Lucky Luke #53: Daily Star – Xavier Fauche, Jean Léturgie, Moris

DZIENNIK DZIKO ZACHODNI

 

Seria „Lucky Luke” zaczęła ukazywać się w roku 1946, jej pięćdziesiąty trzeci tom „Daily Star” opublikowany został 37 lat później. Chociaż od jego premiery minęło już niemal trzy i pół dekady, dopiero teraz mamy okazję czytać go po polsku. Jak jednak mówi znane wszystkim przysłowie, lepiej późno niż wcale. Szczególnie gdy w ręce czytelnika trafia komiks tak znakomity, jak ten.

 

30 kwietnia roku 1946 w rodzinie Greelych na świat przychodzi dziecko. Chłopiec, który otrzymuje imię Horacy, już od najmłodszych lat przejawia nie tylko zainteresowanie rodzinnym interesem drukarskim, ale także biznesem w ogóle. Do tego ma talent do pisania, a co za tym idzie kiedy tylko osiąga pełnoletność, wraz z podarowaną mu przez ojca prasą drukarską Washington Imperial numer 3, wyrusza na Dziki Zachód szukać szczęścia. Jak się jednak szybko przekonuje pisanie o chrzczonym alkoholu serwowanym w popularnym przybytku, choć chwytliwe, nie zawsze najlepiej kończy się dla dziennikarza. Tak oto Horacy spotyka na swej drodze Lucky Luke’a, wraz z którym (po wielu przygodach oczywiście), zjawia się w miasteczku Dead End City. Początkowo jego gazeta „Daily Star” nie sprzedaje się najlepiej, ale powrót do ujawniania nieuczciwych praktyk lokalnych przedsiębiorców zmienia ten stan rzeczy. Dziennik zaczyna sprzedawać się, jak nigdy dotąd, a z pomocą Lucky Luke’a, który podejmuje pracę w redakcji nie straszne są Horacemu żadne trudności. Czy aby na pewno? Co będzie, kiedy właściciel salonu, sklepikarz i grabarz mając dość „Daily Star” postanowią dołożyć starań by gazeta przestała się ukazywać?

 

Za fabułę tego tomu nie odpowiada najbardziej kojarzony z serią René Goscinny, tylko Xavier Fauche i Jean Léturgie, nie mniej „Daily Star” to i tak naprawdę znakomita robota, która bawi, śmieszy, wciąga i ciekawi. Jak to zwykle u Lucky Luke’a bywa, szalona wydarzenia następują jedno po drugim, dowcipów nie brakuje, a przygody przeżywane w towarzystwie starych i nowych bohaterów skutecznie poprawiają humor. Co ważne, a czego we współczesnych humorystycznych komiksach środka jest coraz mniej, gagi wcale nie są głupie, a całość nie stanowi tylko i wyłącznie pustej, lekkiej rozrywki.

 

Stałym elementem serii obok tytułowego bohatera i jego konia Jolly Jumpera są oczywiście znakomite ilustracje w wykonaniu ojca „Lucky Luke’a”, Morrisa. Proste i cartoonowe współtworzą charakterystyczny klimat cyklu, który kupuje serca czytelników nawet po kilkudziesięciu latach. Dobrze więc, że Egmont postanowił powrócić do tego tytułu i opublikować nieznane dotychczas w Polsce albumy z przygodami najszybszego kowboja.

 

Lubicie europejską klasykę komiksową? Chcecie się pośmiać i dobrze zabawić? Oczekujcie czegoś przyjemnego zarówno dla dużych, jak i małych? „Lucky Luke” to coś w sam raz dla Was.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *