Baśnie #21: Długo i szczęśliwie – Bill Willingham, Mark Buckingham, Steve Leialoha, Andrew Pepoy

BAŚNIE JAKO FANTASY

 

Twórcy pracujący pod szyldem Vertigo mają niezwykły talent do tworzenia historii genialnych w swej prostocie. Weźmy takiego „Kaznodzieję”, który opowiadał o księdzu szukającym Boga – w dosłownym tego słowa znaczeniu, „Sandmana” traktującego o onirycznych przygodach władcy snów i jego pokręconej rodziny czy „Y – ostatniego z mężczyzn”, historię o świecie pozbawionym samców wszelkich gatunków (oczywiście poza głównym bohaterem i jego małpą). Każdy z tych pomysłów był prosty, dobrze już wszystkim znany, a jednak scenarzyści zdołali wycisnąć z nich coś wspaniałego. Nie inaczej jest w przypadku „Baśni”. Bill Willingham wziął na warsztat klasyczne opowieści dla dzieci, połączył je w jedną wielką sagę fantasty, którą wypełnił mnóstwem smaczków i ujął w formę komiksu przeznaczonego dla dorosłych. Teraz nadszedł czas powoli pożegnać się z baśniowymi postaciami, intrygami i walkami. A ten prawie finał (przed nami jeszcze jeden tom) nie zawodzi.

 

Po zamienieniu Bigby’ego Wilka w stertę potłuczonego szkła, co stało się równoznaczne z jego śmiercią, w Baśniogodzie zaczyna się źle dziać. W czasach gdy imperium Dżepetta władało nieskończoną liczbą światów, Pudłacze chwytały wszelkie magiczne istoty, które nie służyły imperium i ukrywano w niedostępnych miejscach. Przez stulecia udało się ukryć niezliczone ich ilości, ale teraz nagle jednego dnia wszystkie z nich otwierają się, a to, co złe wydostaje się na wolność i przenosi do innych… pojemników. Do tego do Baśnioboru docierają niepokojące wieści z Nowego Jorku – ataki na ludzi do jakich tam dochodzi wskazują, że Bigby jakimś cudem wrócił do życia, ale najwyraźniej jest już tylko i wyłącznie bestią.

Tymczasem Królewnę Śnieżkę odwiedza Maddy, która ostrzega ją, że jej siostra, Róża Czerwona gromadzi armię pod jej nosem. Szykuje się zatem wojna dwóch frakcji. Wojna pełna zagrożeń i spisków. Na dodatek Śnieżka gotowa jest na wszystko byle uratować swojego męża. Czy w tej bajce ktokolwiek będzie żył długo i szczęśliwie?

 

Można powiedzieć, że tą serią Bill Willingham wrócił do korzeni gatunkowych. Na czym innym bowiem, jak nie na gruncie baśni wyrósł cały gatunek fantasy? Autor wykorzystał ten fakt i klasyczne motywy oraz postacie, by stworzyć epicką opowieść na miarę „Gry o tron”. Zwalczające się frakcje, spiski, intrygi, tajemnice, nadciągająca wojna… Każdy chce tu ugrać coś dla siebie, każdy chce też udowodnić, że on ma rację. Polityka i uczucia mieszają się ze sobą w szalonej opowieść spod znaku magii i miecza. Willingham zebrał postacie z legendarnych baśni, te wszystkim doskonale znane, jak i te, które nieszczególnie się pamięta, odmienił je nie do poznania, z jednoczesnym zachowaniem najważniejszych rzeczy i wrzucił w sam środek opowieści, jakiej nie powstydziliby się giganci fantasy. Nic dziwnego, że „Baśnie” zdobyły aż 14 nagród Eisnera (komiksowy odpowiednik Oskara) – plus kilka dodatkowych dla samych autorów – a także były nominowane do Hugo za najlepszy komiks.

 

Ale świetna jest nie tylko ich fabuła, a także strona graficzna. Ilustracje w wykonaniu Marka Buckinghama to kawał dobrej, realistycznej, ale uproszczonej roboty – pod pewnymi względami przypominają dokonania Mike’a Mignoli, są jednak mniej mroczne i bogatsze w szczegóły. Cieszy też Fakt, że kolor w serii jest stonowany, prostszy i pozbawiony komputerowych fajerwerków, co mi osobiście bardzo odpowiada. Do tego dochodzą oczywiście także prace wielu innych artystów, którzy na potrzeby „Długo i szczęśliwie” przygotowali kilka krótkich historii, w tym znakomitego Terry’ego Moore’a, którego komiksu w końcu zaczynają się pojawiać w Polsce coraz częściej.

 

Jeśli więc lubicie fantasy, to klasyczne, jak również to postmodernistyczne, zahaczające o urban fantasy, „Baśnie” to seria dla Was. Dojrzała, dobrze pomyślana, świetnie poprowadzona i znakomicie zilustrowana. Co warto nadmienić, wydana została na papierze offsetowym, co bardzo pasuje do całości – aż szkoda, że np. wznowienie „Kaznodziei” nie ukazało się w ten sposób, bo jakoś bardziej pasuje mi to do takiej historii. Dlatego też polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *