Pluto #7 – Osamu Tezuka, Naoki Urasawa

PLUTO W PEŁNEJ KRASIE

 

„Pluto” wkracza w decydującą fazę. Większość najważniejszych bohaterów już nie żyje, coraz mniej tajemnic zostało do odkrycia, a wróg wreszcie objawia się w pełnej krasie. Zbliża się decydujące starcie, ale jak ono przebiegnie? I co będzie z Atomem? Jedno jest pewne, zabawa z tą serią jest rewelacyjna, a cała opowieść ani na chwilę nie traci nic ze swej jakości.

 

Atom nadal nie chce się wybudzić. Sześć miliardów osobowości walczy w nim nie mogąc znaleźć porozumienia, a jedyną możliwością by wrócił do działania jest zaaplikowanie mu jednostronnego uczucia. Co jednak jeśli w wyniku tego aktu nie odrodzi się on sam, a powstanie kolejna bestia taka, jak Pluto? Sytuacja jest tym trudniejsza, że zaczyna brakować czasu, zbliżają się bowiem bombardowania i ludność jest ewakuowana z okolicy. Czy „dusza” zabitego właśnie Gesichta stanie się dla Atoma pomocą?

Tymczasem Epsilon świętuje swoje „urodziny”, które wyprawiają mu uratowane przez niego dzieci. Powracają też do niego wspomnienia z czasów konfliktu zbrojnego. Wtedy robot odmówił mobilizacji, ale teraz czeka go starcie, z którego nie będzie mógł się wycofać. To bowiem on staje się kolejnym celem Pluto. Wróg po raz pierwszy pojawia się w pełnej okazałości, pozostaje jednak pytanie czy pokojowo nastawiony Epsilon przetrwa czy zginie?

 

Znakomity jest ten tom. Ale to było oczywiste od samego początku, bo „Pluto” nie przestał zachwycać ani na chwilę. Świetnie napisany, świetnie poprowadzony, pełen akcji, emocji i wzruszeń, nie zapomina także o spokojniejszych momentach. I odpowiada na kilka pytań, ale czy wyjaśnia już wszystko? O tym będziecie musieli przekonać się sami. Warto jednak to zrobić, bo „Pluto”, choć w swoim życiu czytałem kilkadziesiąt różnych serii z Kraju Kwitnącej Wiśni, wciąż pozostaje wśród najlepszych mang, z jakimi miałem do czynienia.

 

Nic w tym jednak dziwnego. Naoki Urasawa bazował na naprawdę znakomitym materiale źródłowym. Kultowa manga ojca i największego mistrza japońskiego komiksu, Osamu Tezuki, sama w sobie była cenionym dziełem. Urasawa przerobił ją jednak w swoim własnym stylu. Skupił się na zagadce, dodał mroku i powagi. I rewelacyjnie całość zilustrował. „Pluto”, choć prosto narysowany, pozostaje realistyczny i po prostu piękny.

 

Do tego dochodzi głębia, przesłanie, nieco filozofowania i niesamowity klimat. „Pluto” potrafi poruszyć nawet największego twardziela, ale jednocześnie nie jest przy tym ani infantylny, ani przesadzony. Wspaniała rzecz, dlatego też bardzo gorąco polecam ten tom, jak i całą serię Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Żubr Pompik. Wyprawy: Plan bobra – Tomasz Samojlik

ŻUBRY, BOBRY I JEZIORA

 

Trzeci i póki co ostatni tom „Wypraw” Żubra Pompika (wszystko wskazuje jednak na to, że będzie ich jeszcze dwadzieścia), nie zwalnia tempa. Sympatyczni bohaterowie kontynuują swoją wyprawę po Polsce, poznają świat, zwierzęta i ich otoczenie i przeżywają wiele przygód. A czytelnik wraz z nimi odkrywa sekrety parków narodowych naszego kraju.

 

Do tej pory rodzina żubrów, w skład której wchodzą tata Pomruk, mama Porada, synek Pompik i jego siostra Polinka, mieszkała w Puszczy Białowiejskiej. Niedawno jednak postanowili zacząć zwiedzać świat, a właściwie to Polskę i jej najpiękniejsze zielone tereny. Zaczęli od północnego wschodu kraju, w Narwiańskim Parku Narodowym, potem trafili do Biebrzańskiego, teraz nadszedł czas by odwiedzili Wigierski Park Narodowy. Czym to miejsce różni się od poprzednich? Przede wszystkim niesamowitą liczbą jezior, jest ich tutaj 42, a każde z nich jest inne wielkością i głębokością. Jak się można domyślić, żyje tutaj wiele ryb, są też oczywiście bobry, a na terenach rosną rzadkie storczyki. Rodzina żubrów wkracza pomiędzy zieleń roślin i błękit wody, często także porośniętej roślinnością. Dzieci jak zwykle znajdują idealne miejsca do zabawy, szczególnie fascynuje je pewna rzeka, której dno jest całkiem czarne. W końcu cała czwórka poznaje bobra i jego zajęcie, a przy okazji odkrywa jak wiele ciekawych zwierząt tutaj mieszka.

 

A co poza tym wszystkim odkrywa sam czytelnik? W poprzednich tomach miał okazję poznać dzioby i stopy zwierząt, teraz nadszedł czas by zobaczyć różne rodzaje ich zębów i to, co można za ich pomocą robić. To oczywiście nie wszystko, Wigierski Park Narodowy jest bowiem bardzo fascynującym miejscem – chyba ciekawszym nawet niż dwa poprzednie odwiedzone przez żubry. Mnogość jezior, niesamowita rzeka, od której wziął swoją nazwę itd. składają się na niezwykłe pobudzające wyobraźnię miejsce. Miejsce z tych, które bardzo chciałoby się odwiedzić. Tu sprawdza się przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Na pewno bowiem słyszeliście o wielu światowych parkach narodowych i ich cudach, ale czy wiedzieliście o tym, co czeka na Was w Waszym własnym kraju?

 

Samojlik wie jak zaciekawić czytelników już samymi informacjami, a przecież całość oferuje także interesujące i zabawne opowiadanie. Do tego dochodzi bardzo sympatyczna i miła dla oka szata graficzna i znakomite wydanie. Ja ze swej strony polecam gorąco, najmłodsi czytelnicy będą zadowoleni i to bardzo.

 

A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Żubr Pompik. Wyprawy: Bagienny łoś – Tomasz Samojlik

ŻUBRY W BIEBRZAŃSKIM PARKU NARODOWYM

 

„Żubr Pompik Wyprawy” to kontynuacja bardzo udanej serii o przygodach tytułowego zwierzęcia. Tym razem jednak zamiast poznawać tajemnice pór roku i zmiany, jakie wówczas zachodzą w puszczy, wyruszamy, jak chce tego tytuł, na serię wypraw po polskich parkach narodowych. Nie zmieniło się jedno: dzieci wciąż będą z przyjemnościom czytać jego przygody i przy okazji nauczą się wielu ciekawych rzeczy!

 

Żubr Pompik wraz z rodzicami, Pomrukiem i Poradą, oraz siostrą Polinką na co dzień mieszka w puszczy, ale czasem każdy chce wybrać się gdzieś indziej, prawda? Żubry wyruszyły więc w drogę, zwiedziły już Narwiański Park Narodowy, teraz nadeszła pora by poznały, co kryje się w zakamarkach parku leżącego nad Biebrzą. Czym różni się on od poprzedniego? Chociaż oba położone są nad rzeką, ten może się pochwalić przede wszystkim swoimi rozmiarami (jest największym w Polsce), a także mokradłami, w których żyje wiele najróżniejszych, i na dodatek rzadkich, gatunków zwierząt. Racice żubrów nie są przystosowane do chodzenia po bagnie, sama przeprawa jest więc dla nich nie lada wyzwaniem. Dzięki temu jednak przekonują się czym różnią się od żyjących tutaj łosi, a to prowadzi do zdobycia kolejnej wiedzy: jak wyglądają stopy najróżniejszych zwierząt i dlaczego właśnie tak. Jakie przygody czekają tutaj na Pompika i jego bliskich? I co wszyscy wyniosą z tej wyprawy?

 

Niby książeczki o wyprawach żubra Pompika są niepozorne, bo i niewielkie rozmiarami, i grubością tak samo, na dodatek dość prosto napisane i tak samo zilustrowane, a jednak ich lektura to naprawdę dobra (a przy okazji pouczająca) zabawa. W twórczości Samojlika, czy to komiksowej, czy literackiej, jest jakiś taki urok, któremu trudno nie ulec. Zabawne przygody sympatycznych bohaterów pokazują młodym czytelnikom czym są nasze parki narodowe, zapoznają z najważniejszymi informacjami i uczą ciekawostek ze świata zwierząt.

 

Każdy tom oprócz bogato ilustrowanego opowiadania zawiera także wkładkę z mapą Polski z rozmieszczeniem 23 parków narodowych i faktami na temat fauny (w tej części jest ona poświęcona wspomnianym stopom zwierząt) oraz wstęp i podsumowanie zawierające najważniejsze informacje z książeczki. Strona graficzna jest prosta, ale bardzo sympatyczna. I mocno kolorowa, co oczywiście przyciąga wzrok dziecięcych odbiorców. Do tego dochodzi ładne wydanie i atrakcyjna cena.

 

Jeśli więc szukacie pozycji z gatunku bawiąc-uczy, koniecznie powinniście poznać „Żubra Pompika”. To przyjemna i wartościowa lektura nie tylko dla najmłodszych. Polecam.

 

A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Żubr Pompik. Wyprawy: Tajemnica Rzeki – Tomasz Samojlik

ŻUBR POMPIK RUSZA W DROGĘ

 

Do niedawna wydawało się, że seria o przygodach Pompika jest już zakończona. Cztery tomy, każdy opowiadający o konkretnej porze roku, ją tworzące nie wyczerpywały wprawdzie tematu, jednak tworzyły zamkniętą – i bardzo udaną! – całość. Dlatego też premiera trzech nowych książeczek Samojlika była nie lada zaskoczeniem, na szczęście autor po raz kolejny nie zawiódł, a na dodatek wszystko wskazuje na to, że dopiero się rozkręca.

 

Co tym razem czeka na Pompika, jego siostrę Polinkę i ich rodziców – Poradę i Pomruka? Jak się okazuje żubry nie tkwią jedynie w swojej puszczy – zdarza się im także wędrować. I teraz właśnie wyruszyły w drogę by poznać nieznane im miejsca i zwierzęta. Gdzie wybierają się na początek? Do Narwiańskiego Parku Narodowego, gdzie płynącą zakolami, rozgałęziającą się na kilka koryt i zbiegającą z powrotem rzekę Narew porastają szuwary, czyli gęste zarośla złożone z roślin wodnych. Tylko co może żyć w takiej okolicy? Choć wydaje się ona opustoszała, Pompik i pozostałe żubry przekonują się, jak wiele stworzeń kryje się wśród nadbrzeżnej roślinności. Tak poznają tutejsze ptaki, ich sekrety i niezwykłości i przeżywają niesamowite przygody!

 

Dokładnie takie same, jakie możecie przeżyć i Wy, jeśli tylko wybierzecie się do Narwiańskiego Parku Narodowego. Albo, jeśli to dla Was niemożliwe, pójdźcie na spacer z rodzicami nad rzekę i przekonajcie się, jakie ptaki żyją w Waszej okolicy. Kto wie, może będziecie zaskoczeni. Póki co jednak macie do dyspozycji najnowsze przygody Pompika – i to naprawdę udane, jak zresztą wszystkie części tej serii.

 

Chociaż „Tajemnica rzeki” to niepozorna książeczka, niewielkich rozmiarów i cienka, bo składająca się z niespełna trzydziestu stron, a jednak znakomita. Ciekawie napisana, uroczo zilustrowana i przede wszystkim pouczająca. Dzieci dzięki niej dowiadują się wielu ciekawostek i faktów na temat żubrów, Narwiańskiego Parku Narodowego i ptaków tam żyjących. Wkładka poświęcona tym ostatnim wyjaśnia nam do czego służą różne rodzaje dziobów ptaków wodnych i błotnych, a w samym środku publikacji czeka na nas mapa Polski z zaznaczonymi dwudziestoma trzema Parkami Narodowymi. I wszystko wskazuje na to, że tyle też będzie części serii. Jest więc na co czekać.

 

Szczególnie, że trzy obecnie wydane tomiki prezentują się naprawdę uroczo. Są kolorowe, wydrukowane zostały na dobrej jakości papierze i nie zajmują dużo miejsca. Przede wszystkim jednak edukują dzieci i są dla nich ciekawe. Ja osobiście polecam gorąco – warto je poznać, jak każde z dzieł Samojlika zresztą.

 

A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

My Hero Academia. Akademia bohaterów #1 – Kohei Horikoshi

JAK ZOSTAĆ SUPERBOHATEREM

 

Jako człowiek urodzony pod koniec lat 80. XX wieku należę do pokolenia, dla którego manga i anime było ważnym elementem dzieciństwa. Zaczęło się od „Muminków”, potem była „Czarodziejka z księżyca” i dwa najbardziej popularne dzieła tego typu moich czasów (i chyba najpopularniejsze w naszym kraju w ogóle): „Pokémon” i „Dragon Ball”. Wspominam o tym nie przypadkiem, bo właśnie ze względu na młodzieńczą fascynację ostatnim z wymienionych tytułów nie mogłem się doczekać premiery „My Hero Academia”. I cieszę się, że manga w końcu trafiła w moje ręce, bo to naprawdę udany, wzorcowy shōnen pełen akcji, humoru i walk.

 

Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy w Chinach urodziło się świecące dziecko. Ono było pierwszym posiadaczem niezwykłych zdolności – pierwszym, ale nie jedynym. Moce zaczęły pojawiać się u kolejnych ludzi, badano ich, jednak nikt nie był w stanie znaleźć ich źródła. Obecnie ponad 80% populacji dysponuje jakimiś z nich, mniej lub bardziej przydatnymi, a co za tym idzie wszędzie dominują społeczeństwa superbohaterów. Oczywiście tam, gdzie są herosi, tam muszą być też superwrogowie, nie każdy bowiem zamierza swoich zdolności używać w słusznej sprawie. Większość jednak chce być bohaterami, powstały nawet szkoły uczące tego fachu, ale czy można zostać jednym z herosów, kiedy nie ma się mocy? W takiej sytuacji znalazł się czternastoletni Izuku Midoriya. Chociaż jego rodzice mieli potężne zdolności, on nie odziedziczył żadnej z nich. Marzy jednak by pójść do szkoły dla superbohaterów, ale z tego właśnie powodu jest wyśmiewany przez kolegów. Chciałby jednak udowodnić sobie i innym, co potrafi. I nagle los daje mu szansę. Kiedy spotyka najsłynniejszego z herosów, All Mighta, pojawia się okazja by jego marzenie się spełniło. Najpierw jednak czeka go wyczerpujący trening i mnóstwo wyrzeczeń, którym może nie sprostać…

 

Główny bohater tej mangi wygląda jak Son Goku z „Dragon Balla”. Treść w sumie też jest podobna, i tu i tam nastolatek trafia pod opiekę mistrza sztuk walki, żeby wyrosnąć na prawdziwego wojownika, bierze udział w kolejnych pojedynkach i poznaje nowych ludzi. Ale na tym właśnie opiera się gatunek shōnen, komiksów przeznaczonych dla nastoletnich chłopców, którzy chcą się trochę pośmiać, ale przede wszystkim dać porwać się pełnej niebezpieczeństw akcji. „My Hero Academia” czerpie pełnymi garściami z dokonań poprzedników, nie zapomina także o sięgnięciu do innych źródeł, jak amerykańskie komiksy superhero i miksuje to w doskonale wszystkim znany, ale wiąż przyciągający czytelników produkt finalny.

 

Humor i poświęcenie. Patos i lekka przygoda. Potężni przeciwnicy, dziwne stworzenia, widowiskowe pojedynki… Dokładnie oferuje „My Hero Academia”. Także graficznie znajdziecie tu wszystko to, co już znacie – i, oczywiście, zarazem to, czego chcecie. Prosta kreska, dynamiczne ukazanie walk, sympatyczne postacie, świetna mimika. Wymieniać można by długo, ale liczy się tylko jedno: miłośnicy shōnenów, ci nastoletni, jak i ci, którzy na nich się wychowali, będą zadowoleni. Polecam więc tę serię ich uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Torpedo 1972 – Enrique Sanchez Abuli, Eduardo Risso

TORPEDO W ERZE OJCA CHRZESTNEGO

 

Po osiemnastu latach od skończenia serii, Enrique Sanchez Abuli powraca do swojego bohatera, cyngla z okresu Wielkiego Kryzysu. Ale nie jest to już ten sam płatny morderca, czasy się zmieniły, zmienił się świat, on sam postarzał się o 36 lat. Jest już legendą – tak w świecie komiksowym, jak i tym prawdziwym – ale nadszedł czas by raz jeszcze przypomniał o sobie. I choć „Torpedo 1972” zmienił się bardzo, album jest ciekawym i sentymentalnym powrotem do opowieści, którą pokochali czytelnicy.

 

Kiedy jesteś płatnym mordercą, niełatwo jest dożyć starości. Niektórym to się jednak udaje. Przepis na przetrwanie jest prosty: pozbyć się wrogów, nie mieć przyjaciół, nikomu nie ufać. Jest rok 1972, rok, kiedy w kinach króluje wyidealizowany obraz gangsterskiego życia, „Ojciec chrzestny”, a świat wprawdzie zmienił się przez ostatnie 36 lat i to bardzo, ale nadal jest brudny, pełen seksu i przemocy. Młody dziennikarz z „Wall Street Journal” pisze artykuł o sławnym mafiosie z lat 30., Piero Caputo. Od jego trzech synów dowiedział się, że wprawdzie nikt nie wie, kto naprawdę zabił ich ojca, ale wszystko wskazuje na to, że zrobił to niejaki Torpedo. Jedni sądzą, że ów cyngiel już dawno nie żyje, inni, że ma się dobrze – a przynajmniej na tyle dobrze, na ile pozwala mu choroba, bo cierpi na Parkinsona. Dziennikarz chce dowidzieć się prawdy o nim, udaje mu się zaaranżować spotkanie z Torpedo, a do pomocy angażuje swoją dziewczynę, fotografkę. Ma nadzieję, że temat zapewni mu Pulitzera. Zbrodnia sprzed trzydziestu lat na pewno dobrze się sprzeda. Żadne z nich nie ma pojęcia czym skończy się spotkanie ze starym, ale wciąż dystyngowanym płatnym zabójcą, któremu czas może nie pomógł, ale nadal nie zapomniał jak wykonywać stary fach i nadal ciągnie go do pięknych kobiet, nawet jeśli i na tym polu nie zawsze jest już sprawny…

 

„Torpedo 1972” to już nie „Torpedo 1936”, ale czy to źle? Absolutnie nie. Czasy się zmieniły, zmienił się bohater, tak samo nastrój opowieści, w której wprawdzie nadal nie brakuje humoru, ale całość zachowuje powagę, niemniej zabawa nadal jest znakomita. Miło było wrócić do tego świata, choć na krótko. Szczególnie, że to naprawdę dobrze napisana historia (tym razem tylko jedna), sentymentalna, na szczęście nie przesadnie. I w ciekawy sposób korespondująca z czasami, kiedy to zainteresowanie opowieściami gangsterskimi zaczęło się odradzać.

 

Największej zmianie uległa szata graficzna. Czarnobiałe, brudne, klasyczne rysunki Jordiego Berneta, zastąpione zostały przez bardziej współczesne, ale znakomite prace Eduardo Risso („100 naboi”, „Aliens: Widmo”, „Dark Knight III: Master Race”). Ten rysownik, operujący stylem przypominającym nieco prace Franka Millera, od lat należy do czołówki moich ulubionych artystów komiksowych. Nie zawiódł też i tym razem, a proste, ale znakomicie dobre kolory doskonale uzupełniają całość.

 

Jeśli więc podobał Wam się „Torpedo 1936”, powinniście sięgnąć po jego kontynuację. To niby tylko jeden album, dość cienki w stosunku do zbiorczego wydania starych epizodów, ale wart poznania. Jednym spodoba się bardziej niż poprzednie części, innym mniej, ja jestem zadowolony.

 

Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Torpedo 1936 – Enrique Sanchez Abuli, Jordi Bernet

TORPEDA NOIR

 

Oto komiksowa torpeda. Krwawa komedia noir pełna seksu, przemocy i brudu, podana w znakomitym stylu. Twardzi mężczyźni, piękne kobiety i świat złotego okresu amerykańskiej gangsterki, będący jednocześnie czasem Wielkiego Kryzysu. A wszystko to w jednym, imponującym tomie zbierającym wszystkie czarnobiałe części serii.

 

Jest rok (jak wskazuje na to tytuł samego albumu) 1936. Luca Torelli zwany Torpedo to włoski imigrant żyjący obecnie w Nowym Jorku, gdzie para się gangsterskim fachem. A dokładniej sprzątaniem – ludzi, oczywiście. Jak na płatnego zabójcę przystało, za odpowiednio wysoką kwotę zabije każdego, pozbyłby się nawet własnego ojca, gdyby ktoś mu dobrze za to zapłacił. Nawet przyjaciela zabija bez wahania – cóż, taki biznes. Czy są wyjątki od tej reguły? Zdarzają się, Torpedo nie pozbyłby się własnej matki, bo to święta kobieta była. I jako miłośnik kobiecego piękna, któremu jakże często ulega, pozwala sobie oszczędzić czasem przedstawicielki płci pięknej, jeśli są dla niego… hmm… użyteczne. Co nie znaczy, że nie przyjmie pieniędzy za zlecenie, a potem sam nie ukryje pięknej dziewczyny (najlepiej pod swoim dachem). Przynajmniej dopóki nie okaże się, że to zła kobieta była, bo ta jego słabość potrafi przysporzyć mu kłopotów. Ale Torpedo umie poradzić sobie z wszelkimi trudnościami dość sprawnie, by wyjść z nich cało za każdym razem.

 

Gdybym miał do czegoś porównać „Torpedo”, pewnie byłoby to „Sin City”. Owszem, nie jest ta sama kategoria wagowa, że się tak wyrażę, opus magnum Franka Millera to seria jedyna w swoim rodzaju i jedna z najważniejszych opowieści komiksowych w moim życiu, niemniej obie posiadają mnóstwo elementów wspólnych. Zaczynając od tego, że są historiami noir, gdzie bohaterowie, których darzymy sympatią nie należą wcale do postaci pozytywnych, na brudzie, seksie i przemocy kończąc. Ważniejszy jest jednak fakt, że i „Miasto Grzechu”, i „Torpedo” to w pewnym stopniu takie komiksy marzeń. Marzeń chłopców o sile, potędze, szacunku i kobietach. Nagich, chętnych – niestety zbyt wiele z nich to kobiety fatalne. Dlatego też na stronach pełno jest roznegliżowanych ślicznotek o pełnych kształtach, przybierających wyzywające pozy. Czasem są to nawet nieletnie prostytutki (w takim przypadku Torpedo prędzej dałby sobie uciąć, niż by taką przeleciał), a czasem to młody chłopak, dziecko niemalże wpada a namiętne objęcia dojrzałej, acz pięknej i ponętnej kobiety, podkreślając tylko marzycielski ton całości.

 

To, co jednak najbardziej odróżnia „Torpedo” od „Sin City”, to jego lekkość, humor i cartoonowość. Poszczególne epizody, mimo iż zachowują sporą dozę realizmu, są jednocześnie karykaturalne. Szczególnie jeśli chodzi o stronę graficzną i prezentację bardziej egzotycznych postaci (jak choćby czarnoskórych). Rysunki zresztą są w tej serii znakomite, kojarzące się z groszowymi, pulpowymi komiksami sprzed dekad, wyraziste, choć brudne i pod wieloma względami przypominające dokonania Joego Kuberta. Ogląda się to z wielką przyjemnością, szczególnie, że Jordi Bernet (znany choćby z pracy przy serii „Jonah Hex”) płynnie przechodzi od realizmu do parodii, doskonale odnajdując się w obu stylistykach. I znakomicie też czyta (nie przypadkiem „Torpedo 1936” dostał w roku 1986 nagrodę dla najlepszego komiksu zagranicznego na festiwalu w Angoulême). Warto go więc poznać, a rewelacyjne zbiorcze wydanie (720 stron!) całej serii nadaje się do tego lepiej, niż doskonale. Polecam bardzo gorąco.

 

A wydawnictwu Non Stop Comics dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Żywe Trupy #27: Wojna z Szeptaczami – Robert Kirkman, Cliff Rathburn, Charlie Adlard, Stefano Gaudiano

ZNÓW NA WOJNIE

 

Seria „Żywe trupy” prowadzona jest według konkretnego schematu. Pojawia się zagrożenie, bohaterowie przygotowują się do niego, zaczyna się walka (czasem kolejna wojna totalna), ktoś ginie, ktoś dołącza do drużyny, a w końcu zapanowuje względny spokój. Na chwilę. Nie inaczej jest też tym razem, ale czytelnicy, którzy polubili ten właśnie sposób prowadzenia całości na pewno nie zawiodą się czytając najnowszy tom serii.

 

Spokój na posterunkach zostaje przerwany nagłym pojawieniem się Negana. Dawny wróg, obecnie więzień uciekinier, nie budzi niczyjego zaufania, ale twierdzi, że ma dla Ricka prezent i gotów jest pomóc bohaterom. Mimo, że Dwight najchętniej zabiłby go na miejscu, daje się przekonać towarzyszom, by zabrać go do przywódcy. Tam Negan przekazuje głowę zabitej własnoręcznie alfy Szeptaczy, na dowód wierności, i mówi, że mógł nie tylko dołączyć do wrogów, ale z czasem przejąć nad nimi kontrolę i zniszczyć Ricka i jego ludzi. Przywódca nie chce go jednak w murach miasta, pozwoli mu za to żyć samotnie, da dość broni by mógł przetrwać i dostawy jedzenia na tak długo, jak ten będzie współpracował. Teraz jednak wszyscy mają ważniejsze rzeczy na głowie, dlatego na razie będzie działał na froncie walki z Szeptaczami. Nikt nie ma bowiem wątpliwości, że ci zaatakują, ale nie będzie to wojna taka, jak dotychczas. Zaczynają się przygotowania, planowanie, gromadzenie sił, ale Szeptacze nie są jedynym zagrożeniem, jakie czeka na Ricka i jego ludzi. W końcu żywe trupy też nagle nie zniknęły, a w nadchodzących wydarzeniach mogą odegrać niebagatelną rolę…

 

To serii „Żywe trupy”, wymyślonej (i od samego początku także pisanej) przez Roberta Kirkmana, zawdzięczamy ponowne zainteresowanie horrorami z zombie. Po fali popularności z przełomu lat 60. i 70., żywe trupy popadły nieco w zapomnienie – aż do premiery tego komiksu. Potem na jego podstawie powstał bijący po dziś dzień rekordy popularności serial i wiele, wiele innych rzeczy, jakie nadeszły po nim. Wszystko jednak zaczęło się od opowieści graficznej.

 

Oczywiście zbyt wielu nowości w „Żwawych trupach” nie znajdziecie. Komiksy z tej serii dobrze powielają jednak schematy gatunkowe, znakomicie wpasowując się w długą tradycję tego typu opowieści. Na stronach ciągle coś się dzieje, zagrożenie czai się wszędzie – tak ze strony tytułowych monstrów, jak i innych ludzi – jest więc krwawo, bywa też mrocznie i bardzo nastrojowo. Czasem tempo spada, czasem rośnie, ale poniżej pewnego poziomu całość nie schodzi nigdy.

 

Szata graficzna? Ta często jest lepsza, niż sama treść. Rysunki, choć proste, tworzą niesamowity klimat, szczególnie kiedy odpowiedzialny za nie Charlie Adlard serwuje nam splashpage’e i rozkładówki. Mnogość postaci, samotne budynki, brud… Wszystko to wygląda po prostu znakomicie. Całość natomiast z pewnością spodoba miłośnikom zombie. Jeśli do nich należycie, zainteresujcie się tą serią, warto.

Hawkeye #2: Lekkie trafienia – Matt Fraction, David Aja, Francesco Francavilla, Jesse Alan Hamm, Steve Lieber

HAWKEYE – BEZBŁĘDNE TRAFIENIA

 

Hawkeye” to seria nietypowa nie tylko, jak na Marvel NOW!, ale Marvela w ogóle. Odkąd w roku 1961 powstało to wydawnictwo, zaczęło tworzenie czegoś, czego nie miała konkurencja – spójnego uniwersum, w którym przeplatały się losy wszystkich bohaterów. Dlatego też wydarzenia każdej z serii, które miały większy zasięg, wpływały mocno na pozostałe tytuły, a postacie regularnie spotykały się na łamach innych magazynów, a także eventów dotykających właściwie wszystkich z nich. Co na tym tle wyróżnia „Hawkeye’a”? Fakt, że jest opowieścią na wskroś samodzielną. Okazjonalnie pojawia się tu ktoś spoza serii, ale przede wszystkim każdy zeszyt to oddzielna opowieść. Na dodatek taka, w której nie trzeba nic wiedzieć ani o uniwersum Marvela, ani też samej postaci. A że jednocześnie są to opowieści naprawdę udane, przygody łucznika należą jednocześnie do najciekawszych w serii Marvel NOW!.

 

Clint Barton, Hawkeye, jeden z członków Avengers. Genialnie strzela z łuku, innych mocy nie posiada – i to wszystko, co musicie o nim wiedzieć. Często działając z innymi herosami ratuje świat, ale co robi, kiedy akurat tym się nie zajmuje? Jako mieszkaniec jednej z nowojorskich kamienic dba o interesy jej mieszkańców, starając się jednocześnie by nikt nie dowiedział się, że tu mieszka. Zajmuje się drobnymi przestępcami, gangsterami itd., i nie unika też towarzystwa kobiet. Najczęściej fatalnych.

Nie inaczej jest i tym razem. Zbliża się bowiem huragan, dochodzi do powodzi, potem zaczyna się zima, zbliżają się Święta… Co może się wówczas wydarzyć? Kiedy macie taki talent do pakowania się w kłopoty, jak Clint, wszystko! Szczególnie, że już wkrótce w jego życiu pojawia się kolejna piękna kobieta, a wraz z nią nowe problemy. Na koniec zaś poznajemy śledztwo prowadzone przez… psa Hawkeye’a.

 

Śledztwo psa? Brzmi może osobliwie, ale jest to zdecydowanie najlepszy moment tego tomu. Nie ma się zresztą co dziwić, zeszyt opowiadający o tej przygodzie zdobył nagrodę Eisnera, najważniejsze wyróżnienie w świecie komiksowym (zresztą sama seria, jak i scenarzysta czy niektóre zeszyty zdobył jeszcze kilka nominacji do tego wyróżnienia). Coś musi być zatem w tej serii niezwykłego – i jest. Taka zwyczajność, prostota jakiej brak większości superbohaterskich opowieści dostępnych na rynku, i prawdziwość. A wszystko to z całkiem sporą dawką akcji i klimatów charakterystycznych dla gatunku noir.

 

I jakże cudownie zilustrowane. Rysunki Davida Aji zachwycają prostotą i czystością kreski. Każda strona, każdy kadr – wszystko wygląda tak, jak wyglądać powinno. Uzupełnione nieskomplikowanym, znakomitym kolorem wpada w oko i urzeka. Nieźle wypadają też ilustracje innych autorów, jednak to Aja kradnie cały show.

 

Czy trzeba czegoś więcej? „Hawkeye” to jedna z najlepszych nowości z Marvel NOW!, a miłośników tego wydawnictwa chyba nie trzeba przekonywać, że komiksy wydawane w tej linii w większości są znakomite. Dzieło napisane przez Matta Fractiona na dodatek doskonale nadaje się zarówno dla fanów uniwersum, jak i zupełnie nowych odbiorców, nawet tych, nieznoszących superhero. Polecam gorąco!

Amelia Bedelia i Boże Narodzenie – Peggy Parish

ŚWIĄTECZNA KLASYKA

 

Powoli zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Wprawdzie gdy piszę te słowa, dzielą nas od nich jeszcze niemal trzy tygodnie, warto jednak już teraz rozejrzeć się za prezentami, przede wszystkim oczywiście tymi, dla najmłodszych. Warto też by wśród nich znalazła się jakaś wartościowa lektura, a urocza książeczka „Amelia Bedelia i Boże Narodzenie” nadaje się do tego doskonale. To w końcu jedna z klasycznych publikacji, które mimo upływu lat nieprzestały urzekać i cieszą zarówno dzieci, jak i dorosłych.

 

Kimże jest tytułowa Amelia Bedelia? Jeśli jeszcze tego nie wiecie, jest to gosposia pracująca u państwa Rogers. Jak na gosposię przystało, zawsze ma coś do zrobienia, zawsze też wszystko pokręci, stając się przyczyną wielu komicznych sytuacji. Co więc zgotuje tym razem, skoro zbliżają się Święta, ten okres w roku, kiedy jest najwięcej do zrobienia i przygotowania? Właśnie! Na dobry początek pani Rogers każe jej upiec ciasto świąteczne, ale skąd tu wziąć… święta do tego ciasta? Sześć kubków prażonej kukurydzy? Nie ma problemu – gorzej, kiedy pani domu nie sprecyzuje czy chodzi jej o taką ilość uprażonej czy do prażenia. Ale co z kominem, skoro zjawić ma się Mikołaj? Czym wypełnić skarpety by przybić je nad kominkiem? I najważniejsze, jak ubrać choinkę – a dokładniej, jakie ubrania dla niej znaleźć i co zrobić z tymi odstającymi gałęziami, które tylko przeszkadzają? Amelia Bedelia na wszystko ma sposób, nie koniecznie zgodny z oczekiwaniami, ale dający… hmm… ciekawe (czyt. komiczno-destrukcyjne) rezultaty!

 

Peggy Parish, autorka, która zmarła niemal 30 lat temu, serię o Amelii pisała przez ćwierć wieku, zaczynając w roku 1963 i nie przestając do samej śmierci. W tym czasie spod jej ręki wyszło dwanaście książeczek o zabawnych perypetiach nieco szalonej gosposi, ale dzieciom to nie wystarczyło. Dzieciom, które pokochały jej książki, nawet jeśli nie lubiły czytać, co chyba jest najlepszą recenzją jaką można wystawić tej serii. Cykl doczekał się więc kontynuacji, jej pisaniem zajął się syn autorki, Herman, ale nic nie zastąpi klasyki.

 

Dlaczego? Chociaż Peggy pisała w sposób prosty i bardzo lekki, typowy dla dziecięcych publikacji, robiła to z talentem i pasją. Chciała tworzyć opowieści, które podobałyby się najmłodszym, bo wiedziała, jak bardzo książki potrafią nudzić. I stworzyła lekturę zabawną, wciągającą i pouczającą, a jeśli chodzi o „Boże Narodzenie”, także bardzo klimatyczną. W świątecznym okresie dzieci taką książką będą zachwycone, dorośli zresztą, jeśli będą czytać książkę razem z dzieckiem, też znajdą tu coś dla siebie. A wszystko to przepięknie zilustrowane i bardzo ładnie wydane.

 

W skrócie: znakomita lektura pod choinkę. Idealnie komponująca się z kubkiem gorącej czekolady, z krajobrazem zaśnieżonego świata za oknami i talerzykiem z ciastem (niekoniecznie takim, jakie zaserwowałaby Amelia). Polecam.

 

A Wydawnictwu Literackiemu dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.