Do Adolfów #1 – Osamu Tezuka

TRZECH ADOLFÓW I ŚMIERĆ

 

Manga rozliczeniowa to gatunek nieczęsto spotykany. Któż jednak lepiej nadawałby się do stworzenia takiego właśnie komiksu niż sam ojciec mangi, Osamu Tezuka? Chyba nikt, co dobitnie widać po „Do Adolfów”, przejmującej, przerażającej i hipnotyzującej powieści graficznej, która nie pozostawi żadnego czytelnika obojętnym wobec tego, co dzieje się na jej łamach.

 

Rok 1936. Na Olimpiadę do Berlina przyjeżdża japoński dziennikarz Sohei Toge. Sprawy służbowe stanowią jednak dobrą okazję do spotkania ze studiującym w Niemczech młodszym bratem, Isao, który na dodatek chce mu przekazać coś ważnego. Co takiego? Isao wszedł w posiadanie informacji, które – jeśli tylko zostaną opublikowane – doprowadzą do utraty poparcia przez Hitlera, a także rozwiązania partii nazistowskiej. Niestety z powodu zawodów Sohei spóźnia się na spotkanie i znajduje brata zamordowanego. Ciało szybko zbiera policja, a dziennikarz trafia w sam środek wydarzeń, jakby żywcem wyjętych z „Procesu” Kafki. Zmowa milczenia, ukrywanie dowodów i zacieranie wszelkich śladów to jednak zaledwie początek. Sohei nie jest w stanie uzyskać pomocy nawet od własnego kraju, a działające w Niemczech służby mogą zagrażać także jego życiu…

Tymczasem w Japonii przyjaźń łączy dwóch niemieckich chłopców o tym samym imieniu. Adolf Kaufmann i Adolf Kamil pochodzą wprawdzie z zupełnie różnych światów, jednak znajdują wspólny język. Ojciec Kaufmanna, nazista ożeniony z Japonką jest przeciwny znajomości syna, bowiem Kamil jest dzieckiem żydowskiego piekarza. Dla chłopców nastaje czas ciężkiej próby przyjaźni, charakterów i poglądów…

„Do Adolfów” to dzieło imponujące pod każdym względem. Zaczynając od tematyki, którą podejmuje, przez wykonanie i ambicje, po rozmach całości – Osamu Tezuka stworzył coś pięknego. Przerażającego, ale pięknego, w podobny sposób co „Maus” zacierającego granice pomiędzy komiksową rozrywką, a literaturą wyższą. Pierwszy tom tej opowieści robi wielkie wrażenie już samym wydaniem – twarda oprawa, blisko 650 stron i pozbawiona ilustracji okładka, zapowiadająca wyraźnie powagę utworu, z jakim mamy do czynienia – w środku jest już tylko lepiej.

 

Historia spisana i zilustrowana przez Tezukę to ważna i ważka opowieść o drugiej wojnie światowej. Nie o holokauście jednak, nie o tym najpopularniejszym ujęciu tematu, a o kształtowaniu się nazistowskiego systemu, jego szaleństwie i tym, co w owym czasie działo się w Japonii. Dla nas, Europejczyków, przyzwyczajonych do tematyki obozów zagłady, ta nowa perspektywa jest czymś nie tylko świeżym, ale także i intrygującym. Bo okrucieństwo hitlerowców nie ograniczało się tylko i wyłącznie do zabijania Żydów, Cyganów i innych nie-aryjczyków o czym często się  zapomina. A Tezuka podlał to wszystko nutą opowieści szpiegowskiej. Losy ojca Adolfa Kaufmanna i Soheiego Toge łączy zabójstwo pewnej gejszy, a także zagadkowy gipsowy pył znaleziony pod paznokciami zabitej  oraz Isao. To wszystko stanowi jednak tylko dodatek do rewelacyjnej, zajmującej całości.

Graficznie „Do Adolfów” to manga klasyczna w każdym calu. Kadrowanie jest bogatsze, niż obecnie, mniej jest także splashpage’ów, a dodatkowo kreska zakorzeniona została mocno w disnejowskiej tradycji. Jednakże ten ostatni fakt nie przeszkadza Tezuce w przekonujący sposób prezentować okrucieństwo i często także krwawe sceny. Zabójstwa, tortury, seks – nawet jeśli autor unika dosadności, zderzenie realizmu z bajkową niekiedy estetyką daje piorunujący efekt, o którym nie tak łatwo jest zapomnieć.

 

Oprócz treści i rysunków „Do Adolfów” oferuje także mały kalendarz prezentujący wydarzenia z Japonii i świata dziejące się w trakcie opisywanych w mandze wydarzeń, czyli między 1936 a 1940 rokiem. Dodatek ów, choć niewielki, przydaje całości kontekstu i przedstawia wiele ciekawych faktów, przez co opowieść robi jeszcze większe wrażenie. Wszystko to sprawia, że „Do Adolfów” to jeden z tych tytułów, które spodobają się nawet osobom nielubiącym komiksów czy mangi. Tym bardziej więc poznać go bliżej i przekonać się, jaka tkwi w nim siła i wielkość. Polecam gorąco!

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Orange #1 – Takano Ichigo

LIST Z PRZYSZŁOŚCI

 

Życie szkolne, połączone z oczywistym w takim wypadku romansem, to jeden z tych gatunków mangi, które sprawdzają się znakomicie i bez przełamywania w jakikolwiek sposób konwencji. W przypadku „Orange” autorka postanowiła jednak wyjść nieco poza doskonale znany schemat i zabarwiła go nutą tajemnicy o korzeniach mocno zapuszczonych w fantastyce. Wyszła z tego bardzo ciekawa, urocza i ciepła opowieść o nastoletnich uczuciach, od której wprost nie można się oderwać.

 

6 kwietnia staje się dniem przełomowym w życiu licealistki Naho Takamii i to wcale nie dlatego, że po raz pierwszy w życiu zasypia do szkoły. Rano czeka na nią list, co dziwniejsze nadawcą jest… ona sama. Dziewczyna śpiesząc się, zabiera kopertę ze sobą, otwiera dopiero na lekcji i… Czy to jakiś żart? Autorka listu twierdzi, że jest nią samą, tylko o dziesięć lat starszą i pisze z przyszłości, ponieważ ma do niej prośbę związaną z nowym uczniem, który tego właśnie dnia ma dołączyć do klasy. Kiedy wszystkie napisane przez nią rzeczy się potwierdzają, a w szkole zjawia się Kakeru Naruse, Naho staje przed trudnym zadaniem zmiany przyszłości i losów chłopaka. Wzbrania się przed wyznaczonym sobie zadaniem, nie chce znać przyszłości, ale kiedy zakochuje się w Kakeru, a w listach od swojej dwudziestosześcioletniej wersji dowiaduje się, że nastolatek umrze, zaczyna walkę o odmianę jego i swojego losu…

 

Ta przypominająca nieco film „Dom nad jeziorem” manga zaczęła się dość niepozornie. Prosto. Ciekawie, przyjemnie – sympatyczna lektura, ale nic ponad to. I nagle wszystko się zmieniło. „Orange” wciągnęło mnie w swój świat, bohaterowie kupili moje serce, opowieść zaczęła poruszać, smucić, emocjonować, a ja nie potrafiłem się oderwać od niej choćby na chwilę. I nawet teraz, kiedy odłożyłem ją wreszcie na półkę, nie jestem w stanie przestać myśleć o tym, co przeczytałem.

Historia opowiedziana przez Takano Ichigo toczy się na dwóch płaszczyznach. W pierwszej z nich obserwujemy zmagania szesnastoletniej Naho z przeznaczeniem i własnymi uczuciami, które komplikują się – jak zawsze w tego typu pozycjach – z każdą kolejną chwilą. W drugiej przenosimy się w przyszłość, gdzie jej o dekadę starsza wersja wraz z mężem i przyjaciółmi wspomina to, co się stało. W obu przypadkach jednak mamy do czynienia z tym samym, czyli miażdżącymi emocjami. „Orange” nie stroni od humoru (na dodatek w pełni uzasadnionego, co w mangach nie zdarza się szczególnie często), ale zawsze jest to śmiech przez łzy. Wiemy w końcu co się zdarzy, a choć starania Naho zaczynają przynosić rezultaty, nadal nie mamy pewności, że Kakeru przeżyje. Bohaterów tego dramatu jest w końcu więcej, a dla ich problemów nie ma jednego dobrego rozwiązani. Do tego dochodzi jeszcze pytanie w jaki sposób bohaterce udało się skontaktować z samą sobą, które ciekawi równie mocno, jak pozostałe wątki.

Na koniec czytelnicy dostają bonus w postaci dodatkowej historii miłosnej o siostrach bliźniaczkach oraz kilku słów od autorki. A wszystko to narysowane w sposób zwiewny, delikatny i przepełniony emocjami. Do tego „Orange”, zarówno pod względem fabuły, jak i grafiki, poprowadzony został z wyczuciem i nawet sceny, w których bohaterowie płaczą, nie są łzawe. Wszystko tu właściwie jest jak sok pomarańczowym, który pije Naho – słodko-kwaśne, ale w najlepszym tego określenia znaczeniu.

 

I cóż zostaje mi dodać na koniec, jak nie polecić ten tytuł Waszej uwadze? Choć czytam dużo, dawno nie miałem w rękach mangi typu shōjo, której nie byłbym w stanie odłożyć przed skończeniem, a to o czymś świadczy. Dlatego jeśli lubicie ciekawe, znakomicie poprowadzone i przesycone emocjami komiksy o miłości „Orange” Was zachwyci!

 

Mangę można kupić tu:

Emma #1 – Kaoru Mori

GDYBY JANE AUSTEN ROBIŁA MANGI

 

Japończycy lubią angielską kulturę, historię i tamtejsze klimaty. Dowiedziałem się o tym przy okazji programu o Sherlocku Holmesie, ale nie tylko najsłynniejszy detektyw wszech czasów, który doczekał się zresztą mangi o swoich przygodach, może o tym zaświadczyć. „Emma”, debiutancki komiks Kaoru Mori to kolejny doskonały przykład, jak w rewelacyjny sposób można przenieść wiktoriańską stylistykę na nowy grunt i stworzyć porywającą i poruszającą opowieść o miłości.

 

Schyłek XIX wieku, czas rewolucji przemysłowej. Młody William Jones odwiedza po latach swoją dawną guwernantkę, za którą ze względu na jej surowość niezbyt przepada. Spotkanie to jednak okazuje się brzemienne w skutkach, kiedy mężczyzna poznaje Emmę, małomówną, nieśmiałą pokojówkę. Piękną szarą myszkę, do której z miejsca zaczyna żywić bardzo ciepłe uczucia i to z wzajemnością. Jednak konwenanse, nakazy i zakazy pozwalają się im spotykać jedynie przypadkiem, tudzież pod pretekstem innych kontaktów. William stara się więc znaleźć jak najwięcej okazji byle tylko móc zobaczyć Emmę, chce jej sprawiać radość, ofiarowywać prezenty, jednak sytuacja komplikuje się, kiedy z Indii przyjeżdża jego przyjaciel, Hakim. Ten bowiem z miejsca zakochuje się w pokojówce, a jakby tego było mało Emma nie może narzekać na brak innych adoratorów…

 

Uwielbiam mani tego typu. Zresztą Japończycy jako jedni z nielicznych potrafią wywołać takie uczucia romantycznym komiksem. Owszem, często zdarza im się popaść w ton albo przesłodzony, albo też płaczliwy, jednak spod ich ręki wyszło także całe mnóstwo poważnych, stonowanych i autentycznie poruszających opowieści miłosnych – więcej, niż spotkałem w komiksie europejskim czy amerykańskim (tu chyba tylko Terry Moore może się z nimi mierzyć). „Emma” należy właśnie do takich dzieł, realistycznych, emocjonujących. Zabierałem się do niej z pewną niepewnością, obawą wręcz. „Opowieść panny młodej” Kaoru Mori była wprawdzie znakomita, ale romans osadzony w wiktoriańskiej Anglii…? A jednak szybko okazało się, że „Emma” przewyższa nawet „Pannę młodą”, a jej lektura wywołała we mnie tyle emocji (szczególnie genialną sceną propozycji kupna okularów), że zasiadając do recenzji włączyłem sobie romantyczny soundtrack.

Oczywiście poza romansem debiut Mori w ciekawy sposób oddaje realia dziewiętnastowiecznej Anglii. Nie tej biednej, brudnej, przerażającej, jaką znamy za sprawą Kuby Rozpruwacza, ale chłodnej, dystyngowanej, surowej wręcz. Anglii wyższych sfer związanych konwenansami i etykietą, z czym doskonale kontrastuje postać Hakima – także wysoko urodzonego, ale ze względu na egzotyczne pochodzenie bardziej spontanicznego i wyzbytego ograniczeń narzuconych przez status.

 

Strona graficzna „Emmy” jest prosta, ale skuteczna. Właściwie to taka szara myszka, która po uważnym przyjrzeniu się, staje się piękną księżniczką. Kaoru Mori operuje delikatną kreska i równie delikatnymi cieniami. Unika czerni, bohaterów przedstawia w sposób stonowany, ale jaki ma to w sobie urok. Szczególnie, że autorka dopracowała występujące wszędzie detale charakterystyczne dla omawianych miejsc i czasów.

 

Podsumowując, wspaniała rzecz. „Emma” to manga, jaką stworzyłaby Jane Austen, gdyby zajmowała się tym gatunkiem, chociaż patrząc na to z drugiej strony… Cóż, z całym szacunkiem dla tej klasycznej autorki, ale jej dzieła nie mają w sobie takiego ładunku emocjonalnego, jak komiks Mori. Dlatego polecam go gorąco Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Studio JG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Wstrząs – różni artyści

CIEMNIEJSZA STRONA ŻYCIA

 

Po rewelacyjnym debiucie, jakim bez dwóch zdań był album „Rachel Rising”, wydawnictwo Fantasmagorie, idąc za ciosem podkręca jeszcze tempo. Wśród imponujących zapowiedzi kolejnych wspaniałych tytułów pojawiła się także pozycja dość niepozorna, ale bardzo ciekawa. „Wstrząs”, bo o niej mowa, to zbiór krótkich komiksowych form połączonych wspólną klamrą w postaci ciemnych stron naszej natury i codzienności. Coś w sam raz dla miłośników sentymentalnej grozy, ocierającej się często o pulpowe klimaty.

 

Zło. Zbrodnia. Brutalność. Mrok. Wsączają się w ludzkie życie powoli, albo atakują znienacka, gwałtownie wdzierając się w spokojne chwile. Jim siedzi w więzieniu za zbrodnię, której nie popełnił. Wyrok odebrał mu całe dotychczasowe życie, jak więc odnajdzie się w świecie, kiedy opuści mury placówki? Wstawiony chłopak wracając rowerem do domu słucha audycji radiowej. Rozmowy prowadzącego ze słuchaczami przybierają jednak nieoczekiwany obrót. Student zostaje „uczniem czarnoksiężnika”, kiedy profesor zaprasza go do odwiedzenia wraz z nim pułapki na ducha, jaką jest pewien tajemniczy dom, a zafascynowany Lovecraftem chłopak nawet w dorosłym życiu nie potrafi choćby odrobinę stłumić miłości do dzieł pisarza.

 

Może nie jest to do końca słuszne porównanie, ale lektura „Wstrząsu” skojarzył mi się z czytanymi przed laty numerami magazynu „Produkt”. Czarnobiałe komiksy, brudny klimat i ta groza, czasem połączona z fantastyką, czasem mocno związana z codziennością. Oczywiście przede wszystkim to, co znajdziemy na stronach ma kojarzyć się (i kojarzy) z obrazkowymi horrorami z lat 50. XX wieku, jeszcze z czasów, zanim zaczął obowiązywać Comics Code Authority. Wymownie podkreśla to ostatnia z zebranych tu nowelek, będąca zarazem jednym z najlepszych komiksów „Wstrząsu”, w której nastoletni bohaterowie w owym okresie trafiają w lesie na rozrzucone komiksy. Ich szlak prowadzi kolegów do pewnego samochodu stojącego między drzewami. Historia ta zawiera jednak o wiele więcej smaczków. Dla miłośników komiksów znających ich historię? Też, ale nie tylko – rok (1958) i miejsce akcji (Crystal Lake) mówią same za siebie.

Oczywiście, jak to w przypadku antologii bywa, poszczególne historie stoją na bardzo różnym poziomie. Najlepsze są wspomniana przeze mnie powyżej opowieść („Szkicownik Jacka Cole’a) będąca połączeniem komiksu i opowiadania, „Ukryte” (o niesłusznie skazanym więźniu) oraz „Powrót do domu” (również wspomniany short o audycji radiowej). Jest też nieco przeciętnych komiksów o rwanych zakończeniach, jest i całkiem sporo dobrych – przeważają te drugie. Do tego dochodzi też różnorodność graficzna – ilustracje czasem przypominają cartoonowe historie dla dzieci, czasem rysunki Joe’ego Kuberta, a niekiedy to, co widzieliśmy w serii „Chew”. Ale w końcu zróżnicowana jest także tematyka, swoją rozpiętością ogarniająca opowieści obyczajowe, sentymentalne, thriller, fantasy, science fiction, dziecięce lęki czy urban fantasy, więc wszystko jest tu na swoim miejscu.

 

„Wstrząs” to czasami prosta, czasami wzruszająca, udana komiksowa rozrywka. Niszowa,  mroczna, ale i nie stroniąca od lekkości i humoru (chwilami rozprężenia stają się przerywniki tworzone przez Shauna Tana, autora m.in. „Przybysza”). Kto odnajduje się w takich właśnie klimatach nie będzie zawiedziony.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Fantasmagorie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia, tom 8 – Ted Anderson, Christina Rice, Thom Zahler, Jay Fosgitt, Agnes Garbowska, Tony Fleecs

KUCYKOWA SŁODYCZ W TRZECH ODSŁONACH

 

Najnowszy, ósmy już tom popularnego nie tylko wśród dzieci cyklu „My Little Pony: Przyjaźń to magia”, jak zwykle oferuje to, co w opowieściach o kucykach najlepsze. Mocno kolorowa paleta barw, niewymuszony dowcip, ciepło, słodycz i dużo zabawy z tradycyjną pointą wieńczącą całość. Tym razem na miłośników ich przygód czekają aż trzy nowe opowieści, w tym przezabawny horror utrzymany w klimacie „Krwiożerczych pomidorów”!

 

Na początek jednak nasze kucyczki wybierają się na Mistrzostwa Federacji Wrestlingu Equestrii. Na scenie walczy Tajemnicza Klacz, faworytka widowni, jednak nie każdy przyszedł tu by podziwiać jej zwycięstwa. Klacz jest bowiem siostrą bliźniaczką Cheerilee, obie nie widziały się od lat, ale nie łatwo jest naprostować skomplikowane relacje rodzinne…

W kolejnej historii z okazji Dni Ponyville, ma zostać odsłonięta pamiątkowa tablica w miejscu, gdzie stał pierwszy budynek w mieście, a najmłodsza klaczka w rodzinie zostanie księżniczką tej imprezy. Niestety o tytuł ubiegają się dwa rody: pierwszą budowlą w mieście był wprawdzie sklep zbudowany przez Stinkin Richa, jednak Ponyville zaczęło się od postawionej na wsi farmy babci Apple. Spór dzieli mieszkańców na dwie frakcje. Kto wygra?

Album kończy historia grozy. Tysiąc lat temu walczyły ze sobą dwie siostry. Ta zła została wprawdzie pokonana, jednak obiecała kiedyś powrócić. Pozostałości po pojedynku unosiły się w kosmosie przez wieki, aż do czasów obecnych, kiedy to rozbijają się na Ziemi. Pech chce, że miejscem, w które trafiają jest farma Applejack. W wyniku tego wydarzenia ożywają hodowane tu jabłka, a klaczka wraz z Big Maciem zostają wzięci do niewoli. Czy kucyki poradzą sobie z inwazją inteligentnych owoców?

Oczywiście, że tak! Ale ile wcześniej będzie zabawy. Ten ostatni komiks zresztą jest najlepszym z całego albumu. Ma klimat, ma humor, ma ciekawie odmienione bohaterki (warto wspomnieć Krewkie Pie, Nosfe-Rarity czy AppleDrac) i dobrze poprowadzoną fabułę. Do tego dochodzą smaczki umieszczone w tle, które spodobają się starszym odbiorcom i ciekawa zabawa konwencją komedii grozy typu wspomnianej już serii „Krwiożercze pomidory”. Oczywiście nie znaczy to, że pozostałym opowieściom czegokolwiek brakuje – ta historia jest mi po prostu najbliższa, szczególnie że jako dziecko uwielbiałem przygody Kaczora Donalda i spółki dziejące się w okresie Halloween. Reszta tomu również bawi, śmieszy i cieszy, a szybkie tempo nie pozwala choćby na chwilę nudy.

 

Całość tradycyjnie już została zilustrowana w sposób równie zabawny i słodki, jak skonstruowano scenariusz. Obłe kształty, ekspresyjna, rozbrajająca mimika, dużo bijących po oczach, cukierkowych kolorów i lekko mangowa stylistyka z miejsca przyciągają wzorki. W szczególności dzieci, ale o to przecież chodzi. Jeśli więc szukacie wartościowej, dobrej rozrywki dla najmłodszych (po którą przy okazji możecie także sięgnąć sami), „My Little Pony: Przyjaźń to magia” będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sherlock #01: Studium w różu – Mark Gatiss, Steven Moffat, Jay.

SHERLOCK HOLMES PO JAPOŃSKU

 

Japończycy uwielbiają postać detektywa stworzoną 130 lat temu przez Artura Conan Doyle’a, dlatego manga z jego przygodami nie powinna nikogo dziwić. Tak samo zresztą jak fakt, że opartą ją na niezwykle popularnym serialu stworzonym przez telewizję BBC – i to do tego stopnia, że dosłownie zilustrowano scenariusze do jego kolejnych odcinków, filmowe kadry przenosząc na papier w typowy dla autorów z Kraju Kwitnącej Wiśni sposób. Powstała z tego jednak znakomita pozycja, dla fanów zarówno Sherlocka Holmesa, jak i znakomicie napisanych, porywających mang kryminalnych.

 

Doktor John Watson powraca do Anglii z wojny w Afganistanie. Prześladowany przez wspomnienia z frontu, kulejący bardziej z przyczyn psychosomatycznych, niż rzeczywistego, fizycznego urazu, próbuje na nowo odnaleźć się w zwyczajnym życiu. Ponieważ z renty ciężko jest opłacić mieszkanie, za radą znajomego spotyka się z Sherlockiem Holmesem, bardzo specyficznym człowiekiem, który szuka współlokatora. Razem zamieszkują przy Baker Street 221b, ale na Watsona nie czeka wcale sielankowe życie. Holmes to socjopata, który nie jest w stanie nawiązywać normalnych relacji z ludźmi, bo rani uczucia każdego i nie dba właściwie o nic, ale jednocześnie i genialny detektyw pomagający policji rozwiązywać sprawy zbyt trudne dla nich samych. Oczywiście wśród funkcjonariuszy ma więcej wrogów niż przyjaciół, do tego ci obawiają się, że w końcu on sam przekroczy granicę i zacznie zabijać, póki co jednak stanowi ich ostatnią i najlepszą możliwą zarazem deskę ratunku. Wraz z nim Watson zaangażuje się w śledztwo w sprawie serii samobójstw. A właściwie zabójstw, z tym że wszystkie ofiary dobrowolnie połknęły truciznę. Jak to możliwe? I do czego to śledztwo doprowadzi Sherlocka i jego pomocnika?

Tak jak serialowy Sherlock (mimo znaczącej zniżki formy w czwartym sezonie) należy do moich ulubionych seriali, tak również oparty na nim komiks należy do najbardziej cenionych przeze mnie mang. Nie mogło być jednak inaczej, postać ta towarzyszy mi od dzieciństwa, mam więc do niej wielki sentyment, a zarazem jej adaptacja stanowi rewelacyjną dekonstrukcję literackiego pierwowzoru. Doskonale widać to już w tym tomie, będącym uwspółcześnioną wersją pierwszej powieści z serii, czyli „Studium w szkarłacie”. Wprawdzie można czytać i oglądać „Sherlocka” jako dzieło samodzielne i bawić się doskonale, jednak prawdziwą rozkoszą staje się wyłapywanie smaczków dla miłośników, rozmieszczonych w fabule. Choćby taki drobiazg, jak napis „Rache” zostawiony przez jedną ofiarę. W klasycznej powieści policja uznała go za niedokończone imię „Rachel”, Holmes natomiast wyśmiał ich, zauważając, że to po niemiecku zemsta. Tu jest dokładnie na odwrót. Scotland Yard dochodzi do wniosku, że to niemieckie słowo, a Sherlock wyśmiewa ich, mówiąc że chodzi o imię. Podobnych przykładów można by mnożyć, ale po co? Ich wychwytywanie stanowi jeden z największych plusów niniejszego tytułu.

Znakomita fabuła zyskała również znakomitą oprawę graficzną. Jay. rysuje znakomicie, szczegółowo, doskonale oddając klimat serialu, grę aktorów (tak, tak, to nie pomyłka) oraz humor. Wierne przeniesienie kadrów i fabuły nie oznacza jednak, że ilustrator nie dodał czegoś od siebie. A to zmieni nieco szyk scen, to znów inaczej do treści wprowadzi. Wszystko wiernie pierwowzorowi, niemniej również bez porzucania autorskiej wizji.

 

Po prostu coś wspaniałego! Dlatego też polecam „Sherlocka” Waszej uwadze. I tylko szkoda, że dotychczas powstało zaledwie trzy tomy. Czwarty wprawdzie jest już serializowany w Japonii, jednak nie prędko doczekamy się jego pełnej wersji. Niemniej jest na co czekać, dlatego już zacieram ręce na adaptację drugiego sezonu serialu.

 

Mangę można kupić tu:

Wieczni Batman i Robin – James Tynion IV, Scott Snyder (pomysł), różni artyści

BATMAN I ROBIN FOREVER

 

Po wydarzeniach opisanych w „Ostatecznej rozgrywce” Bruce Wayne przestał być Batmanem, jednak nie tylko jego legenda i spuścizna pozostają żywe. Dawni pomocnicy Mrocznego Rycerza, w tym noszący batzbroję Jim Gordon,  działają zamiast niego, ale na jaw wychodzą skrywane przez lata sekrety Człowieka Nietoperza. Przeszłość upomina się o swoje, a młode pokolenie obrońców Gotham będzie musiało rozwikłać jej tajemnice zanim będzie za późno.

 

Kim jest Matka? I dlaczego Batman ukrywa wszelkie informacje na jej temat przed Robinem? Przed laty, tuż po ich starciu ze Strachem na wróble, Bruce usunął dane z nią związane ze swoich Akt Cieni, bo gdyby młody Dick Grayson dowiedział się, co jego mentor zrobił, żeby uczynić go tym, kim jest, wszystko co zbudował Mroczny Rycerz rozsypałoby się…

Czasy obecne. Bruce nie jest już Batmanem, natomiast Dick działa jako szpieg organizacji Spyral. Wielkie otwarcie odrestaurowanej Wieży Oświecenia staje się dla niego początkiem kolejnej walki, kiedy zostaje zaatakowany przez dzieci Matki. Zdradzony przez swoją pomoc, od tajemniczej napastniczki otrzymuje pendrive ze spowiedzią Bruce’a. Sprawa nabiera jednak tempa, kiedy Bluebird zostaje zaatakowana przez Orphana. Drogi młodego pokolenia herosów przecinają się we wspólnym działaniu przeciw wrogowi, którego nie rozumieją, nie wiedząc komu mogą zaufać i do czego to ich doprowadzi…

 

Retcon to bardzo popularny w komiksowym świecie zabieg, który zawsze sprawdza się bardzo dobrze. Jeśli ktoś nie wie, polega on na powróceniu do doskonale wszystkim znanych wydarzeń i dodaniu do nich nowych elementów zmieniających obraz danej sytuacji. Taka wolta ma swoje niezaprzeczalne plusy, nic więc dziwnego, że w końcu i James Tynion IV wraz ze Scottem Snyderem zdecydowali się zastosować ją w opowieści o Batmanie i odbrązowić nieco tę postać. Z ich pomysłu zrodził się naprawdę udany komiks, przepełniony akcją i szybkim tempem, strony którego zaludnia cała masa mniej lub bardziej ważnych postaci tego uniwersum.

Fabularnie poza konkretnym poprowadzeniem akcji i ciekawymi wątkami najbardziej cieszy fakt, że udało się zachować spójność. Ekipa scenarzystów nie była w końcu mała. Wprawdzie wśród nich nie znalazł się Snyder, pełniący rolę współpomysłodawcy całości, ale za pisanie poszczególnych zeszytów wzięli się Tynion IV, Tim Seeley, Steve Orlando, Genevive Valentine, Jackson Lanzing, Collin Kelly oraz Ed Brisson. W tym konkretnym przypadku wyszło jednak, jak w serialu telewizyjnym – każdy dodał coś od siebie, ale trzymał się jednej, konkretnej wizji. Zresztą „Wieczni Batman i Robin” od początku planowani byli jako krótka seria (zamknięta ostatecznie na 26 częściach), co przemawiało za tym tytułem.

 

Grupa rysowników tego albumu także nie była małaa. Jeśli nie liczyć inkerów i kolorystów grafiki sporządzili Tony Daniel, Paul Pelletier, Scot Eaton, Tony Kordos, Marc Deering, Wayne Faucher, Ronan Cliquet, Alvaro Martinez, Roge Antonio, Geraldo Borges, Fernando Blanco, Christian Duce, Javier Pina oraz Goran Sudžuka. Większość albumu, podobnie jak scenariusz, zachowuje podobny poziom, jednak bliżej końca ilustracje stają się prostsze i bardziej brudne. Całość jednak wypada bardzo dobrze, mimo faktu, że jeden zeszyt potrafi rysować kilku artystów.

 

Podsumowując, „Wieczni Batman i Robin” to bardzo ciekawa i warta poznania opowieść. Dodatkowo na jej korzyść przemawia fakt, że mamy tu do czynienia z historią zamkniętą w stosunkowo niewielkiej serii zebranej w dwóch tomach, a także to, iż jednocześnie mocno osadzona jest w wydarzeniach znanych z wydawanych w Polsce batserii, a zarazem nadaje się też dla mniej zaznajomionych z tematem (obowiązkowe streszczenie najważniejszych wątków mamy na początku tomu). Do tego dobre wydanie i solidna porcja stron za przystępną cenę sprawiają, że komiks wart jest polecenia.

 

A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Owieczki dobre, owieczki złe – Joanna Cannon

KŁOPOTY Z BARANAMI I OWCAMI

 

Po debiutancką powieść Joanny Cannon sięgnąłem z prostej przyczyny. I nie chodzi tu o tematykę, chociaż ta akurat wydawała się ciekawa, a o hasło „kryminał filozoficzny” i porównania ze „Sprawiedliwością owiec”, którą cenię (głównie za rewelacyjną kontynuację). Do lektury zasiadałem jednak pełen obaw, doświadczenie nauczyło mnie w końcu, że szumnie reklamowane tytuły zbyt często są mocno przeciętne. Na szczęście w przypadku „Owieczek…” ta reguła się nie sprawdziła i w moje ręce trafiła powieść bardzo ciekawa, dobrze napisana i daleka od banału, jaki najczęściej prezentują przedstawiciele gatunku thrillera/kryminału.

 

Wyjątkowo upalnego lata roku 1976 znika pani Creasy, mieszkanka spokojnych angielskich przedmieść. Sąsiedzi mieszkający przy tej samej ulicy, jak zawsze w takich przypadkach, mają swoje zdanie na ten temat, każdy jednak darzył zaginioną większą lub mniejszą sympatią. Jej mąż nie ustaje w poszukiwaniach, a  w serca mieszkańców wkrada się strach. Nie wiadomo co się stało, nie wiadomo kto może być następny i czego można się spodziewać. Dwie dziewięcioletnie dziewczynki postanawiają same wyjaśnić sprawę i zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem oraz tym, co spotyka ludzi. Kiedy słyszą od księdza, że Bóg może pomóc w takiej sytuacji, postanawiają więc poszukać także Jego…

 

Już sama historia wymyślona przez Joannę Cannon jest ciekawa. Owszem, mamy setki, jeśli nie tysiące powieści z motywem zaginięcia, jednak debiutująca autorka zdołała znaleźć w nich coś świeżego. A dokładniej porzucenie charakterystycznych dla thrillerów i kryminałów elementów na rzecz psychologii postaci oraz powolnego budowania pozornie sielskiego obrazka przepełnionego leniwym napięciem. I takie podejście do tematu podoba mi się o wiele bardziej, niż kolejne podążanie za wciąż tym samym schematem, który sprawia, że podobna literatura nie sprawdza się nawet jako rozrywka. Cannon poszła pod prąd i odniosła sukces, a jej powieść to rzecz naprawdę warta przeczytania. Niegłupia, tym bardziej nie pusta, może nie dla wszystkich, ale spragnieni bardziej ambitnej rozrywki odbiorcy będą usatysfakcjonowani.

 

Co jeszcze podoba mi się w opowieści o owieczkach szukających swego pasterza i złego barana, to styl, który posługuje się autorka. Lekki, płynny, liryczny i wcale nie tak oczywisty, jak można by się spodziewać po debiutantce. Powieść okazała się więc dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem i książką niezwykle przyjemną, refleksyjną i intrygującą. Dlatego z czystym sercem mogę polecić ją Waszej uwadze. Bez wahania, bez przedłużania – to po prostu bardzo dobra, szczególnie na letnie, upalne popołudnia, które nadejdą już niedługo.

Serce umiera ostatnie – Margaret Atwood

MAŁŻEŃSTWO I WIĘZIENIE

 

Margaret Atwood to kolejne z wielkich literackich nazwisk, jakie odkryłem całkiem niedawno temu. Z miejsca zachwyciłem się twórczością autorki i choć to dopiero trzecia jej powieść, jaka trafiła w moje ręce, śmiało mogę zaliczyć ją do ulubieńców. Ciekawe, nieszablonowe fabuły, które skłaniają do myślenia, kontrowersje mające konkretny cel i znaczenie, rewelacyjna psychologia postaci i znakomity styl. A wszystko to na styku opowieści społecznych i ambitnej fantastyki. I takie również jest „Serce umiera ostatnie”, znakomite dzieło warte przeczytania szczególnie w oczekiwaniu na opus magnum pisarki, czyi „Opowieść podręcznej”, która już w maju doczeka się wznowienia nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

 

W niedalekiej przyszłości sytuacja ekonomiczna i społeczna przedstawia się wręcz tragiczne. Rynek się załamał, bezrobocie wzrasta, a pozbawieni środków do życia ludzie zeszli na drogę przestępczą. Nie wszyscy jednak, wciąż są bowiem tacy, którzy starają się zachowywać w normalny sposób, ale nie jest to łatwe. Do tego typu ludzi należy małżeństwo Stan i Charmaine, które w wyniku kryzysu zmuszone było zamieszkać w samochodzie. Ledwie wiążąc koniec z końcem, mając dość życia w niebezpiecznym środowisku decydują się wziąć udział w eksperymencie społecznym o nazwie Projekt Pozytron. Jego założenia są proste – uczestnicy otrzymują dach nad głową, pracę etc., jednak jak zawsze jest jakieś „ale”. Przez miesiąc mają wieść życie niemal idylliczne, przez kolejny mieszkać w swoistym więzieniu i tak na przemian aż do końca. Patrząc na to, jak wygląda reszta otoczenia, nawet to drugie miejsce zamieszkania nie wydaje się być wcale takie złe. Kto jednak stoi za tym wszystkim? Jaki ma cel? I do czego doprowadzą osobliwe relacja Stana i Charmaine z parą, z którą wymieniają się co miesiąc „domami”?

 

Spotkałem się z bardzo wieloma negatywnymi opiniami na temat tej powieści, ale przyznam, że zupełnie ich nie rozumiem, choć wiem skąd się wziął taki stan rzeczy. Przeciętni czytelnicy, są jak przeciętni widzowie, to co ambitne odstrasza ich albo spotyka się z niezrumienieniem. Nie mówię, że  to najlepsza z książek Atwood, bo tak nie jest, ale na tle 90% współczesnej fantastyki, nawet tej z ambicjami, wypada lepiej, niż bardzo dobrze. To, co różni „Serce…” od popularnych powieści, które stają się hitami, to brak tanich chwytów i maskowania fabularnych mielizn szybką akcją. Akcji u Atwood zresztą jest stosunkowo niewiele, ale nie o to przecież chodzi. Autorka bierze zgrany schemat utopii/antyutopii i wyciska z niego coś nowego, świeżego, ciekawego. Przede wszystkim jednak interesuje ją głębia, prawda i przesłanie oparte na analizie kondycji człowieka i społeczeństwa.

 

Oddzielną rzeczą wartą omówienia są sami bohaterowie. Tym razem Attwood równocześnie robi z nich ludzi z krwi i kości, co i konkretne archetypy. Jednocześnie pozostają więc realni, jak i zupełnie realności pozbawieni. Ich zachowanie nie zawsze bywa logiczne, ale zawsze czemuś służy, trzeba tylko zadać sobie nieco trudu by to zrozumieć.

 

Moja lepsza połowa powiedziała o twórczości Atwood, że już w samym stylu jest coś takiego, że nie sposób oderwać się od książki i jest to prawda. Autorka pisze w sposób rewelacyjny, pełny, soczysty, krwisty wręcz. Prawdziwi miłośnicy dobrej, mądrej i nieszablonowej literatury z pewnością będą zatem zachwyceni. Dlatego polecam ich uwadze zarówno tę powieść, jak i pozostałe utwory z dorobku Margaret Atwood.

 

A wydawnictwu Wielka Litera dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Rycerze Sidonii #3 – Tsutomu Nihei

CZŁOWIEK CZY RZECZ

 

Trzeci tom „Rycerzy Sidonii” wprowadza niemałe zamieszanie. Akcji jest jeszcze więcej, więcej też dzieje się między bohaterami, a my mamy okazję cofnąć się w czasie i poznać tajemnicę ostrokłosów. Jakby tego było mało na jaw wychodzą nowe fakty odnośnie pustelniaków, które wstrząsają także mieszkańcami Sidonii oraz ciekawe informacje na temat Tanikaze mogące zmienić wszystko.

 

Sidonia znów znalazła się w obliczu zagrożenia ze strony pustelniaków. Ale tym razem jest inaczej niż dotychczas – wróg bowiem nie tylko przybrał wygląd gward i walczy, jak nigdy dotąd, stosując techniki, jakich nie powstydziłby się niejeden strateg, ale także ukształtował łożysko na kształt człowieka. A może to coś więcej, niż tylko łożysko? Kiedy udaje się przechwycić jedno z nich, okazuje się, że przypomina człowieka pod każdy, nawet biologicznym względem. Czemu zmieniło się zachowanie przeciwnika i co to właściwie oznacza? Na horyzoncie pojawia się także gigantyczny statek klasterowy, a Tanikaze i Izana zbliżają się do siebie coraz bardziej, jednak oprócz kolejnych pilnych wezwań w budowaniu relacji przeszkadza im także wszędobylska Yuhata…

Tsutomu Nihei ma zadziwiającą zdolność do budowania prostych fabuł, które są wciągające, ciekawe i rozwijają się w tak intrygujący sposób, że czytelnik nie chce się oderwać od lektury nawet na chwilę. Trzy tomy „Rycerzy Sidonii” przeczytałem właściwie jednym tchem, jednak ciągle mi mało – i to chyba najlepsze świadectwo, jakie mogę wystawić tej serii. Ale oczywiście nie jedyne. Kolejną rzecz, którą muszę tej serii zaliczyć in plus jest fakt, że choć wyrosła na gruncie „Neon Genesis Evangelion”, nie jest wcale jego kopią. Owszem, mamy tutaj podobieństwa, bohaterowie w mecha walczą z najeźdźcą, który prawie (lub całkowicie) zniszczył Ziemię (a wręcz cały układ słoneczny), mamy tajemnicę pochodzenia przeciwnika i zamkniętego w sobie nastolatka z sekretami posadzonego za sterami maszyny bojowej, ale inna jest sceneria, inni są bohaterowie, mechanika i rozwój świata, a wreszcie i klimat obu dzieł. W „Rycerzach…” mniej jest też humoru, Nihei praktycznie wyeliminował go na rzecz innych składowych.

Podobnie zresztą zredukowana została kreska, jaką operuje autor. Nie ma tu brudu i szczegółowości „Blame’a!”, ale jest jakaś siła. Delikatność zderzona z mrokiem, lekkość kontrastująca z krwią i brutalnością, a gdzieś pomiędzy twardą techniką i zdeformowanymi bytami rodem z filmów grozy znalazła się nuta subtelnej, zwiewnej erotyki. Wraz z rozwojem akcji rozwija się jednak stylistyka „Rycerzy Sidonii”, grafiki stają się bardziej szczegółowe i rozbudowane, ale znakomity klimat pozostaje niezmiennie taki sam.

 

Podsumowując, polecam tę serię Waszej uwadze. Jeśli lubicie dobre mecha SF, „Rycerze Sidonii” to tytuł, z którym koniecznie powinniście się zapoznać. Ciekawy, potrafiący skłonić do myślenia, a czasem po prostu poruszyć. Warto po niego sięgnąć.

 

Mangę można kupić tu: