Wilcze Leże – Andrzej Pilipiuk

PILIPIUK W DOBREJ, KRÓTKIEJ FORMIE

 

Pilipiuk się skończył. Mam takie wrażenie od kilku lat, ale nawet jeśli to prawda, wciąż trzyma się znakomicie. Dowodem na to nie są ani kolejne tomy jego opus magnum, czyli Jakuba Wędrowycza (które zresztą też wyewoluowały w poważniejsze, bardziej wulgarne prace), ani powieści (których autor nie kontroluje w pełni, zbaczając w dziwne rejony), ale opowiadania pisane na poważnie. Teksty z pogranicza horroru, utworów wojennych, fantastyki i przygody, krótkie, ale treściwe i naprawdę urzekające klimatem. Najnowszy zbiór takich właśnie historii, zatytułowany „Wilcze leże”, doskonale pokazuje, że Pilipiuk trzyma poziom i wciąż ma jeszcze coś do powiedzenia.

 

Tytułowe „Wilcze leże” to historia dziewczyny, która mierzy się z trudami życia w wojennej codzienności. Nie na froncie, nie pośród walk, ale wśród biedy, strachu i obaw zagłuszanych przez ludzi na różne sposoby. A pośród tego wszystkiego jest on. Stary Mikołaj, który zbiera wszelkie mięsne ochłapy i zanosi na skraj lasu, karmić wilki, których praktycznie już nie ma. Tylko po co to robi?

 

Opowiadanie to nie wyczerpuje bynajmniej tematu wojny i wilków dla tego zbioru, nie mniej śmiało można powiedzieć, że nie określa jednocześnie całej jego tematyki. Pilipiuk bowiem tak, jak przeskakuje pomiędzy różnymi epokami, tak również przenosi się z jednego tematu na drugi, łącząc je ze sobą, przeplatając i często żartując z konwencji, której zarazem składa hołd. Znajdziemy tu zatem tekst traktujący o dramatycznych wydarzeniach, jakie za PRL-u rozegrały się w jednym z domów czy  historię znalezienia podczas wykopalisk mało znaczącej mumii.

 

I tak właściwie zawodzi tylko jedno opowiadanie, które opowiadaniem ciężko tak naprawdę nazwać. To bowiem literacki żarcik, niewielki rozmiarami – zmieściłby się w SMS-ie, ale niestety nieudany. Ani śmieszny, ani ciekawy, ani nawet porządnie napisany. Pamiętajcie jednak, że to tylko jedna z czterystu stron, taka przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Bo choć Pilipiuk nazywany jest Wielkim Grafomanem, poważnymi tekstami, jakie tu prezentuje, pokazuje, że potrafi pisać – i wymyślać intrygujące, porywające fabuły. Oczywiście owa powaga nie jest przesadna, opowiadania nie stronią od humoru, satyry i lekkości, ale elementy te są stonowane, odpowiednio użyte i prezentujące naprawdę dobry poziom. I cóż z tego, że nie znajdziemy tutaj niczego odkrywczego, Pilipiuk bawi się motywami z literatury i kina przygodowego, czerpiąc pełnymi garściami z ich skarbnicy (a także własnych pasji i wiedzy), składając im jednocześnie hołd.

 

W skrócie, po „Wilcze leże” naprawdę warto jest sięgnąć. To solidna lektura dla miłośników fantastyki, grozy i przygody w najróżniejszych jej odmianach, dobrze napisana i na dodatek zilustrowana w znakomity, realistyczny i przyjemny dla oka sposób. Lubicie Pilipiuka? A może macie ochotę na udany zbiór opowiadań w sam raz na wakacje? Sięgnięcie po ten tytuł będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Droga do Odrodzenia: Superman – Lois i Clark – Dan Jurgens, Lee Weeks

RODZINA ZE STALI

 

Może i historia DC Comics nie zaczęła się od Supermana, ale to jego przygody opublikowane w 1938 roku na łamach „Action Comics” dały początek opowieściom o superbohaterach. Nic więc dziwnego, że to właśnie on otwiera także „Drogę do Odrodzenia”, eventu, który po raz kolejny odmieni oblicze DC, przywracając właściwy bieg wydarzeniom. I przy okazji robi to w naprawdę znakomitym stylu.

 

Kiedy Superman i Lois zostali uwięzieni na Telosie, nie wiedzieli, że ich Ziemia, a właściwie cały wszechświat, który znali, uległ zmianie. Kiedy więc powrócili do swojego świata, ten był już zupełnie innym miejscem, nieufnym wobec Supermana, żyjący tu bohaterowie nie byli już tymi samymi, których doskonale znali. Clark i Lois zaczęli więc życie w ukryciu, pod przybranym nazwiskiem wychowując swojego syna Jonathana. Jak przystało na herosa, Clark przez lata działał w sekrecie ratując ludzi, Lois tymczasem pod pseudonimem Autor X wydawała kolejne książki obnażające przestępców. Niestety pewnego dnia wrogowie dowiadują się kim jest autor X, kobieta, jak i jej syn stają się celem, a jakby tego było mało po trwającej dekadę misji na Jowiszu na Ziemię wraca prom Excalibur. Ponieważ od długiego czasu nie było z nim kontaktu, wydarzenie to budzi wiele emocji. Superman obawia się jednak, co może z tego wyniknąć, pamięta bowiem, że w jego rzeczywistości komandor Henshaw, który pilotuje wahadłowiec, zyskał moce, stając się jednym z jego największych wrogów, Cyborgiem Supermanem. Czy i tym razem będzie stanowił zagrożenie? A to dopiero początek kłopotów…

 

Scenarzysta Dan Jurgens to prawdziwa legenda komiksów o Supermanie. Pisał je przez wiele długich lat, spod jego ręki wyszła m.in. rewolucyjna wówczas fabuła „Śmierć Supermana” i jej znakomity ciąg dalszy, a on sam wymyślił choćby postacie Doomsdaya i Cyborga Supermana. „Lois i Clark” to nie tylko dowód na to, że autor ma się całkiem dobrze, ale też znakomity przykład sentymentalnego komiksu, który z jednej strony mocno osadzony jest w wydarzeniach z przeszłości („Rządy Supermenów”) i teraźniejszości („Flashpoint”, „Convergence”), wprowadzając jednocześnie czytelników w nową/starą erę, a z drugiej stanowi udaną, samodzielną opowieść. Treść wyjaśnia bowiem wszystkie niezbędne zawiłości fabularne, a całość ma intrygujący klimat i fabułę w sam raz nadające się dla fanów postaci, jak i nowych czytelników, którzy chcieliby w tym miejscu zacząć swoją przygodę z Człowiekiem ze Stali i jego rodziną.

 

Co ciekawe, scenariusz Jurgensa jest o wiele dojrzalszy, niż jego prace z lat 90. XX wieku i pozbawiony wpadek, jakich wówczas nie brakowało w jego twórczości. Do tego na stronach albumu panuje nostalgiczny, ale też i w pewien sposób ponury nastrój. Całość natomiast została znakomicie zilustrowana przez Lee Weeksa. Kreska jest realistyczna, szczegółowa, ale też i typowo amerykańska, co pasuje do tej opowieści. Jeśli więc szukacie dobrego komiksu superhero, znajdującego się na skrzyżowaniu starego z nowym, „Lois i Clark” to bardzo dobry, warty poznania album i przy okazji udany wstęp do „Odrodzenia”. Polecam.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony. Przyjaźń to magia. Tom 9 – Jeremy Whitley, Andy Price

SŁODYCZ I MROK

 

Dziewiąty tom „My Little Pony” to znów jedna, długa opowieść. Tym razem jednak nasze słodkie kucyki stają przed jednym z najtrudniejszych (jeśli nie najtrudniejszym) z wyzwań w swojej karierze. Nadciąga niebezpieczeństwo, czarne chmury kłębią się nad głowami wszystkich, a wróg nie zamierza czekać. Jak jednak na tę serię przystało, nie zabrakło również humoru, uroku i dobrej, bajkowej zabawy!

 

Za Kryształowym Królestwem rozciąga się arktyczne pustkowie, które od wieków służyło jako więzienie dla najgorszych potworów. Siostry wypędzały tu różnych więźniów, z którymi nie było wiadomo co zrobić, ale miejsce to skrywa bestie tak stare, że nawet one o nich nie wiedziały. Kiedy Królestwo upadło, zaginęły wszystkie zapisy, ale potwory nie zniknęły i teraz nadszedł czas, żeby powróciły…

Tajemnicza, zakapturzona postać wędruje, odnajdując najróżniejsze szemrane i niegodziwe osoby i namawia je na przyłączenie się do niej. Da im siłę, pomoże im pokonać kucyki, których nienawidzą, a oni pomogą jemu. Kiedy na jarmarku dochodzi do ataku sił zła, dobre kucyki stają w obliczu potężnych zastępów wroga, który chce zaatakować Królestwo. Czy mu się to uda? Kto kryje się pod kapturem? I co czeka na naszych bohaterów w trakcie Oblężenia Kryształowego Królestwa?

 

Chociaż tom ten jest zdecydowanie bardziej mroczny, niż większość opowieści publikowanych w ramach „My Little Pony: Przyjaźń to magia”, zachowuje jednocześnie wszystkie niezbędne (i uwielbiane przez czytelników) elementy serii. Słodycz, urok, humor i satyra łączy się tu z tradycyjną opowieścią o sile przyjaźni, która potrafi pokonać nawet największe przeciwności losu. Tym razem jednak pozytywnym bohaterom jest o wiele trudniej zatriumfować. Zło połączyło siły, mrok wkrada się nie tylko do krainy, ale i w serca bohaterów, a światełka w tunelu nie widać. To, że wszystko musi skończyć się happy endem, wiadomo już od samego początku. Nadal jednak czytelnika ciekawi, jak do tego szczęśliwego finału dojdzie i co zmieni się w życiu kucyków.

 

Rysunki Andy’ego Price’a jak zwykle znakomicie pasują do opowieści, a przy okazji są także urocze, klimatyczne i słodkie. Podobnie zresztą jak kolory. Autor dobrze sprawdza się także w bardziej mrocznych ilustracjach, a eksperymenty graficzne z ukazaniem potworów wypadają naprawdę mile dla oka. Całość sprawia więc bardzo pozytywne wrażenie i zdecydowanie warta jest poznania. Oczywiście nie jest to komiks dla wszystkich, ale czytelnicy, którzy lubią słodkie, dziecięce opowieści potrafiące poprawić humor i obudzić w człowieku jakąś sentymentalną nutę, na pewno będą bawić się znakomicie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Bzik & Makówka przedstawiają: Elvis i Agenci Pamięci – Rafał Witek

CZASEM DO BOBRZE JEST SIĘ ZABAWIĆ

 

Bzik i Makówka powracają po raz piąty. Jeśli czytaliście poprzednie tomy, wiecie czego możecie się spodziewać, jeśli nie, czeka na Was znakomita, lekko szalona zabawa dla młodych i starszych, pełna przygód i humoru. Co więcej sprawdzająca się znakomicie jako świetnie napisana i uroczo zilustrowana lektura niezależna od poprzednich tomów.

 

W co tym razem wpakowali się Gabriela Bzik i Nilson Makówka, dwoje młodych przyjaciół? Gabrysia wpada na pomysł, jak poprawić ich oceny z zachowania, nie wyobraża sobie by nie dostać czerwonego paska na świadectwie, a wszystko co może jej w tym pomoc, jest mile widziane. Dlatego też decyduje się, że wraz z przyjacielem zgłoszą się do stworzenia strony internetowej swojej klasy. Automatycznie dostaną za to 6 z informatyki, a co więcej, będą kontrolować przepływ informacji i wszelkie nieprzygotowanie do lekcji będą mogli tłumaczyć obowiązkami związanymi z witryną. Jest jednak pewien problem – nie znają się na programowaniu! Ale wtedy pojawia się niezwykła okazja w postaci kursu informatycznego dla młodych, co więcej oferowanego w cenie tak okazyjnej, że aż podejrzanej. Wkrótce okazuje się, że  podany w ogłoszeniu adres nie istnieje, a wejście do firmy Bzik i Makówka znajdują w… toalecie lokalu z kebabem. Dalej jest już tylko dziwniej, bo oto przyjaciele trafiają do fundacji monitorującej podróże w czasie. Dwójka przyjaciół sama odbyła już kilka takich podróży, dlatego teraz otrzymują propozycję pracy, która stanie się dla nich prawdziwą przygodą!

 

Nie martwcie się, jeśli nie czytaliście żadnego z poprzednich tomów serii „Bzik i Makówka”. Sam dotychczas miałem okazję poznać tylko jedną książkę z przygodami tej dwójki (znakomite „Maliny zza żelaznej kurtyny”), a nieznajomość innych w niczym nie przeszkodziła mi cieszyć się napisaną przez Rafała Witka historią. Jak na dobry, dziecięco-młodzieżowy cykl przystało, wszystkie jego części łączą się ze sobą, ale także i znakomicie nadają do samodzielnego czytania. A czytać jest co, bo autor w świetnym stylu kontynuuje długą tradycję podobnych dzieł, łącząc klimat współczesności z tym, znanym z książek z czasów PRL-u. Znajdziecie tutaj zatem i sentyment, i dziecięcy zachwyt przygodami, i magię, którą młodzi potrafią wykrzesać nawet z najprostszych rzeczy.

 

Do tego całość została sprawnie, lekko, ale nie infantylnie napisana. Witek nie stworzył kolejnej, naiwnej opowieści dla dzieci, ale coś, co spodoba się także wewnętrznym dzieciom kryjącym się w każdym z nas – trzeba jedynie dać dojść im do głosu. I nie wstydzić się faktem, że tyle przyjemności może nam dostarczyć prosta książka. A ta konkretna dostarcza i to nie mało. Jeśli więc macie ochotę na coś, co przypomni Wam młode lata i przywoła uśmiech na twarzy, sięgnijcie. Warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Faks z Sarajewa – Joe Kubert

FAKS Z PIEKŁA

 

Kiedy myślimy o wojnie, oczami wyobraźni widzimy wielkie, minione konflikty zbrojne, które doczekały się miana światowych. Tymczasem jednak łatwo jest nam zapomnieć, że podobne tragedie dzieją się nawet w czasach obecnych i to wcale nie tak daleko od nas. O Sarajewie, choć działania wojenne miały tam miejsce w latach 90. XX wieku, nie pamięta się już tak bardzo, bo i nikt nie wspomina zbytnio tych wydarzeń. A szkoda, ponieważ w dobie konfliktu na Ukrainie, nabierają większej aktualności. Na szczęście są dzieła takie, jak to, które nie tylko przypominają nam o tym, co było, ale robią to także w znakomitym stylu.

 

Rok 1992. Ervin Rustemagić, europejski agent amerykańskiego rysownika Joego Kuberta po dwóch tygodniach rozłąki, przyjeżdża do Sarajewa, gdzie jego żona i dzieci odwiedzali rodzinę i przyjaciół. Walki pozornie ustały, jednak sytuacja w rozdartym wojną mieście jest ciężka. Gdy w wyniku eksplozji Rustemagiciowie tracą dom, zostają zmuszani do zamieszkania w hotelu dla dziennikarzy. Każdy, kto chce opuścić miasto zabijany jest bowiem przez żołnierzy, ale w samym Sarajewie też nie jest bezpieczniej. Ludzie są mordowani, snajperzy z radością strzelają do dzieci, młode dziewczyny są gwałcone, co chwila wybuchają bomby, spadają pociski, coś płonie…  Ervin może komunikować się ze światem zewnętrznym tylko poprzez faks. W ten sposób utrzymuje kontakt z Kubertem, a ten staje się początkiem starań artystów i dziennikarzy by pomóc Rustamagiciom uciec z Sarajewa…

 

Joe Kubert to prawdziwa legenda komiksu, założyciel pierwszej szkoły tworzenia opowieści graficznych i… Polak z pochodzenia. Swoją przygodę z historiami obrazkowymi zaczął w roku 1943, pracując dla wydawnictwa DC Comics, ale szybko ze swoimi pracami trafił także do innych wydawców. Przez trwającą blisko 70 lat karierę, którą w roku 2012 przerwał zgon, Kubert współtworzył komiksy z takich serii, jak „Batman”, „Superman”, „Flash”, „Tarzan”, „Ghost Rider” czy „Punisher: War Zone”, stworzył także postać „Hawkmana”, a za swoje prace otrzymał szereg nagród. Jednakże najważniejszym komiksem, jaki wyszedł spod jego ręki, nie był żaden z albumów przygotowanych dla gigantów wydawniczych, a osobisty „Faks z Sarajewa”. Poruszająca i ambitna opowieść w starym stylu, która po ponad dwudziestu latach od swojej premiery, trafiła wreszcie na polski rynek.

 

Co jest w tym komiksie takiego znakomitego? Z jednej strony mamy tutaj wspomniane już emocje, spotęgowane faktem, że „Faks…” oparty został na prawdziwej historii, z drugiej natomiast znakomite wykonanie. Ten album bowiem nie jest typową amerykańską powieścią graficzną, chociaż narracja sprawia takie właśnie wrażenie. Bliżej mu do dzieł europejskich, zaczynając do formatu i kadrowania, na tradycyjnie kładzionym kolorze kończąc. Niezależnie jednak od takich technicznych przecież detali, to po prostu znakomicie opowiedziana i narysowana historia, poprzeplatana autentycznymi faksami i wzbogacona o dodatki, w tym obszerną galerię zdjęć Rustamagiciów z omawianego okresu. Nic dziwnego, że komiks ten zdobył tyle nagród, łącznie z komiksowym Oskarem, czyli nagrodą Eisnera i drugim najważniejszym amerykańskim wyróżnieniem branżowym, czyli Harvey Award. Jeśli szukacie mocnej, szczerej i prawdziwej opowieści graficznej, nie kolejnej opowiastki superhero, a ambitnego i dojrzałego albumu, koniecznie rozejrzyjcie się za „Faksem…” wśród nowości. Naprawdę warto.

 

Wonder Woman, tom 1 – Greg Rucka, J.G. Jones, Drew Johnsosn, Shane Davis, Stephen Sadowski

KSIĘŻNICZKA DIANA

 

To, że run „Wonder Woman” pisany przez Grega Ruckę należy do jednych z najlepszych w ponad 75-letniej historii serii wie chyba każdy, kto lubi amerykańskie komiksy głównego nurtu. Oczywiście oznaczać może to wiele, sam zresztą do zebranych tu opowieść podchodziłem z duża dozą niepewności, ale, jak się szybko okazało, niepotrzebnie. Album ten bowiem to naprawdę znakomity komiks po raz kolejny potwierdzający klasę scenarzysty.

 

Hiketeja to prawo. Hiketeja to rytuał. W starożytnej Grecji każdy mógł błagać osobę o wyższym od siebie statusie o pomoc, a ta nie mogła mu odmówić. Błagany musiał zatroszczyć się o błagającego, który odrzucał swój honor, dopóki ten nie zwolnił go z przysięgi. Obie strony miały swoje obowiązki, żadna nie mogła nadużywać sytuacji, a złamanie hiketei niosło ze sobą poważne konsekwencje. Ale w dzisiejszych czasach nikt już nie błaga. Nikt? Pewnego dnia do stóp Diany pada młoda dziewczyna poszukiwana przez Batmana. Rytuał hiketei się dopełnia, a chociaż błagająca ścigana jest za serię morderstw, Wonder Woman, musi od teraz jej bronić, nawet jeśli będzie to oznaczało walkę na śmierć i życie z przyjacielem…

 

Tak w skrócie przedstawia się fabuła otwierającej ten tom powieści graficznej „Wonder Woman: Hiketeja”, która stała się nie tylko pierwszą historią Rucki traktującą o tej bohaterce, ale też i początkiem trwającej trzy lata pracy nad główną serią „WW”. Reszta tego pokaźnego, bo liczącego blisko 400 stron albumu to pierwsze 11 zeszytów z tej właśnie serii, przedstawiająca różne epizody z życia bohaterki z lassem. I chociaż to „Hiketeja” właśnie (swoją drogą Rucka dostał za scenariusz do niej Eisner Award) jest tu najlepsza, bo scenarzysta za wzorzec obrał sobie tragedie greckie, w których każdy wybór prowadził do tragedii, pozostałym fabułom także niczego nie brakuje. Pomysły Rucki są znakomite, odświeżają postać Wonder Woman i wikłają ją w wiele problemów zarówno politycznych (jest w końcu ambasadorką swojej ojczyzny), jak i superbohaterskich. Czytelnicy spragnieni rozrywki oraz nieco poważniejszych treści będą więc zadowoleni.

 

Strona graficzna albumu jest jednak bardziej zróżnicowana, niż treść. Najlepiej wypadają rysunki Jonesa do „Hiketei”, potem kreska staje się prostsza, bardziej cartoonowa i lżejsza, ale nadal wygląda nieźle. Podobnie zresztą jak kolory. Do tego, jak na wydanie deluxe przystało, edytorsko tom ten prezentuje się naprawdę wspaniale. Powiększony format, twarda oprawa, dodatkowa obwoluta, kredowy papier, a także solidna porcja dodatków, wśród których znalazły się bonusowe ilustracje, szkice i przedruki artykułów z fikcyjnego pisma.

 

I chociaż album, wśród majowych nowości znalazł się z powodu premiery filmu kinowego o Wonder Woman, to jest pozycją, która doskonale broni się sama i dostarcza solidnej porcji komiksowej rozrywki. Nawet tym, którzy nie wiedzą nic o tytułowej bohaterce. Dlatego też polecam go gorąco Waszej uwadze.

Wrota obelisków – N.K. Jemisin

WROTA DO DOBREJ FANTASTYKI

 

Kiedy omawia się serię tworzącą jedną, zamkniętą całość, prędzej czy później dociera się do momentu, kiedy trudno jest powiedzieć cokolwiek o akcji utworu bez zdradzania elementów istotnych dla historii. W szczególności dla zakończenia części poprzedniej. Tak jest też w tym właśnie przypadku, więc – choć będę starał się trzymać granic, jakie wyznaczył blurb z tyłu okładki – wybaczcie, jeśli dowiecie się czegoś więcej, niż byście chcieli. Albo po prostu darujcie sobie czytanie opinii i sięgnijcie po oba tomy tej opowieści; jeśli lubicie dobrą fantastykę, będziecie zachwyceni.

 

Koniec świata stał się faktem. Ludzkość czekała zagłada. Ale w tych dniach byli ludzi, którzy mieli swoje zmartwienia, przejmujące ich dalece bardziej, niż ogólnoświatowy kataklizm. Essun straciła dwoje dzieci – synka zabił mąż, córka zniknęła. Z matki Essun stała się mścicielką, która wyruszyła na poszukiwania dziecka. Bezskutecznie. Spotkanie z dziesięćiopierściennikiem Alabastrem może odmienić losy świata, ale czy odmieni także jej sytuację?

Tymczasem Nassun, jej córka, znajduje się bardzo daleko od matki. Szkoli się na mędrczynię, rośnie w siłę, ale do czego to wszystko może doprowadzić? I co może zmienić?

 

Trylogia „Pękniętej ziemi” to jedno z tych dzieł, które potrafią zachwycić już samym stylem. Może i N.K. Jemisin nie pisze w sposób szczególnie odkrywczy, ale jest w jej twórczości coś, co wyróżnia ją na tle większości współczesnych autorów Science Fiction, bo nie dość, że tworzy dzieło przyjemne w odbiorze, to jeszcze z ambicją i świeżością. Przyjemne, nie oznacza jednak lekkie, bo autorka wymaga od nas więcej, niż tylko zaangażowania w dobrą zabawę. Wymaga myślenia i włączenia własnych emocji, ale odpłaca się nam z nawiązką.

 

Przyglądając się bliżej jej powieści, zdecydowanie trzeba docenić także złożony, przemyślnie skonstruowany świat epoki jakże od nas odległej i bliskiej zarazem. Przepełnienie go osobliwościami doprowadza do sytuacji, w której nabiera własnego, niepowtarzalnego charakteru – tym zresztą cechują się także wykreowane przez Jemisin postacie, które są jakże ludzkie w swoich błędach, niedoskonałościach i sprzecznościach. To wszystko, do spółki z inteligentną, niosącą przesłanie fabułą, składa się na wspaniałą i wartą polecenia każdemu miłośnikowi fantastyki opowieść z wyższej, literackiej półki.

 

Ale uwaga, zaczynanie swojej przygody ze światem „Pękniętej Ziemi” od „Wrót obelisków” nie jest zbyt dobrym pomysłem. Trylogia ta od początku do końca skupia się na opowiedzeniu jednej, zamkniętej historii, więc jej poszczególne tomy nie są tworami autonomicznymi, które dałoby się czytać bez znajomości poprzednich części. Wszystko ma tu swoje miejsce i cel, i jeśli chce się poznać losy Essun i Nassun, trzeba zacząć od „Piątej pory roku”. Warto jednak to zrobić i warto jest także czekać na finałowy tom.

 

A ja dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Pazur sprawiedliwości – Leonie Swann

SPRAWIEDLIWOŚĆ PAPUGI

 

Na polskim rynku wydawniczym Leonie Swann pojawiła się w roku 2006 ze swoją debiutancką, wydaną rok wcześniej powieścią „Sprawiedliwość owiec”, zdobywając serca czytelników i robiąc nieco medialnego szumu. Wydana pięć lat później kontynuacja przeszła już jednak bez większego echa, a na kolejną książkę niemieckiej autorki czytelnicy nad Wisłą czekać musieli pół dekady. Na szczęście Swann chyba na dobre zadomowiła się na półkach naszych księgarń, bo niespełna półtora roku po udanym ”Krocząc w ciemności” dostajemy właśnie znakomity „Pazur sprawiedliwości”, potwierdzający po raz kolejny klasę autorki.

 

Powieść zaczyna się jak na kryminał przystał – śmiercią. Cambridge. Młody człowiek wspina się na kościelną wieżę, z trudem wędruje po niej, znajdując się czterdzieści metrów nad ziemią, ale w końcu stopa trafia na pustkę. Mężczyzna zaczyna spadać, słysząc jedynie głos wrzeszczący z oddali: „Morderca!”.

Wyjaśnienia sprawy podejmuje się doktor Augustus Huff, wykładowca z Camridge i profesor martwego studenta, który uważa, że chłopak nie zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Wręcz przeciwnie, kto jednak mógłby go zabić i dlaczego? Augustus zaczyna własne śledztwo, a za pomocnika ma Graya, należącą do zmarłego afrykańską papugę. Jak się można spodziewać, to właśnie przemądrzałe ptaszysko stanie się kluczowe w rozwikłaniu całej zagadki.

 

Nieudolny profesor i papuga stanowiąca jego zupełne przeciwieństwo. Brzmi to absurdalnie, ale Leonie Swann zawsze uwielbiała nietypowych bohaterów, jakby żywcem wyrwanych z klasycznej literatury przygodowej, ale przeniesionych w nowe czasy. Z połączenia tych sprzecznych zdawałoby się elementów powstało dzieło, w którym przenikają się dziecięca niemalże naiwność i tęsknota, głębia oraz literacki hołd. Przede wszystkim jednak do rąk czytelnika trafia powieść, gwarantująca dobrą zabawę, odmienną od tego, co zaludnia półki z kryminałami/thrillerami.

 

Poza tym także pod względem stylu „Pazur sprawiedliwości” przedstawia się naprawdę dobrze. Autorka nie pisze w sposób typowy dla współczesnej literatury rozrywkowej, jej opisy mimo lekkości są pełne, a całość liryczna i niebanalna. Powieść bywa brutalna, bywa też zabawna, cały czas jednak pozostaje bardzo przyjemna, ciekawa i wciągająca.

 

Miłośnicy thrillerów i kryminałów znudzeni ich wtórnością i nijakością na pewno będą zadowoleni, podobnie zresztą, jak wszyscy ci, którym do gustu przypadły poprzednie utwory Leonie Swann oraz czytelnicy chcący czegoś innego, choć dobrze im znanego zarazem. „Pazur sprawiedliwości” to dobra, warta polecenia lektura.

 

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Aliens: Zbawienie/Ofiarowanie – Dave Gibbons, Mike Mignola, Kevin Nowlan, Peter Milligan, Paul Johnson

ALIENS: WIARA

 

Każdy, kto czytał wszelkie komiksy rozbudowujące popularne uniwersa (nie dotyczy to jedynie ich, ale skoro mowa tym razem o komiksie, ograniczę się tylko do tej grupy) wie, że nie tylko nie dorównują one pierwowzorowi, ale także najczęściej są tworami koszmarnymi. Odcinaniem kuponików i powielaniem wyeksploatowanych do cna schematów, które nie sprzedałyby się bez sławnego logo. Podobnie rzecz ma się z Alienami, bo choć od początku opowieści graficzne o krwawiących kwasem Obcych starały się trzymać konkretny poziom, wciąż tylko nieliczne tytuły okazywały się pozycjami wartymi polecenia nie tylko miłośnikom tematu. Do nich na szczęście należy niniejszy album, jeden z najlepszych w długiej historii alienowych komiksów i przy okazji stanowiący po prostu znakomitą opowieść dla miłośników dobrych horrorów Sci-Fi.

 

W „Zbawieniu” grupa rekrutów z najodleglejszych światów zrzeszanych przez Firmę podróżuje przez kosmos, przewożąc tajemniczy ładunek. Kiedy w ładowni dochodzi do awarii, oszalały i ranny kapitan Foss decyduje się opuścić statek, pozostawiając resztę załogi na pewną śmierć. Wraz z bogobojnym Selkikrkiem rozbija się na powierzchni planety, nie mając zapasów ani nie mogą liczyć na żadną pomoc. Co więcej do tego nowego świata trafiło także to, co przewozili – krwiożercza bestia tożsama dla Selkirka z diabłem. Czy dwójka rozbitków ma jakiekolwiek szanse na przeżycie? I jaki sekret skrywała ich misja?

W „Ofiarowaniu” młoda kobieta uchodzi z życiem z katastrofy, ale sytuacja, w jakiej się znalazła, nie jest dla niej zbyt optymistyczna. Wędrując przez dżunglę dociera do kolonii, jednak jej pojawienie się rozczarowuje mieszkających tu ludzi. Każdy spodziewał się bowiem posiłków, oddziału marines albo czegoś w tym guście, ale nie samotnej, bezradnej kobiety. Miejsce od miesięcy jest terroryzowane przez Obcego, a koloniści nie są w stanie wezwać pomocy. Jakby tego było mało, sami skrywają niejedną tajemnicę…

 

Po serii komiksów „Fire and Stone” wydawnictwo Scream Comics sięgnęło wreszcie po klasykę i to chyba z najlepszego dla komiksowych „Alienów” okresu. Obie historie zebrane w tym tomie wydane zostały w roku 1993, wkrótce po premierze trzeciej części filmowej sagi i podobnie jak ona, w dużym stopniu koncentrują się na tematach wiary. Nie zapominają jednak o wymogach gatunkowych, dlatego też bohaterowie muszą stoczyć krwawy bój z prawdziwymi maszynami do zabijania, a pełna niebezpieczeństw akcja i widowiskowe sekwencje pojawiają się wtedy, kiedy są potrzebne. Jednocześnie na czytelników czeka tu także bardziej ambitne podejście do tematu, głębia, przesłanie i porządna, komiksowa robota, dodająca jednocześnie do obcego uniwersum coś do więcej, niż tylko kolejny pojedynek z Alienami. Cóż się jednak dziwić. Za obie historie wzięli się tacy twórcy, jak Dave Gibbons („Strażnicy”, „Batman vs. Predator”, „Give me Liberty”), Mike Mignola („Hellboy”), Kevin Nowlan („Superman vs. Aliens”), Peter Milligan („Hellblazer”) i Paul Johnson („Księgi Magii”) i zrobili coś więcej niż tylko kolejne wtórne  historyjki (choć wydźwięk „Ofiarowania” nie do końca jest w moim guście).

 

Graficznie „Zbawienie/Ofiarowanie” to album po prostu piękny i urzekający. Z jednej strony mamy w końcu ilustrację Mignoli, proste, mroczne, ale wspaniale klimatyczne, z drugiej hiperrealistyczne malowane plansze Johnsona. W obu przypadkach rysunki doskonale pasują do snutych opowieści i jeszcze bardziej podkreślają ich klimat. Wszystko to sprawia, że obok „Aliens: Labirynt” i „Aliens: Aniołowie apokalipsy” to zdecydowanie najlepszy komiks o Obcych wydany w naszym kraju. Dla fanów tej serii absolutne musisz-to-przeczytać, a jednocześnie pozycja, która może kupić serca nieprzekonanych. Rozejrzyjcie się za nią wśród nowości, bo jest tego warta.

Mój początek wszystkiego

Nie wiesz nawet, jak puste, jest Twoje życie, dopóki kogoś nie spotkasz.

Tamtego dnia byłem nikim, nie byłem nawet sobą. Po prostu jak co dzień siedziałem w biurze, za blatem, który tylko z perspektywy interesanta nie wyglądał na obdrapany, młody człek na stażu, i bezmyślnie stukałem w klawisze komputera. Nie znałem zbyt wielu osób, które by mnie rozumiały, nie znałem nikogo kto rozumiałby mnie dobrze. Dziewczyna, która zjawiła się tego dnia, by zacząć tam swoją pracę, nie wyglądała na szczególnie przystępną. Jej ponura mina była jak jej wycofanie.

Była jak ja.

Tu się nic nie mogło udać, choć zainteresowania miała ciekawe. Bliskie moich. Nawet nie zapałaliśmy do siebie sympatią.

Wspólne spacery, wyjścia do kina, długie rozmowy, pocałunki, wspólnie jedzona pizza, wspólne działania i spędzany czas. Tego wtedy nie było. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak dobre mogą być problemy, jeśli dzieli się je wspólnie i ile radości może kryć się za łzami. Nie miałem pojęcia, jak bardzo ktoś może rozumieć drugiego człowieka. Wszystko to było potem.

Tego dnia po prostu byłem głuchy, ślepy i pusty; nie wiedziałem nic. Tego dnia nie zamieniliśmy zbyt wielu słów.

Tego dnia nic nie zapowiadało zmiany na lepsze, choć na lepsze zmieniło się wszystko i trwa do dziś. Kocham Cię, Agniesiu :)

 

To moja praca konkursowa, a zgodnie z wymogami do zabawy nominuję Roberta, Karolinę i Michała :D – zasady tutaj.