Batman. The Dark Knight: Master Race – Frank Miller, Brian Azzarello, Andy Kubert, Klaus Janson, Eduardo Risso, John Romita Jr.

RASA KRYPTO-PANÓW, czyli Frank Miller się skończył

 

Od kiedy dowiedziałem się, że Frank Miller pracuje nad „DKIII”, ciągiem dalszym historii, którą na zawsze odmienił amerykański komiks, a także postać Batmana, nie mogłem się doczekać jej publikacji. Cóż z tego, że ten kultowy autor skończył się już dawno temu i wraz z upływem czasu serwował czytelnikom coraz to gorsze prace. Miller był tym komiksiarzem, którego dzieła jako pierwsze tak bardzo pokochałem, miał na mnie największy wpływ na tym polu, a do jego dokonań z lat 80. i 90. XX wieku powracam wciąż na nowo – jak mógłbym darować sobie zwieńczenie opowieści, którą powszechnie uważa się za jego najwybitniejsze dzieło? I nie żałuję, bo choć „Master Race” nie jest wielkim komiksem, stanowi dobre podsumowanie historii, która jest z nami już trzydzieści lat.

 

Minęły ledwie trzy lata odkąd Batman ocalił świat, a znów musi powrócić by zwalczyć zło. W Gotham, gdzie brutalność policji jak zwykle budzi głosy sprzeciwu, na ulicach znów pojawia się Mroczny Rycerz. Jego kariera nie trwa jednak długo – skatowany przez policję, trafia do aresztu. Tyle, że pod maską nie kryje się Bruce Wayne, a Carrie Kelley, jego uczennica, która twierdzi, że Bruce nie żyje. Zabiły go rany odniesione przed trzema laty. Rzeczywistość jak zwykle jest inna, prawdziwy Batman nie odszedł z tego świata, ale jego sprawność nie pozwala mu już działać. Wkrótce jednak będzie musiał wznieść się ponad własne ograniczenia i stawić czoła niebezpieczeństwu przerastającemu jego możliwości. Kiedy Lara, córka Supermana, który pozostaje zamrożony w lodzie, odkrywa wiadomość z Kandoru, postanawia poprosić Atoma o pomoc w wydostaniu jej rodaków z zabutelkowanego miasta. Niestety wolność zyskują szaleńcy pod wodzą Quara, którzy chcą jednego – by Ziemianie uznali ich swoimi bogami. Posiadając moc równą Supermanowi, zostają rasą panów, ale Batman nie zamierza pozwolić na taki stan rzeczy. Jakie może mieć szanse w starciu z nimi, skoro nawet przebudzony Superman przegrywa walkę, a po stronie Kryptończyków staje Lara? Gdy kolejni dawni herosi kończą okaleczeni i niezdolni do działania, a Quar żąda wydania Mrocznego Rycerza albo zrówna Gotham z ziemią, także zwykli mieszkańcy stają przeciwko swojemu dawnemu obrońcy…

 

Jaka była największa różnica między genialnym „Powrotem Mrocznego Rycerza” a jego mocno przeciętną kontynuacją, „Mroczny Rycerz Kontratakuje”? Koszmarne ilustracje? Beznadziejny kolor? Też, ale przede wszystkim epickość. „PMR” był niemalże zwyczajny, przedstawiał starego człowieka, który już niezbyt nadaje się do bycia bohaterem, ale dawne nawyki nie umierają tak łatwo i musi wrócić by pomóc swojemu miastu. Nawet jeśli nie podoba się to władzom, a on sam staje się ścigany niczym przestępca, działa, bo tak każe mu sumienie – i inspiruje tym innych. W tle działy się inne wydarzenia, wielka polityka, zimnowojenne zagrożenia, ale to nie Nietoperz musiał się z nimi mierzyć; jeśli już, to z ich konsekwencjami, które dotykały i jego, i zwykłych ludzi. W „Kontrataku” to, co tu było tłem, stało się głównym zagrożeniem. Machlojki na najwyższych szczeblach władzy, rewolucja, epickie niebezpieczeństwo… Zabrakło w tym tej prawdziwości i głębi, została pełna akcji opowieść superhero jakich wiele.

 

Wspominam o tym nie przypadkiem, bo „DK III” kontynuuje ten trend. Jak w sequelach hollywoodzkich hitów, wszystkiego jest w nim więcej, a całość ma być przede wszystkim widowiskowa. Armia złych Kryptończyków, którzy potrafią latać, strzelać laserem z oczu, mają nadludzką siłę i sposób na to, by niszczyć całe miasta, detonując się niczym bomby atomowe, mówi sama za siebie. Akcja pędzi tu na złamanie karku, a przez strony przewija się plejada gwiazd DC (oraz znanych z tv twarzy, jak choćby Donald Trump, wyśmiewany za prowadzoną politykę), ale najczęściej w epizodach. Flash ledwie się pojawia na scenie, a kończy połamany, Green Lantern traci swoje moce, Aquaman występuje praktycznie przez chwilę, dłużej trzyma się Wonder Woman, która ma do odegrania zdecydowanie większą rolę, a na tym nie koniec. Wszystko to jednak sprowadza się do jednego – wielkiej walki z Quarem i jego ludźmi. Na szczęście na drugim planie dzieją się rzeczy o wiele ciekawsze, niż można by sądzić.

 

„DK III” jest dla Millera pożegnaniem z opowieścią, która odmieniła komiks i wyniosła go na komiksowe wyżyny. Przywraca więc postacie z poprzednich części, ukazuje ich losy, przemiany…. Żegna się z nimi tak, jak żegna się z Batmanem. A może i rozlicza z samym sobą? Plotki o jego chorobie (wystarczy zobaczyć aktualne zdjęcia artysty by samemu się o tym przekonać) wydają się aż nazbyt wyraźne w treści. Pewne nadzieje znajdują tutaj odbicie w scenach, które można by wręcz uznać za marzycielskie – a patrząc na nie chłodnym okiem, za naciągane, ale to już każdy oceni przez pryzmat własnej wrażliwości.

 

Co jeszcze poza postaciami przemyca Miller do „DK III” z dawnej twórczości? Nie ma tu fascynacji Japonią, mangą i ninja, ale też i w jego Batmanie było ich niewiele. Jest za to narracja telewizyjna, którą stworzył na potrzeby „Powrotu”, przeplatana z bardziej współczesnymi trendami – wymianą wiadomości przez komunikatory i SMS-y. Choć od czasów pierwszej części trylogii w świecie bohaterów minęło ledwie sześć lat, postęp jest olbrzymi – bardziej widać w nim trzy dekady, jakie upłynęły od powstania „Powrotu”. Do tego dochodzi też specyfika wyrażania się młodzieży, skrótowe pisanie, bardzie fonetyczne niż właściwe, co dodaje całości kolorytu.

 

Czego ze starej twórczości Millera zabrakło? Na pewno odmiany ststusu quo postaci, rewolucji w ich życiorysach, choć jednocześnie w ciekawy sposób ujmuje Wonder Woman. Postać, którą w latach 40. stworzył psycholog Charles Moulton, inspirując się własną żoną, ich wspólną kochanką a także Margaret Sanger, feministką, którą głosiła nazistowskie wręcz poglądy (przymusowa aborcja osób nieprzystosowanych, ograniczenie rozrodczości czarnoskórych etc.), od zawsze była mocno feministyczna. Miller, jakże często posądzany w swojej twórczości o mizoginizm, wykreował ją na męską niemalże heroinę. Silną, twardą, bezlitosną – echa jego fascynacji bitwą pod Termopilami, której poświęcił powieść graficzną „300” (a także odwoływał się m.in. w swoim opus magnum, „Sin City”) widać tu aż nazbyt wyraźnie, a Diana zyskuje cechy Leonidasa. Ale taka Wonder Woman odpowiada mi o wiele bardzie, niż politycznie zaangażowana obrończyni uciśnionych. Jest w końcu przede wszystkim Amazonką, wojowniczką, o czym najczęściej twórcy zwyczajnie zapominają, tu zostało to mocno podkreślone – i chwała za to Millerowi.

 

Dobrze także, że porzucił chęć rysowania całości. w latach 80. i 90. Frank rysował wprawdzie znakomicie, wprowadzał nowe trendy zaczerpnięte z japońskiego komiksu, odświeżał gatunek, potem jednak jego talent gdzieś się ulotnił. Przestał dbać o tła, postacie rysował na szybkiego, burzył proporcje ciała… Długo by wymieniać, ale wszystko sprowadza się do tego, że jego prace wyglądały, jakby nie całkowicie nie chciało mu się rysować. Andy Kubert, który zajął się szatą graficzną „DK III”, godnie go zastąpił. Z pomocą Klausa Jansona, inkera „Powrotu Mrocznego Rycerza”, stworzył ilustracje łączące jego własny styl z tym, co Miller prezentował w największym okresie swojej świetności. Szkoda tylko, że kolor nie został nałożony tradycyjnie, wtedy historia ta nabrałaby charakteru. Z drugiej strony dobrze, że nie jest to kolor, jak w „Kontrataku”, gdzie aż nie dało się na to patrzeć. Oczywiście Miller także nie porzuca rysowania. Zilustrował bowiem większość z dodatkowych historii tu zawartych, czasem w sposób koszmarny (gdy sam nakłada tusz albo kiedy tuszuje prace Johna Romity Jr., zabijając w nich właściwie wszystko), czasem przypominający o dawnej świetności (z pomocą Jansona, oczywiście)… Ważne, że jest i wnosi do „DK III” coś więcej niż tylko scenariusz, napisany zresztą z Brianem Azzarello (kto wie, czy gdyby tworzył go sam, w ogóle by go dokończył – „Master Race” mogłoby skończyć tak, jak „Batman i Robin: Cudowny chłopiec”, który chyba nigdy nie doczeka się finału).

 

I chociaż „DK III” nie wybija się jakoś szczególnie na tle innych komiksów mainstreamowych (rozsądek nakazuje wystawić mu ocenę 6/10, sentyment w porywach nawet 8, ale jest to sentyment ślepy), to naprawdę dobra historia. I ciekawe pożegnanie z millerowskim Mrocznym Rycerzem, choć autor ma w planach ciąg dalszy. Czy go stworzy? Mam nadzieję, że nie, ale cieszę się, że mogłem przeczytać „DK III” i mimo wszystko jestem usatysfakcjonowany.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *