Krocząc w ciemności – Leonie Swann

ILE PCHEŁ MIEŚCI SIĘ NA CZUBKU SZPILKI

 

Długo Leonie Swann kazała nam czekać na swoją najnowszą powieść, oj długo. Po udanym debiucie, którym narobiła niemałego kulturalnego szumu i jeszcze lepszej jego kontynuacji, aż pięć lat kazała polskim czytelnikom wypatrywać kolejnego dzieła. Czy było warto? Jak najbardziej!

 

Tym razem autorka zrezygnowała z owiec, do których nas już doskonale przyzwyczaiła, ale nie porzuciła tematów zwierzęcych. Jej bohaterowie, choć w przypadku „Krocząc w ciemnościach” zdecydowanie większy niż we wcześniejszych powieściach jest udział postaci ludzkich, nie mają kopyt i nie meczą uroczo swoich niepodważalnych wniosków, za to skaczą. I to bardzo wysoko. Są nimi bowiem pchły, należące do Juliusa Birdwella. Kiedy tylko unosi się kurtyna, na scenie pojawiają się one. I on. I nic już nie jest takie, jak dotychczas. A wszystko przez to, że pewnej nocy nasze małe, bardzo skoczne stworzonka padają ofiarą mrozu, a zaraz potem w życiu bohatera pojawia się Elizabeth. W końcu z książką, jak z występem cyrkowego magika – bez kobiety się nie uda. Wszystko, co następuje potem, to szaleńcza jazda, w której splata się wszystko – i wszystko się odmienia…

 

Czy powyższy opis brzmi jakoś dziwnie? Chaotycznie, tajemniczo? Czy wiele rzeczy jest tu niejasnych, do wzięcia na domysł, a nie na suchy fakt? Jeśli choć odrobine tak, także odrobinę poczuliście się, jak osobą czytająca tę powieść. Kiedy sięgałem po „Krocząc w ciemnościach” nie spodziewałem się czegoś takiego. Znałem już twórczość Leonie Swann, znałem i bardzo ceniłem, a jednak, jak dobry cyrkowiec, jak prawdziwy sztukmistrz, wyjęła asa z rękawa i zaskoczyła. I to jak najbardziej pozytywnie.

 

W jej najnowszej powieści jest dosłownie wszystko. Są magia i fantastyka splecione z realizmem, jest wiele rzeczy podanych wprost i mnóstwo jest także niedopowiedzeń. Czytelnik trafia w świat, jakby skryty za oparami mgły, gdzie prostota splata się z filozofią. Tu nawet styl jest równie niezwykły jak sama treść. Czasami prosty, ascetyczny, czasem bogaty i rozbudowany – zawsze intrygujący i wbrew pozorom spójny.

 

Całość zaś urzeka i oczarowuje. Zabiera w miejsca niezwykłe i pozostawia uczucie niedosytu. A także satysfakcję. Chcecie naprawdę udanej powieści stanowiącej gatunkową hybrydę, nie musicie już dalej szukać. Swann znów udowodniła swoją klasę literacką i zaprezentowała książkę, której szybko się nie zapomina.

 

Polecam.

 

A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *