednak większość z tych opowieści nie była już udana. Po co wspominam to wszystko? Bo w 1993 roku duet JephLoeb i Tim Sale zaprezentował pierwszą z opowieści o Batmanie dziejącą się właśnie w tym świecie, która dała początek dylogii „Długie Halloween”/”Mroczne zwycięstwo” – jednemu z najlepszych komiksów w historii tego medium.


https://sztukater.pl/komiksy/item/14376-batman-dark-victory.html?highlight=WyJiYXRtYW4iXQ==

„Władca Pierścieni” Johna Ronalda Reuela Tolkiena to światowy fenomen i kultowe dzieło, które od ponad sześćdziesięciu lat (a jeśli spojrzeć dalej, ku początkowi tej opowieści w postaci „Hobbita”, od blisko ośmiu dekad) rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń czytelników. I widzów, odkąd przed piętnastoma laty Peter Jackson przeniósł na kinowe ekrany historię pierścienia władzy i dzielnego Frodo, który z pomocą przyjaciół musi położyć kres tyrani złego Saurona. Przez ten czas ukazało się wiele publikacji związanych z serią, poczynając od książek samego autora, przez notatki i fragmenty publikowane pośmiertnie, po całą gamę dodatków – tak książkowych (analizy, uzupełnienia, albumy, inspiracje), jak również reprezentujących wszelkie możliwe media (komiksy, gry, gadżety). Nie zabrakło więc wśród nich także kolorowanek, jedną nawet mieliśmy po polsku, ale była to publikacja nieoficjalna, choć po części udana. Teraz jednak do rąk dostajemy rzecz konkretną, sygnowaną przez wytwórnię filmową i na filmach opartą. Jak prezentuje się w środku?


https://sztukater.pl/ksiazki/item/19685-lord-of-the-ring-colouring-book.html?highlight=WyJ0aGUiLCIndGhlIiwibG9yZCIsIm9mIiwidGhlIGxvcmQiLCJ0aGUgbG9yZCBvZiIsImxvcmQgb2YiXQ==

W dobie cyfryzacji, w czasach, w których słowo „gra” z automatu poniekąd kojarzy się z komputerową rozrywką, świat tym bardziej potrzebuje atrakcyjnych gier karcianych i planszowych. Gier, które wymagają interakcji z innymi osobami i to nie tylko ograniczonych do przypadkowych spotkań podczas szukania Pokémonów. A przy okazji mogą zainteresować czymś więcej, na przykład… najnowszą historią Polski.


https://sztukater.pl/gry/item/19170-pan-tu-nie-stal-cinkciarz.html

Deadpool: Wyzwanie Drakuli – Reilly Brown, Gerry Duggan, Brian Posehn, Scott Koblish

DEADPOOL, BLADY… BLADE ZNACZY I… WIEDŹMIN?

 

Po pierwszym tomie klasycznych komiksów z Deadpoolem nadszedł dla mnie czas na „Wyzwanie Draculi”. Przyznam się, że na ten album czekałem nawet, kiedy postać Wade’a Wilsona omijałem szerokim łukiem. Dlaczego? Klimaty grozy, czy to klasyczne czy ujęte w parodystyczne ramy uwielbiam, a gościnnie występującego w tym tomie Blade’a darzę sporym sentymentem. I muszę przyznać, że jestem jak najbardziej pozytywnie zaskoczony. Dużo czarnego, dalekiego od politycznej poprawności Marvela humoru dosłownie wylewającego się ze stron wraz z krwią, mnóstwo cameo znanych postaci, nie tylko z horrorów, a wreszcie wyglądający jak nasz rodzimy Wiesiek, Wiedźmin znaczy, Dracula. Czy można tego nie polubić?

 

Pewnie znajdą się i tacy, ale „Wyzwanie Draculi” to naprawdę znakomity komiks humorystyczny, żartujący właściwie z każdej konwencji, w jakiej się porusza. Przebywający w Londynie Deadpool (akcja ocalenia dziewczyny wyszła całkiem nieźle, ale niewiasta zamiast oddać się naszemu bohaterowi wolała uciec z wrzaskiem na widok jego twarzy) zostaje zmolestowany przez… nie, nie, nie członka Wham… a właściwie to nie zmolestowany… Nawet nie zaatakowany. Ale przez wampira. Rusza więc za nim wykończyć go, w końcu dopada… Wprawdzie posłańca się nie zabija, skąd miał jednak wiedzieć, że krwiopijca chciał mu jedynie przekazać wiadomość? Tak czy inaczej Deadpool dociera do swojego nowego zleceniodawcy, którym jest nie kto inny, jak sam Dracula. Czegóż ten legendarny wampir może od niego chcieć? Sprawa jest dość prosta: Dracula się żeni, a ślub ów zjednoczy świat potworów, zakończy trwający od wieków konflikt i takie tam bla, bla, bla. Nie każdy jednak chce pokoju, dlatego Dedpool musi dostarczyć wybrankę wampira całą i zdrową, by ceremonia mogła się w końcu odbyć…

 

Co z tego wyniknie, jeśli znacie przygody antybohatera w czerwonym kostiumie, na pewno już wiecie: dużo krwawej, ale zabawnej akcji, pełnej legendarnych stworów (minotaur na motorynce!), nieustających gagów i bohaterów, którzy są w pełni świadomi tego, że wcale nie istnieją naprawdę. No, może nie wszyscy z nich, ale ktoś musi się z tego schematu wyłamać, prawda? Całość została na dodatek przesycona filmowymi odwołaniami, które widoczne są na każdym kroku, weźmy choćby tytuły kolejnych rozdziałów („Amerykański najemnik w Londynie”, „Wilkołak z londyńskiego sąsiedztwa” czy „Deadpool i świątynia ogłady”) albo otwierającą główną akcję albumu piosenkę utrzymaną w bondowskim klimacie („Z nim randka to pół kasa/Byś rzekł, że kawał to… jest asa”). Czyta się to wprost znakomicie, co w dużej mierze zawdzięczamy współscenarzyście, a z zawodu komikowi, Brianowi Posehnowi i jego gagom. Fabuła to właściwie pretekst służący do przedstawiania kolejnych żartów, ale o dziwo pretekst naprawdę dobrze skonstruowany. Nie ma tu nudy, nie ma wrażenia wysilenia i nie ma także żenady, chociaż humor tutaj przedstawiony mógł ją przecież zagwarantować.

 

Udane także są ilustracje. Wprawdzie komiks powstał jako publikacja internetowa, wzbogacona o pewną interaktywność, której papierowa wersja posiadać nie będzie, ale w odróżnieniu od np. „Spider-Mana”, ilustracje nie są uproszczone ani nie sprawiają wrażenia robionych na szybko. Czasem bohaterowie są kopiowani do kolejnych kadrów, ale to już urok cyfrowego pierwowzoru. Najważniejsze, że nie ma tutaj wpadek, a całość prezentuje się przyjemnie dla oka.

 

Podsumowując fani Deadpoola dostaną to, czego oczekują. Natomiast nowi czytelnicy, którzy chcieliby zacząć od tej opowieści, śmiało mogą to zrobić i dobrze się bawić, bo chociaż wydarzenie w niej przedstawione mają wpływ na kolejne zeszyty serii, „Wyzwanie Draculi” bardzo dobrze sprawdza się jako samodzielny album. Polecam zatem.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Saga Winlandzka, tom 1 – Makoto Yukimura

JAPOŃSCY WIKINGOWIE

 

Kiedy hasło „wikingowie” pada w kontekście komiksu, czytelnicy, przynajmniej ci polscy, od razu myślą „Thorgal”. Ja osobiście do zwolenników tej serii nie należę, albumy które naprawdę mi się podobały czy też zachwyciły mogę policzyć zaledwie na palcach jednej ręki. Natomiast muszę przyznać, że „Saga Winlandzka” to manga, która zaskoczyła mnie pozytywnie, łącząca fakty historyczne i przygodowe klimaty z typowym dla Japończyków podejściem do formy opowieści graficznych.

 

Gdy wojska Franków toczą bój o znajdującą się nad jeziorem fortyfikację, pojawiają się oni. Jedni nazywają ich Normanami, inni Danami, jeszcze inni Rusinami, ale historia na zawsze zapamięta ich jako wikingów. Przybywają z ofertą – pomogą przejąć niezdobytą twierdzę w zamian za połowę skarbów. Dowódca przyjmuje propozycję, nie zamierzając się jednak z niej wywiązać. Jakie więc jest jego zaskoczenie, kiedy w zdobytym skarbcu nie znajdują nic, a tymczasem wikingowie odpływają ze skarbami. Tak zaczyna się opowieść o ponurym i tajemniczym Thorfinnie, młodzieńcu potrafiącym walczyć, jak niemal nikt inny z ludzi Askeladda. Nie zależy mu na skarbach, nie chce sławy, cel ma jeden: stoczyć pojedynek z Askeladdem, który zamordował jego ojca, o czym ten zresztą doskonale wie i obiecuje mu starcie, jeśli ten przyniesie głowę dowódcy twierdzy. Co jednak sprawiło, że znalazł się wśród jego podwładnych? Czemu wykonuje jego rozkazy? I do czego to wszystko doprowadzi?

 

„Saga Winalandzka” to naprawdę udana, dynamicznie poprowadzona i ciekawie napisana manga, która zabiera nas w świat wikingów. Owszem, początkowo typowo mangowo rysowni Normanowie może nie do końca wyglądają na tych, kim być powinni (zarośniętych, samczych wojów), ale wrażenie to mija dość szybko, a wciągnięty w przygodową fabułę czytelnik nie może oderwać się od lektury. Treść i poprowadzenie akcji także są typowe dla Japończyków, na stronach nie brakuje więc walk, całkiem krwawych zresztą, popisów pokazujących do czego zdolne jest ludzkie ciało, a także humoru. Powyższe elementy zmiksowano razem z faktami i postaciami historycznymi w bardzo ciekawą i wręcz smakowitą mieszankę, która spodoba się z pewnością także niejednemu przeciwnikowi mangi.

 

 

Całość, jak przyzwyczaili nas Japończycy, narysowana została po prostu znakomicie. Proste ujęcie postaci, znakomita, często rozbrajającą mimika i urzekająco realistyczne tła przykuwają. Do tego mamy porcję kolorowych stron, kilka dodatków, a także warte wspomnienia wydanie. „Saga Winlandzka” liczy sobie bowiem ponad 450 stron, łącząc w jedno pierwsze dwa tomy mangi i zapewnia solidną porcję bardzo dobrej zabawy.

 

W skrócie: znakomity komiks. Nie tylko dla fanów gatunku czy mangi. Polecam zatem gorąco.

 

A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Deadpool Classic, tom 1 – Fabian Nicieza, Rob Liefeld, Mark Weid, Joe Kelly, Joe Madureira, Ian Churchill, Lee Weeks, Ed McGuinness, Ken Lashley

ŚMIERCI PULA U DEADPOOLA

 

Chociaż Deadpool powstał jako odpowiedź na postać Deathstroke’a z wydawnictwa DC, zawsze miałem go za niewydarzoną kopię Lobo. Z kim innym bowiem może kojarzyć się psychopatyczny morderca do wynajęcia, który potrafi się regenerować, nie umiera, a przy okazji jego przygody, choć krwawe, dalekie są od tonacji na serio? Właśnie. Nie przepadałem za nim, kiedy gościnnie pojawiał się na łamach „Amazing Spdier-Mana”, po samodzielne przygody także nie sięgałem. Ale klasyka? To znać wypada. I muszę przyznać, że ten olschoolowy Deadpool to naprawdę bardzo dobra komiksowa robota, utrzymana w typowym dla lat 90. XX wieku klimacie, po którą sięgnąć powinni także ci mający alergię na tę postać.

 

Kiedy poznajemy Deadpoola, na zlecenie Tollivera ma zabić Cable’a. Zjawia się więc w bunkrze New Mutants, zaczyna walkę i… przegrywa. Wyszczekany, niemal niezniszczalny antybohater, który był jednym z eksperymentów Broni X przegrywa! Ale to dopiero początek. Jakiś czas potem w rozdartym wojną Sarajewie Deadpool staje do walki z polującymi na niego najemnikami. Po śmierci Tolliera, za zabicie którego jedni oskarżają Cable’a, a inni naszego antyherosa, pojawiła się plotka o tajnym testamencie. Nikt nigdy nie widział go na oczy, ale każdy wie, że mówi on jasno – zwycięzca zgarnia łupy. Dlatego też każdy poluje na każdego, a właściwie każdego, kto kiedykolwiek pracował z Tolliverem. Deadpool w zabijaniu ma niemało zabawy, ale kiedy na horyzoncie pojawiają się tacy przeciwnicy, jak również pochodzący z Broni X Kane, czy Juggernaut, zabawa może być nieco ciężka, szczególnie jeśli chce się jednocześnie dowiedzieć prawdy o Vanessie…

 

Jeśli czytaliście współczesne komiksy z Deadpoolem, czy to wydawane w ramach Marvel Now, czy też WKKM, musicie wiedzieć, że ten, jaki debiutował ponad ćwierć wieku temu, to postaci zupełnie inna. Nie jest tak gadatliwy, nie jest też tak cięty, mniej w nim humoru, a jego przygody stanowią kwintesencję tego, co w latach 90. ubiegłego wieku oferował Marvel. „Deadpool Classic” jest więc nieco naiwny, przerysowany i pod każdym względem przypomina kino akcji klasy B. Dzieje się w nim dużo, nie zawsze z sensem, ale ma to swój niesamowity urok. Oldschoolowy urok dawnych, infantylnych, ale wciąż pociągających komiksów – szczególnie dla pokolenia czytelników wychowanych na zeszytówkach od TM-Semic.

 

W pierwszym tomie „Deadpool Classic” znalazło się dziesięć zeszytów prezentujących cztery fabuły z tytułowym antybohaterem. Pierwszy z zebranych tu komiksów przedstawia jego debiut na łamach „The New Mutants”, kolejny, „Goniąc w kółko” to pierwsza miniseria z jego przygodami, potem mamy jej bezpośrednią kontynuację „Grzechy przeszłości”, a wreszcie pierwszy numer regularnej serii z Deapoolem. W skrócie – dla fanów postaci to pozycja absolutnie obowiązkowa, w kompleksowy sposób przedstawiająca najistotniejsze publikacje z początków kariery postaci.

 

Do tego oczywiście dochodzą znakomite rysunki. Bo chociaż o pisanych przez Liefelda fabułach można powiedzieć niejedno krytyczne słowo, to jego ilustracje (a także grafiki w wykonaniu Churchilla, Weeksa, czy Madureiry) przypominają to, co w latach 90. Marvel miał najlepszego. Kreska przypomina tutaj dokonania Todda McFarlane’a, pełna detali, ale i prostoty, wpada w oko, a we mnie dodatkowo budzi sentyment. W końcu na podobnie rysowanych komiksach z TM-Semic się wychowałem. I jakie one wtedy robiły wrażenie.

 

Polecam zatem gorąco. „Deadpool Classic” to świetny (i świetnie wydany) album dla miłośników postaci, ale też i X-Menów oraz Spider-Mana (tytułowy antybohater w pewnym stopniu wzorowany był także na Pajęczaku, co widać wyraźnie choćby w rzucanych przez niego żartach). Fani komiksów Marvela będą więc usatysfakcjonowani.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szwadrony śmierci Hitlera. Einsatzgruppen i logika masowej zbrodni – Helmut Langerbein

MASOWI MORDERCY HITLERA

 

Każdy, kto interesuje się zbrodniami hitlerowskimi na pewno słyszał o Einsatzgruppen i masowych mordach, jakich dokonywali ich członkowie często wbrew sobie, ale wcale nie z mniejszym zapałem. Ich ofiary liczy się w setkach tysięcy, ich okrucieństwo przeraża po dziś dzień, ale co tak naprawdę o nich wiemy? Helmut Langerbein nie tylko przybliża nam dzieje szwadronów śmierci Hitlera, ale przede wszystkim zagłębia się w ich działania i mechanizmy, starając się wyjaśnić to, co dla nas wydaje się rzeczą niepojętą.

 

Czym było Einsatzgruppen? Grupami operacyjnymi hitlerowskiej policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa, które działały w wielu krajach Europy, jednakże do historii przeszło przede wszystkim ludobójstwo, jakiego dopuściły się na terenach ZSRR w latach 1941-1942. To za nie właśnie byli sądzeni ich członkowie przez Amerykański Trybunał Wojskowy w Norymberdze, jednakże zarazem to jedynie część ich działań. Cześć prawdziwego okrucieństwa, do którego byli zdolni i część ich wstrząsającej historii. Ale dlaczego właściwie robili to wszystko? Dlaczego wykonywali rozkazy, które wzbudzały w nich odraz i którym się sprzeciwiali? Dlaczego sami chcieli je wypełniać mimo tych odczuć? I dlaczego posuwali się o wiele dalej, niż zdawało się to wynikać z ich obowiązków? Czy hasło „wojna” może choćby w najmniejszym stopniu stanowić wytłumaczenie szalonej spirali makabrycznego bestialstwa?

 

Do odpowiedzi na te pytania stara się dotrzeć niemiecki historyk Helmut Langerbein, który analizując fakty, akta personalne i materiały procesowe, podejmuje próbę jak najdokładniejszego odtworzenia historii Einsatzgruppen. Próbę jak najbardziej udaną, bowiem jego „Szwadrony śmierci Hitlera” to książka ciekawa, wciągająca, ale też i przerażająca. Tak to już jednak bywa, kiedy sięga się po podobne tytuły – trzeba być gotowym na pewną dozę szoku. Także pod względem „widoków”, w książce nie zabrakło bowiem ilustracji obrazujących zbrodnie Einsatzgruppen. Nie jest ich wiele, nie mniej co wrażliwsi powinni o tym fakcie pamiętać.

 

Poza tym dzieło Langerbeina to po prostu bardzo dobrze napisana książka historyczna. Temat drugiej wojny światowej jest tematem nośnym, często i chętnie wykorzystywanym, ale wciąż potrzebnym. Dobre wykonanie może zachęcić do kolejnych pozycji, a „Szwadrony śmierci Hitlera”, jak również podobne tytuły z oferty wydawnictwa Replika, znakomicie spełniają swoją rolę. Jeśli zatem ta tematyka leży w sferze Waszych zainteresowań, na pewno się nie zawiedziecie. Świetna, treściwa i szczegółowa książka. Polecam.

 

A wydawnictwu Replika składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.