Sztorm stulecia – Stephen King

CO ZROBISZ BY PRZETRWAĆ?

 

Stephen King w swojej karierze wydał ponad pięćdziesiąt powieści, napisał około dwustu opowiadań, stworzył także kilka scenariuszy komiksowych, a także filmowych. „Sztorm stulecia” pierwotnie miał być kolejną książką, ostatecznie jednak powstał jako baza dla telewizyjnego miniserialu. Był jednak dla autora na tyle ważny, że zdecydował się ostatecznie opublikować go w wersji książkowej. Teraz, po latach, pozycja ta znów pojawia się wśród nowości, i dobrze, że tak się dzieje, bo to naprawdę znakomita opowieść, którą czyta się dosłownie jednym tchem.

 

Wyspa Little Tall wydaje się spokojnym miejscem, które potrafi dochować sekretów swoich mieszkańców, a tych bynajmniej nie brakuje. Pewnego dnia jednak, kiedy do wybrzeża zbliża się sztorm stulecia, tutejszą społecznością wstrząsa zbrodnia, która staje się początkiem prawdziwego koszmaru. Na wyspie zjawia się tajemniczy Andre Linoge, który brutalnie morduje jedną z mieszkanek i spokojnie zasiada w jej fotelu, czekając na aresztowanie. Trafia do celi, ale to nie koniec kłopotów, jakie wiążą się z jego osobą. Z wiecznym uśmieszkiem na twarzy i przerażającym wyrachowaniem, okazuje się znać wszystkie grzechy mieszkańców, a chociaż nie opuszcza celi, za jego sprawą giną kolejni obywatele Little Tall. Gdy sytuacja staje się coraz trudniejsza, Linoge składa wszystkim propozycję: dadzą mu to, czego chce, coś, czego sam nie może sobie wziąć, a on opuści wyspę. Jeśli nie… Co zrobią przerażeni ludzie, którzy w wyniku sztormu zostali z nimi sami, odcięci od reszty świata?

 

„Sztorm stulecia” nie jest powieścią i to czuć. Inna jest jego forma, bardziej ascetyczna, postacie także są przedstawione w dość pobieżny sposób – zarysowane, tak by aktor mógł sam zinterpretować swoją rolę, niż w pełni opisane. Ale to naprawdę nie przeszkadza. Całość czyta się znakomicie i bardzo szybko. Duża ilość dialogów, lekkie opisy i szybkie tempo gwarantują naprawdę dobą rozrywkę, przy której nie sposób się nudzić. Jak na mistrza horroru przystało, King nie zapomina także o grozie oraz napięciu, których najwięcej jest w pierwszej połowie „Sztormu”. Wyjaśnienia wszystkiego, jak to zwykle u Kinga bywa, nie do końca może przekonują, niemniej nadal jest to świetna opowieść, którą powinni przeczytać wszyscy miłośnicy autora oraz horrorów – ci ceniący sensację i kryminały także nie będą zawiedzeni.

 

Warto też zauważyć, że styl, jakim King posługuje się w tej książce, jest nieco inny od tego, do którego nas przyzwyczaił, ale wcale nie gorszy i pełen charakterystycznych dla niego elementów. I nie chodzi tu tylko o to, że mamy do czynienia ze scenariuszem – spod ręki Króla wyszedł już niejeden tekst tego typu. Autor trochę tu eksperymentuje, szuka właściwego sposobu uchwycenia tego, co siedzi mu w głowie i jest to eksperyment udany. Całość uzupełniają także nawiązania do innych dzieł Kinga (bez tych chyba żadna jego książka nie może się obejść, prawda?), a także dobre wydanie, wzbogacone o czarnobiałe ilustracje – zdjęcia z serialu.

 

Konkluzja jest wiec oczywista: polecam. „Sztorm stulecia” to dobry horror, a także dobra pozycja z dorobku Kinga. Na pewno warta poznania nie tylko przez miłośników jego twórczości. Lektura w sam raz na jedno długie, ponure jesienne popołudnie.

Akame ga Kill! #1 – Takahiro, Tetsuya Tashiro

DOBRZY MORDERCY

 

„Akame ga Kill!” to, kolokwialnie mówiąc, shōnen pełną gębą, zarówno pod względem fabuły, jak i ilustracji. Osadzone w świecie fantasy (a może raczej science fantasy z nutą grozy), jest szybkie, lekkie i bardzo przyjemne w odbiorze. Miłośnicy takich tytułów, jak „Naruto” z pewnością będą zadowoleni i to bardzo.

 

Jest imperialny rok 1024. W kraju nie dzieje się najlepiej, na prowincjach brakuje środków do życia, a jakby tego było mało ludzi atakują często potwory pokroju smoków. Młody Tatsumi opuszcza swoją wioskę by zrobić karierę w mieście i wspomóc jej mieszkańców. Potrafi walczyć, nieźle radzi sobie  wszelkimi bestiami, chce więc zaciągnąć się do wojska, ale nie zamierza marnować czasu na najniższych stanowiskach. Niestety stolica szybko weryfikuje jego poglądy i pokazuje mu, że najczęściej najgorszymi bestiami nie są potwory, a ludzie. Nie dostawszy się do armii, okradziony przez przypadkowo poznaną dziewczynę, która obiecała mu pomóc, przestaje ufać komukolwiek aż trafia na pewną bogatą rodzinę, która oferuje mu tymczasowy dach nad głową i perspektywy na przyszłość. Czyżby życie Tatsumiego zaczęło się wreszcie układać, jak należy? Niestety nie. Nocą posiadłość zaatakowana zostaje przez grupę morderców Night Raid, której ofiarą padają wysokie osobistości. Chłopak jest gotów zginąć w obronie swoich gospodarzy, ale już wkrótce przekonuje się, że także oni kryli niejedną tajemnicę i bynajmniej nie byli tacy, jak się spodziewał. Gdy prawda wychodzi na jaw, Tatsumi dołączą do Night Raid by stać się jednym z… dobrych morderców i pomóc wyzwolić kraj spod złej władzy.

 

„Akame ga Kill!” to naprawdę sympatyczna pozycja dla miłośników opowieści, gdzie bohaterowie dużo walczą, wikłają się w niebezpieczne sytuacje i nawiązują przyjaźnie, które na samym początku nie różnią się niczym od relacji z wrogiem. W trakcie swoich przygód wiele tracą, muszą pogodzić się ze śmiercią bliskich im osób, ale nie zapominają o celu, jaki pchnął ich na ścieżkę, którą właśnie kroczą. To, co widzimy na stronach tej mangi, jak już wspominałem, przypomina bardzo „Naruto”. Design postaci to jedno, ale obie mangi są podobnie krwawe, jeśli chodzi o sceny śmierci, mają też zbliżony klimat i humor. Nie zabrakło również nuty brutalności, połączonej jednocześnie z pewną niewinnością, szczyptą delikatnej erotyki (bohaterki o dużym biuście są skąpo odziane i pełne zaczepnego uroku).

 

Całość utrzymana jest w klimacie science fantasy. Mamy więc świat i ustrój stylizowany na coś z minionych epok, jednocześnie bohaterowie władają różną bronią – od mieczy, przez olbrzymie… nożyczki, po karabiny potrafiące zrównać z ziemią spore połacie terenu. A wszystko to w prostej, ale wciągającej, pełnej dynamicznych walk i szybkiego tempa opowieści. Lubicie shōneny? Chcecie czegoś w stylu „Naruto”? „Akame” to pozycja dla Was. Polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Guardians of the Galaxy (Strażnicy Galaktyki) #4: Strażnicy w rozsypce – Brian Michael Bendis, Nick Bradshaw i inni

NOWI STRAŻNICY GALAKTYKI

 

Po crossoverze z „All-New X-Men” Strażnicy Galaktyki powracają do samodzielnych przygód, ale nie rezygnują z łączenia sił z innymi bohaterami Marvela. Gdy główny skład drużyny zostaje rozbity, tylko Venom, Angela i Captain Marvel będą mogli zażegnać kryzys. Ale to tylko część tego, co czeka na Was w tym znakomitym albumie.

 

Strażnicy Galaktyki. Kosmiczni Avengers. Bliżej im do piratów niż prawdziwych herosów, ale piratów dobrych, bo pomagających potrzebującym, choć nie zawsze przy użyciu konwencjonalnych metod. Ich przywódcą jest Star-Lord, potomek Ziemianki i spartaksjańskego króla, który nienawidzi swojego ojca – z wzajemnością zresztą, a w skład drużyny wchodzą Drax, mordercza bestia stworzona do zabicia Thanosa, córka Thanosa, Gamora, która chce zniszczyć rodzica, pyskaty, skory do walki szop Rocket i drzewo, które potrafi powiedzieć jedynie „Jestem Groot”, ale w tych dwóch słowach zawrzeć całe mnóstwo najróżniejszych znaczeń. Teraz do ekipy, na prośbę Tony’ego Starka, dołącza agent Venom, mając wesprzeć ich w walce z wrogami. Niestety już na samym początku wszystko idzie nie tak, jak powinno. Kiedy Strażnicy są rozdzieleni, ojciec Star-Lorda przypuszcza atak na niego i Rocketa, wystawiając pozostałych członków ekipy ich wrogom. Wszyscy dostają się w niewolę, ich los wydaje się przesądzony, ale na wolności pozostaje agent Venom, a w okolicy pojawia się Captain Marvel. Czy jednak zdołają poradzić sobie z zagrożeniem, z jakim przyjdzie im się zmierzyć?

 

Czwarty tom „Strażników Galaktyki” to naprawdę znakomity album, który nadaje się zarówno dla stałych czytelników tej serii, jak i zupełnie nowych odbiorców. Na tych pierwszych czeka tu kolejna przygoda dziejąca się tuż po świetnym „Procesie Jean Grey”, ci drudzy dostaną dobrą rozrywkową opowieść dziejącą się w kosmosie, do której wprowadzi ich krótka historia wyjaśniająca pochodzenie i losy poszczególnych bohaterów. Jakby tego było mało, dostajemy tu dwa inne komiksy, pozornie niezwiązane z główną treścią, ale stanowiące znakomity do niej dodatek, a także gratkę dla miłośników Marvela.

 

Pierwszym z nich jest debiutancki zeszyt „Captain Marvel” z Carol Danvers w roli tytułowej bohaterki. Drugim fragment 654 numeru „The Amazing Spider-Mana”, w którym znajdziecie genezę agenta Venoma. Oba są udane i ciekawe, choć jakże od siebie różne. Do tego wszystkiego zarówno w nich, jak i w głównej historii pojawiają się także inni herosi Marvela, tacy jak Kapitan Ameryka, Kapitan Brytania, Czarna Wdowa czy Hawkeye. Czy to już koniec? Bynajmniej. W albumie znajdziecie także dodatkowe historie napisane przez poprzednich scenarzystów „Strażników” Dana Abnetta i Andy’ego Lanninga, a w nich opowieść dziejącą się w roku 3014 – linia Marvel Now słynie w końcu z licznych podróży w czasie i zaglądania za kurtynę przyszłości. Całość wieńczy natomiast galeria okładek, szkice, a także tekst tratujący o Captain Marvel.

 

A jak komiks przedstawia się od strony graficznej? Jak zwykle bez zarzutu. Bradshaw (plus wielu innych artystów) wykonał tu solidną robotę, jego kreska nie wyróżnia się wprawdzie niczym szczególnym, ale dobrze pasuje do tej opowieści. Trochę odmiany wprowadzają tu ilustracje Dextera Soya, jednak całość trzyma wyrównany poziom. Miłośnicy serii, jak i komiksów Marvela, będą z całości bardzo zadowoleni. Rozejrzyjcie się więc za tym tytułem wśród nowości, bo zdecydowanie wart jest poznania – i doskonale nadaje się do zaczęcia swojej przygody ze Strażnikami Galaktyki.

Wolverine: Trzy miesiące do śmierci #1 – Paul Cornell, Ryan Stegman, Gerardo Sandoval, David Baldeon

NIE(CH) ŻYJE WOLVERINE

 

Czytelnicy z Wolverine’em żegnali się już nie raz. Zginął w „Days of Future Past”, „Punisher Kills The Marvel Universe” czy „Erze Ultrona”. Zawsze jednak albo jego śmierć dotykała alternatywną wersję herosa, albo też szybko była odwracana. Nawet miniseria „Wolverine: Koniec” w ostatecznym rozrachunku niczego nie zakończyła. Teraz jednak nadszedł czas by najpopularniejszy z marvelowskich X-Menów odszedł z tego świata – i to w wielkim stylu, a odliczanie do tego wydarzenia zaczęło się wraz ze znakomitym albumem „Trzy miesiące do śmierci”.

 

Wolverine zawsze wydawał się niezniszczalny. Urodził się pod koniec XIX wieku, posiadał zdolności regeneracji, które nie pozwalały mu umrzeć, starzał się bardzo powoli… Brał udział w najważniejszych konfliktach, od pierwszej wojny światowej, po zagrożenia dla całego wszechświata. Przeżył chore eksperymenty, przez lata nie pamiętał swoich losów, uzbrojony w pokryty niezniszczalnym metalem szkielet i wysuwane z dłoni pazury, balansował na granicy czystego szaleństwa i normalnego życia. Teraz jednak, w wyniku działania wirusa, stracił swój czynnik gojący i stał się równie śmiertelny, jak wszyscy inni. Starał się zarządzać szkołą Xaviera, brał udział w walkach, pogodził się nawet ze swoim losem, ale teraz podejmuje się próby odnalezienia w obecnej sytuacji. Zaczyna trening, w którym pomaga mu m.in. Czarna Wdowa, spotka przyjaciół, ale w końcu dochodzi do wydarzeń, które sprawią, że dołączy do gangu złoczyńców i ostatecznie stanie oko w oko ze swoim największym wrogiem, Sabertoothem…

 

Event „Śmierć Wolverine’a”, to jedna z bardziej cenionych opowieści o tym bohaterze w ostatnich latach. Razem ze „Staruszkiem Loganem” stał się podstawą dla przecenianego, ale popularnego filmu „Logan”. Zanim jednak będzie nam dane przeczytać koniec losów Rosomaka, w nasze ręce trafia dwutomowe odliczanie, którego pierwsza część pojawiła się właśnie wśród nowości. I trzeba przyznać, że jest to naprawdę dobry komiks, w ciekawy sposób wprowadzający nas do głównej opowieści.

 

Jak na przygody Wolviego przystało, w „Trzech miesiącach do śmierci” dzieje się dużo, akcja nie zwalnia ani na chwilę, zagrożenie można rzec czai się wszędzie. Oczywiście jako, że całość stanowi coś więcej niż tylko kolejną opowieść o tytułowym bohaterze, przez strony albumu przewija się także cała plejada herosów Marvela. Mamy tu zarówno X-Menów, jak i Superior Spider-Mana, a nawet Thora. Rozrywka jakiej dostarcza jest znakomita, a ciąg dalszy zapowiada się równie ciekawie – a może nawet i lepiej. Graficznie także jest przyjemnie. Ilustracje Stegmana (polscy czytelnicy powinni pamiętać go z serii „Superior Spider-Man”) są dość proste, na styku typowych dla Marvela prac z cartoonową kreską, ale pasują do tej historii. Jeśli lubicie X-Men, Wolverine’a albo po prostu dobre komiksy superhero, będziecie zadowoleni. Polecam gorąco.

Murciélago #1 – Yoshimurakana

SEKS & PRZEMOC

 

Nagie, biuściaste, miziające się dziewczyny, wielkie spluwy, szybkie samochody, napakowani przeciwnicy i dużo krwi. A, i nie zapominajmy o czarnym humorze! Tak w skrócie przedstawia się „Murciélago”, nowa seria dla dorosłych od Waneko. Coś w sam raz dla prawdziwych mężczyzn!

 

Główną bohaterką mangi jest Kuroko Koumorii, seryjna morderczyni, która za zabicie 715 osób zostaje skazana na karę śmierci. Ponieważ jednak jej zdolności są imponujące, a ona sama potrafi ukierunkować swoje chore skłonności, rząd decyduje się wykorzystać ją do własnych celów. Od teraz Kuroko masakruje kolejne rzesze wrogów i nie musi martwić się o konsekwencje. Przeciwników nie brakuje, a ona nie tylko potrafi samotnie wykonać robotę, z którą problem miałby cały oddział policji – i to tak, że z przeciwników zostają krwawe strzępki – to jeszcze posiada coś na kształt szóstego zmysłu, który pozwala jej unikać nawet najgorszego zagrożenia. Wraz z pomocą uwielbiającej szybkie samochody Hinako Tozakury, podejmuje się wszelkich misji, jak choćby pokonanie oszalałego zapaśnika, który pod wpływem narkotyków urządza rzeź w mieście, ale też i kłopoty potrafią znaleźć ją same. A kiedy tylko nie zwalcza zła złem, Kuroko molestuje, podrywa i zaciąga do łóżka kolejne dziewczyny, by zaspokoić swój apetyt seksualny.

 

Ta manga to takie męskie, samcze wręcz, ale udane połączenie motywów doskonale znanych z różnych filmów. Podkręcone oczywiście i przepuszczone przez autorski filtr. Czego właściwie tutaj nie mamy! Zaczynając od odniesień do seriali dla dzieci, jak „Inspektor Gadżet”, przez scenę z restauracji zaczerpniętą z „Pulp Fiction”, na staruszku, który porywa wszelkie szumowiny by poddać je testowi w stylu „Piły” – kto przeżyje spotkania z jego pułapkami, odzyska wolność – skończywszy. A wszystko to w towarzystwie dwóch bohaterek – psychopatycznej lesbijki, posiadaczki biustu rozmiaru „I” (gdzie można ukryć wiele ciekawych rzeczy) oraz jej pomocnicy, która też miewa szalone pomysły, ale przede wszystkim rozbraja dziecinnością, słodyczą i niewinnością.

 

Jak się to wszystko czyta? Lekko, dobrze i szybko. Najlepiej wypadają krwawe sceny, z którymi łączy  się czarny humor – Kuroko potrafi przesłuchiwać konającego mężczyznę, który wyciąga do niej kikut ręki, prosząc o pomoc, podczas gdy jego wnętrzności wylewają się wokoło, i jest to zabawne (jakkolwiek nie brzmi to, co piszę). Ale akcja też jest niczego sobie, podobnie jak postacie – szczególnie Hinako.

 

Strona graficzna także jest znakomita. Dość proste przedstawienie bohaterów, szczegółowo ukazane okaleczenia, krew i wnętrzności, znakomicie uchwycone tła i mimika. Co ciekawe scen seksu nie jest tu wiele, a nawet one pozbawione są anatomicznych detali. Erotyka spod szyldu yuri jest więc łagodna, potraktowana często z humorem. Wszystkie powyższe elementy łączą się natomiast w ciekawą mangę, coś dla „prawdziwych” facetów. Lekka, dynamiczna i brutalna zabawa gwarantowana.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Virion: Wyrocznia – Andrzej Ziemiański

NOWY ROZDZIAŁ ACHAI

 

Każda popularna seria, czy to filmowa, książkowa czy komiksowa, musi w pewnym momencie doczekać się spin-offu. Wystarczy, że jej popularność trwa, a tak jest w przypadku „Achai”, rodzimego fantasy, które powstało jako trylogia, by w chwili obecnej liczyć już osiem części – a na tym oczywiście nie koniec. Dlatego też na rynku już za chwilę pojawi się „Virion”, pierwsza część „Imperium Achai”, która przywraca serii klimat znany z pierwszych i zarazem najlepszych tomów.

 

Samobójstwo to nie coś, co się planuje. To kwestia chwili. Niewolnicy pracujący w Kopalni Śmierci częściej giną jednak przypadkiem. Na trasie platformy do transportu kamiennych bloków nie liczy się bowiem człowiek – tych Luan, dzięki toczonym wojnom ma pod dostatkiem – a zadanie do wykonania. Jeśli ktoś nie zdąży uskoczyć przed zjeżdżającym transportem, nikt się tym nie przejmie. Wszyscy więc pilnują się, jak tylko mogą, żeby na czas opuścić tor, ale nie Virion. On czeka, a kiedy nadjeżdża platforma, rzuca się pod jej koła.

Czy tak właśnie skończyło się jego życie? Ta kwestia musi na razie zaczekać. Przenosimy się bowiem w przeszłość, by obserwować początki losów Viriona. Widzimy jak przychodzi na świat w maleńkiej wiosce położonej niedaleko miasta Mygarth, poznajemy jego ojca, właściciela wielu wsi i handlarza niewolników, i wpływ, jaki miało to na naszego bohatera. Dowiadujemy się skąd wzięło się jego imię i w jaki sposób odkrywano zdolności chłopaka. I śledzimy przemianę, jak z dziecka z dobrego domu stał się bezlitosną maszyną do zabijania, która z dwudziestoma straceńcami była w stanie pokonać legion tysiąca doświadczonych weteranów.

 

Cieszę się, że Ziemiański powrócił do starej, dobrej „Achai”. Nie mam nic do „Pomnika…”, bo to także była udana seria, jednak zmiana klimatu nie do końca mnie kupiła. Tymczasem „Virion” wraca do tego, co było na początku. Znów mamy więc mniej lub bardziej czyste fantasy z solidną dawką niewymagającego humoru. Wydarzeń jest mniej, akcja jest więc bardziej spójna i wartka, a całość czyta się po prostu znakomicie.

 

A co jest w „Virionie” najlepszego? Właściwie ciężko wybrać. Akcja jest znakomita, podobnie zresztą jak styl. Nie ma tu zbyt dużych zaskoczeń, to można zaliczyć in minus, podobnie zresztą jak fakt, że Ziemiański stosuje wiele prostych, oczywistych zabiegów. Ale wcale nie przeszkadza to w lekturze. Całość napisana jest lekko, z humorem, ciętością i pewną wulgarnością – czyli to, do czego autor przyzwyczaił nas przez lata. Przede wszystkim jednak jest dobrze pomyślana i tak samo poprowadzona. Jako uzupełnienie „Achai” sprawdza się znakomicie, dobrze też radzi sobie jako samodzielne dzieło, od którego można zacząć przygodę z tym światem. Ja ze swej strony polecam, bo warto jest po „Viriona” sięgnąć – to po prostu dobra książka rozrywkowa.

 

A wydawnictwu Fabryka Słów dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Głód – Graham Masterton

DLA GŁODNYCH MASTERTONA

 

Graham Masterton nie jest mistrzem autorski fabuł. Większość jego najsłynniejszych dzieł to nic innego, jak wariacje na temat dokonań innych autorów – weźmy choćby „Zwierciadło piekieł” będące horrorową interpretacją „Alicji po drugiej stronie lustra” czy „Drapieżców”, którzy byli powieściowym rozwinięciem opowiadania „Sny w domu wiedźmy” H. P. Lovecrafta. Nie inaczej jest z „Głodem”, stanowiącym nic innego, jak mastertonowską wersję „Bastionu” Stephena Kinga, krwawszą, brutalniejszą i mocno erotyczną. Ale mimo tak wyraźnej inspiracji kultowym przecież dziełem, „Głód” to całkiem udane postapo, które spodoba się miłośnikom gatunku i, oczywiście, twórczości brytyjskiego autora.

 

W USA dochodzi do największej klęski w dziejach tego kraju. Zaczyna gnić wszelkie zboże, drzewa owocowe, warzywa… Tajemnicza plaga niszczy wszelką tego typu żywność i nikt nie ma pojęcia co ją wywołuje ani tym bardziej jak można temu zaradzić. Farmer Ed Hardesty, który do tej pory żył przecież właśnie z plonów, stara się przetrwać w tym nowym nie tylko dla niego świecie i zrozumieć, co się właściwie dzieje. Jednak jego zaangażowanie doprowadza do ogólnokrajowej paniki, kiedy ostatecznie okazuje się, że skażona jest żywność w puszkach i zapasy zboża w całym kraju…

 

Kiedy przed laty po raz pierwszy miałem styczność z „Głodem”, nie byłem szczególnie zachwycony tą powieścią. Dlaczego? Choć klimatyczny, pomysł był przecież wtórny, aż nazbyt kojarzący się ze wspomnianym „Bastionem”, na dodatek w rozwiązaniu kilku wątków zabrakło odpowiedniej dozy logiki: czemu ludzie wpadają w aż taką panikę kiedy psują się plony, skoro nie brak im innej żywności? dlaczego zakończenie sprawia wrażenie nieprzemyślanego? Jednakże po latach (i po wielu różnych powieściach z gatunku postapo) mogę śmiało powiedzieć, że to tytuł, po który mimo wszystko warto sięgnąć. Dlaczego?

 

Zacznijmy od samego klimatu. Coraz trudniej o książki, które miałyby tak przemawiającą do wyobraźni wizję, nawet jeśli ta ma wiele minusów. Masterton zdołał jednak stworzyć coś intrygującego, brudnego i nastrojowego. Nawet kiedy przesadza ze scenami seksu, któremu bliżej do pornograficznego wyżycia się nastolatka niż erotyki, robi to z talentem. Podobnie rzecz ma się z dosadną brutalnością. „Głód” jest krwawy, jest drastyczny, opisy są naturalistyczne, autor, jak i przy scenach seksu, nie stroni od najdrobniejszych szczegółów. Ale taki już jest jego urok – można to kochać, można nienawidzić, ja Mastertona lubię i zawsze chętnie sięgam po jego powieści. Pisze przecież znakomicie, lekko, przyjemnie i sposób, który przemawia do wyobraźni.

 

Kto więc lubi autora, po „Głód” powinien sięgnąć koniecznie, tak samo jak miłośnicy postapo. Bo mimo pewnych wpadek, jest to niezła powieść, lepsza od tak chwalonych dzieł, jak „Metro 2033” Glukhovsky’ego czy „Obrońca” G.X. Todd. I chce się do niej wrócić. Dlatego polecam.

 

A wydawnictwu Replika dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Shiki #1 – Fuyumi Ono, Ryu Fujisaki

WIEŚ OTOCZONA ŚMIERCIĄ

 

Jeśli miałbym krótko scharakteryzować „Shiki”, powiedziałbym, że jest to prosta, typowa fabularnie, ale bardzo klimatyczna opowieść grozy. Taka, którą czyta się szybko, z przyjemnością i ochotą na więcej. I z ochotą poleca miłośnikom lekkich, niezobowiązujących komiksowych horrorów.

 

Lato roku 199X było wyjątkowo upalne, jednak dla mieszkańców górskiej wioski Sotoba, liczącej zaledwie 1300 mieszkańców i otoczonej z trzech stron lasami, temperatura miała okazać się najmniejszym z problemów. Kiedy okoliczny mnich znajduje w jednym z domów troje martwych osób, o całej sprawie robi się głośno. W końcu dwie z nich były rozczłonkowane. Ktoś ich zabił? Policja uspokaja, że zmarli z przyczyn naturalnych, a jedynie dzikie zwierzęta rozwlekły ich ciała, jednak nie wszystko jest takie, jakim się wydaje.

Tymczasem do opuszczonej, stylizowanej na europejski zamek posiadłości, która góruje na Sotobą, wprowadza się rodzina Kirishiki. Megumi Shimizu, licealistka, która dość ma tej wiochy i zamierza jak najszybciej wyjechać do wielkiego miasta i zrobić karierę, póki co włóczy się po okolicy, narzeka… aż zapuszcza się na teren posiadłości właśnie. Nagle czuje na sobie czyjś wzrok, spotyka Kirishikich i… W jej poszukiwania angażuje się wielu mieszkańców wsi. Kiedy w końcu nastolatka się znajduje, wszystko wskazuje na to, że spadała ze wzniesienia. Do tego badania wykazują, że cierpi na anemię. Ale to pozory. Megumi wkrótce umiera, a jej zgon staje się początkiem epidemii, jaka nawiedza ten zakątek Japonii. Co takiego dzieje się w Sotobie? Kim jest rodzina Kirishiki? I jakie tajemnice skrywa wieś otoczona przez śmierć?

 

„Shiki” (termin ten oznacza demoniczne zwłoki i jest użyty przez jednego z bohaterów, pisarza zresztą) to horror, który debiutował niemal dwadzieścia lat temu w formie light novel. Kiedy książki zostały wznowione, wkrótce zostały zaadaptowane jako manga, a potem anime. I właśnie komiksowa wersja tej historii trafiła niedawno na polski rynek i, jak wspominałem to już na początku, jest to opowieść udana i ciekawa. Bardzo klasyczna, jeśli chodzi o treść i poprowadzenie akcji, ale posiadająca znakomity klimat. Nie brakuje w niej także humoru, a na tym polu pies jednej z bohaterek po prostu deklasuje konkurencję!

 

Ważniejsze jednak są elementy grozy, a te nie zawodzą. Pełne kłębiących się czerwi zwłoki o martwym spojrzeniu, mroczne sylwetki pojawiające się nagle, równie mroczne domostwo górujące nad okolicą, niby zamek Draculi, wreszcie przepastne lasy, które złowieszczo otulają wieś. Wszystko to wygląda znakomicie (spora w tym zasługa przerobienia autentycznych zdjęć na rysunki, co dodaje całości realizmu) i świetnie spełnia swoją rolę. Mangę ogląda się z dużą przyjemnością, z dużą przyjemnością także się ją czyta. „Shiki” to po prostu kolejny dobry horror z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ja ze swej strony polecam i czekam na kolejny tom.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tokyo Ghoul:re #1 – Sui Ishida

GHULE WRACAJĄ

 

„Tokyo Ghoul; re” to zupełnie nowy rozdział w opowieści o ghulach i agentach BSG. Chociaż stanowi bezpośrednią kontynuację pierwszej serii tej historii, jednocześnie rożni się od niej klimatem i opowiada praktycznie o zupełnie nowych postaciach (tak to uproszczę, żeby nie zdradzać zbyt wiele). Ale to nadal stare, dobre „TG”, które całkiem sporo dopowiada do wcześniejszych przygód, jednocześnie zadając niemało nowych, intrygujących pytań.

 

Ghule to stworzenia, które żyją obok ludzi, jednak przedstawiciele naszej rasy są dla nich nie sojusznikami, a pokarmem. Oczywiście nie wszyscy mają takie podejście do tej kwestii, jednak zagrożenie jest duże, dlatego też powstała organizacje do walki z nimi – BSG. Teraz w jej ramach utworzony zostaje oddział Quinx, którego członkowie są w połowie ghulami. Wyposażeni w broń quinque, władający kagune, są najlepszą linią obrony w obecnych czasach. To oni także zajmują się między innymi poszukiwaniem tego, co pozostało z Aogiri, a należący do drużyny młody inspektor Haise Sasaki stara się za wszelką cenę udowodnić swoją wartość, jednocześnie usiłując pomóc swoim nierozważnym ludziom. A przecież nie brakuje im także wyzwań – w Tokio grasuje niezwykle potężny ghul nazywany mianem Torso, a jednocześnie pojawia się także tajemniczy „Wąż”, przeciwnik, który także morduje ghuli. Dlaczego to robi? Jakie powody kryją się za tym, że członkowie Quinx także walczą z przedstawicielami własnej rasy? Co z bohaterami, którzy przetrwali atak na Anteiku? I czy Kaneki powróci?

 

Po mocno otwartym finale pierwszej serii „Tokyo Ghula” sięgnięcie po ciąg dalszy było niemałym zaskoczeniem. Przez czas dzielący dwa zaledwie tomy zmieniło się tak wiele, że „re” wydaje się być już zupełnie inną opowieścią osadzoną w tym samym świecie. Rebootem całości, może spinn-offem. Na nowo opowiada o tym czym są ghule i BSG, historię przedstawia z perspektywy nowych bohaterów, jednocześnie jednak kontynuuje całą opowieść. Powracają wątki, postacie w pewnym stopniu także. Po wyładowanych akcją ostatnich tomach, nadszedł czas na spokojniejszą fabułę, gdzie więcej jest rozmów niż walk, ale wszystko to jest ciekawe. I chociaż pewnego zwrotu akcji, który powinien mnie zaskoczyć, spodziewałem się od samego początku, bawiłem się przy lekturze znakomicie.

 

Szata graficzna „Tokyo Ghoul: re” nie uległa jakiejś szczególnej zmianie. Jedynie design postaci wydaje się nieco odświeżony, ale to dobrze. Ilustracje w serii były znakomite wcześniej, nie potrzeba było więc nic z nimi robić. Warto jednak zauważyć, że w odróżnieniu od pierwszej serii, w tej mamy kolorowe strony, które wypadają naprawdę przyjemnie dla oka i stanowią miły dodatek.

 

Podsumowując, każdy, kto czytał „Tokyo Ghoul” i dobrze się przy tym bawił, koniecznie powinien poznać także jego ciąg dalszy. Seria trzyma poziom, rozwija się w ciekawą stronę i dostarcza porcji wrażeń. Polecam.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Tokyo Ghoul #14 – Sui Ishida

OSTATECZNA ROZGRYWKA

 

Wreszcie nadszedł wielki finał „Tokyo Ghoula”. I jak na taką okazję przystało, zakończenie opowieści to jedna wielka, epicka wręcz walka, w której życie traci wielu głównych bohaterów naszej opowieści. I chociaż nie wszystkie wątki zostają wyjaśnione (mam nadzieję, że zajmie się nimi „Tokyo Ghoul: re”, całość znakomicie wieńczy udaną serię.

 

BSG rozpoczęło akcję wyeliminowania „Sowy” i zajęcia się ghulami z Anteiku – teraz akcja ta wchodzi w kluczową fazę. Kaneki nie zamierza zostawić przyjaciół na pastwę losu i wkracza do akcji, jednak na jego drodze staje sam Amon. Ponieważ żaden z nich nie zmierza ustąpić, zaczyna się walka na śmierć i życie, do której włączają się kolejni funkcjonariusze. To oczywiście nie jedyne starcie tego pojedynku. Walka z „Sową” trwa, a kolejni agenci są w coraz gorszym stanie. Okaleczani, zabijani… Także ghule nie mają się najlepiej, a maskarad trwa. Kto zginie, a kto przeżyje? Jaką cenę przyjdzie zapłacić bohaterom za zwycięstwo i czy zwycięstwo którejś ze stron jest możliwe? Pytań przybywa, podobnie jak ofiar, a Kaneki ostatecznie staje do pojedynku z Arimą. Pojedynku, który nie może skończyć się dobrze…

 

Półmrok, lejący się z nieba deszcz i tryskająca krew, której towarzyszą odcięte fragmenty ciał – w takiej scenerii, w kanałach i między budynkami rozgrywa się finał „Tkoyo Ghoula”. Finał znakomity, depresyjny i bardzo dynamiczny. Podobnie, jak to było w poprzednim tomie, tak i tutaj, od początku do końca mamy jedną wielką walkę. Ofiar zarówno po stronie BSG, jak i ghuli nie brakuje, i tym razem nie są to mało znaczący bohaterowie. Ginie wiele głównych postaci, los mnóstwa pozostaje nieznany, a na wiele pytań nie otrzymujemy odpowiedzi. Czy przepadły one wraz z osobami, które mogły nam na nie odpowiedzieć? To pokaże dopiero „Tokyo Ghoul: re”, ale po takim zakończeniu pierwszej serii, jest na co czekać – choć przyznam się szczerze, że w śmierć pewnego bohatera ciężko mi uwierzyć i jestem pewien, że powróci do akcji. Ale nawet jeśli pod tym względem „re” mnie nie zaskoczy, nadal liczę na dobrą zabawę.

 

Graficznie czternasty tom „Tokyo Ghoul” prezentuje się jak poprzednie. Jest mroczny, realistyczny – dużą w tym zasługa komputera i zdjęć wykorzystywanych w tle – i przyjemny dla oka. Rysunki trochę zmieniły się w tracie całej serii, ale na pewno nie na gorsze, a spoglądając na ogół tego tytułu z perspektywy tych czternastu tomów, mogę powiedzieć jedno – warto było spędzić ten czas w tym świecie. Dlatego też polecam „TG” Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.