Kajko i Kokosz – Nowe przygody #2: Łamignat Straszliwy – Tomasz Samojlik, Sławomir Kiełbus, Piotr Bednarczyk, Maciej Kur

KAJKO I KOKOSZ POWRACAJĄ… ZNÓW

 

Żyjemy w czasach, kiedy powracanie do kultowych tytułów stało się normą. Ludzie przecież lubią to, co już znają – widzimy to doskonale choćby w kinie, gdzie co i rusz pojawiają się kolejne sequele, remake’i i rebooty tytułów popularnych przed laty. W świecie komiksowym wygląda to nieco inaczej, skoro serie ciągną się latami, ale czasem zdarzają się wyjątki, a jednym z nich jest „Kajko i Kokosz: Nowe przygody”. Pierwszy album, który wydawał się być jednorazowym eksperymentem, okazał się bardzo przyjemną ciekawostką dla miłośników dzieła Christy. Drugi podtrzymuje to wrażenie i udowadnia, że nawet teraz, choć świat zmienił się tak bardzo, można zrobić dobry komiks w starym stylu – nie zapominając przy tym o współczesnych elementach.

 

„Łamignat straszliwy” to, podobnie jak poprzedni tom, zbiór krótkich historyjek ze świata Christy. W pierwszej z nich „Słoń, a sprawa zbójecka”, przywódca Zbójcerzy Hegemon chce być jak dawni wielcy przywódcy i posiadać słonia. Jego podwładni rozpoczynają poszukiwania, nie mając pojęcia jak owo zwierzę wygląda i… ile może przynieść problemów.

W drugiej i zarazem tytułowej, Łamignat zostaje wynajęty do porwania Emotki, córki pewnego człowieka. Dziewczyna bowiem zazdrości uprowadzonej przyjaciółce i też chciałaby tego doświadczyć. Zatrudniony przez ojca niewiasty bandyta pod nieobecność żony musi znieść towarzystwo nastolatki oraz wszystkiego, co się z tym wiąże…

W „Instytucie badań smoków” natomiast z tytułowej placówki do Mirmiłowa przybywa uczony by zbadać Milusia. Kiedy Kajko dowiaduje się, że alchemicy słyną z zabijania i wykorzystywania wszelkich elementów ciała smoka do swoich badań, postanawia nie dopuścić przybysza do pupila. Tymczasem wokół wioski dzieją się dziwne rzeczy.

Na sam koniec czytelników czeka „Pojedynek”. Do wioski z wizytą przybywa Wojmił, brat Mirmiła. Nie robi tego jednak bezinteresownie – chce odzyskać pamiątkę po ojca: puchar, którego Mirmił nie zamierza oddać. Zaczyna się braterska walka…

 

Jak wspomniałem na początku, pierwszy tom tej serii uznałem za jednorazowy eksperyment. Hołd dla cyklu, dodatek i ciekawostkę, ale nic poza tym. Dobrze jednak, że na tym się nie skończyło, bo krótkie historyjki stworzone przez Kura, Kiełbusa, Bednarczyka i Samojlika mają swój urok i autentycznie czyta się je bardzo przyjemnie. Oczywiście nie jest to to samo, co tworzył Christa, ale nie o to przecież chodzi by kopiować to, co już było. Poszczególni autorzy (wśród nich króluje Kur, który napisał scenariusze do trzech opowiadań) zrobili Kajka i Kokosza po swojemu, ale z szacunkiem do oryginału i wyszło im to naprawdę dobrze.

 

Podobnie jest też pod względem graficznym. Styl Christy najlepiej oddał Kiełbus, choć oczywiście to, co zaprezentował jest bardziej nowoczesne. Pozostali narysowali swoje komiksy w typowy dla siebie sposób, ale wcale nie gorzej. Po prostu inaczej, czy ktoś jednak wyobraża sobie Samojlika kopiującego klasyczne ilustracje?

 

Jako całość, „Łamignat straszliwy” wypada naprawdę dobrze. To wprawdzie tylko zbiór czterech krótkich i zabawnych komiksów, ale potrafi poprawić humor i dostarcza dobrej zabawy młodszym i starszym. Polecam nie tylko fanom „Kajka i Kokosza”.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii – Luc Parthoens, Thierry Culliford, Alain Maury

SMERF ZŁODZIEJ

 

Najnowszy tom „Smerfów”, który właśnie ukazał się na polskim rynku, to ciąga dalszy albumów tworzonych przez kontynuatorów spuścizny Peyo. Różni się więc nieco od dokonań belgijskiego scenarzysty i rysownika, ale jednocześnie zachowuje wszystko to, co w serii najlepsze. Są więc przygody, niebezpieczeństwa, morał, przesłanie, humor i bardzo dużo dobrej zabawy.

 

Nadeszła wiosna i w Wiosce Smerfów zaczynają się wielkie przygotowania do święta wiosny. Kucharz i Łasuch zajmują się ciastami (każdy oczywiście na swój sposób), Osiłek i Smerfetka powtarzają role Rymea i Smerfulii, Pracuś i Ciamajda szykują dekoracje, a Ważniak ze Zgrywusem, który musiał do niego dołączyć za karę za swoje żarty, wyruszają do lasu po rosnące przy Brodzie Wesołego Smerfowania wodne pałki. Niestety ich przedłużająca nieobecność zaczyna niepokoić Papę Smerfa. I słusznie! Zgrysus w wyniku kolejnego żartu uderza się głową i traci przytomność. Ważniak stara się go zabrać w mniej widoczne miejsce, bowiem nad brodem ciągle bywają ludzie, ale niestety jest już na to za późno. Nieprzytomny Smerf wpada w ręce wędrownego kuglarza Ademara oraz jego pomocnika Ciżemki, a małe niebieskie stworzonka nie wiedzą gdzie ich szukać. Kuglarz szybko zaczyna wykorzystywać Zgrywusa do zarabiania pieniędzy, ale jeden z widzów podsuwa mu nowy pomysł – czemu nie zmusić stworka by kradł dla nich kosztowności? Zgywus zostaje więc smerfnym złodziejem i wydaje się, że nie ma najmniejszych szans na odmianę losu. Tymczasem Smerfy wyruszają z pomocą w pełną niebezpieczeństw misję. W mieście bowiem są nie tylko ludzie, ale także i odwieczny wróg niebieskich skrzatów, Gargamel…

 

„Smefowanie biżuterii” to kolejny dobry tom stworzony przez kontynuatorów spuścizny Peyo. Zabawny, pełen przygód, ciekawie poprowadzony i oczywiście oferujący morał. Zło zostaje ukarane, dobro zwyciężą, a na wszystkich, którzy postępowali właściwie czeka nagroda. A wszystko to w towarzystwie małych, niebieskich stworków, które wychowały już niejedno pokolenie czytelników i widzów i jeszcze nie jedno wychowają.

 

Co najbardziej cieszy w komiksach kontynuujących serię Peyo? Przede wszystkim to, że kontynuatorzy, w tym syn artysty, postanowili trzymać się ścieżek wytyczonych przez autora i być wierni klasyce. Także pod względem rysunków i koloru. W czasach, kiedy wszystko uwspółcześnia się najbardziej, jak to możliwe, takie podejście do historii naprawdę warto docenić. Szczególnie, że jednocześnie twórcom wyszło to w naprawdę dobry sposób, który zadowoli miłośników Smerfów – tych młodszych, jak i starszych. Jeśli lubicie małe, niebieskie stworki, będziecie zadowoleni, dlatego też polecam „Smerfowanie biżuterii” (jak i pozostałem tomy) Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Szkolne Życie! #5 – Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

RATUNEK CZY KATASTROFA

 

To dopiero piąty tom „Szkolnego życia!”, nieco ponad połowa dotychczas wydanych, chociaż seria wciąż się ukazuje, a już dotarliśmy do momentu, gdzie wszystko zaczyna się zmieniać. Pytanie na lepsze czy na gorsze? Jedno jest pewne – zabawna z tą mangą nadal jest znakomita i z każdym tomem staje się tylko lepsza.

 

Wiemy już, że dziewczyny, które żyją w murach prywatnego liceum nie są jedynymi ocalałymi z zagłady zombie, ale co to właściwie dla nich oznacza? Jeden z listów, które sukcesywnie wysyłały drogą balonową w świat, dotarł do pewnych ludzi – a właściwie przedstawicieli wojska. Nastolatki nie są tego świadome, ale kiedy one „bawią się” w szkolne radio, zbliża się do nich śmigłowiec z żołnierzami na pokładzie! Jakie jednak będą zamiary uzbrojonych przybyszów? Nadciąga ratunek czy kolejna katastrofa?

Wyniku wypadku, do jakiego dochodzi na terenie szkoły, dziewczyny zostają rozdzielone. Yuki i Rii uciekając przed pożarem, ukrywają się w bunkrze. Los Mii i Kurumiś nie jest znany, ale wszystko wskazuje na to, że nawet jeśli nie zabił ich ogień, zrobiły to żywe trupy, które się do nich zbliżały. Czy w obliczu takiej tragedii ocalałe nastolatki zdołają się podźwignąć i walczyć o jutro? I jak poradzi sobie Yuki, kiedy to jej przyjdzie samotnie stawić czoła zombie?

 

Akcja w tym tomie zaczyna się właściwie już po kilkunastu stornach i do samego końca, który przynosi dość dużą zmianę w życiu bohaterek, praktycznie nie zwalnia. Nawet kiedy nic pozornie się  nie dzieje, a bohaterki siedzą pogrążone w rozpaczy, jest w tych scenach wiele emocji i siły. Na szczęście pozostają też stałe dla serii elementy, jak słodycz bohaterek (tu oczywiście rządzi Yuki!) czy krwawe sceny grozy. A wszystko to poplątane z typowym szkolnym życiem i tajemnicami, na które chyba nieprędko dostaniemy odpowiedzi.

 

Całość natomiast została zilustrowana w bardzo przyjemny dla oka sposób. Urocze bohaterki, realistyczne ukazanie zombie, odpowiednio mroczne scenerie i pewna wesołość składają się na ciekawy efekt końcowy. Miłośnikom serii kolejnego tomu oczywiście polecać nie muszę, ale jeśli lubicie takie nietypowe opowieści grozy, a nie znacie „Szkolnego życia!”, polecam tą serię Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Grzech pierworodny – Jason Aaron, Ed Brubaker, Mark Waid, Mike Deodato, Jim Cheung, Javier Pulido, Paco Medina

WHO WATCH THE WATCHER

 

Można by sądzić, że najnowszy event wydany w serii Marvel Now! będzie nieznaczącą, pośrednią opowieścią – w końcu zaczęte jeszcze przed „Nieskończonością” wydarzenia prowadzące bezpośrednio do „Tajnych wojen”, które na zawsze odmienią losy uniwersum, wciąż trwają – jednak „Grzech pierworodny” jest czymś o wiele więcej, niż się wydaje. Jak się jednak okazuje to nie tylko rewelacyjna opowieść dla miłośników Marvela, ale także chyba najlepsza z dotychczas wydanych historii tego typu. Świetnie pomyślana, znakomicie zilustrowana, odmienia status quo wielu bohaterów i ujawnia sekrety skrywane przez nich od dekad.

 

Kim jest Watcher? Jedna z najbardziej tajemniczych istot w uniwersum Marvela od dawna obserwuje wszystkie najważniejsze wydarzenia z naszego świata i nie tylko, ale nie angażuje się w nie. Wie jednak wszystko o wszystkich, zna każdą tajemnicę każdego z superbohaterów, a co więcej widział też rzeczy, o jakich nawet oni sami nie mają pojęcia, chociaż te mogą odmienić ich życia na zawsze. A raczej znał – teraz bowiem zostaje zamordowany, a zabójca zabiera ze sobą jego oczy. Thor, Nick Fury, Czarna Wdowa, Kapitan Ameryka, Iron Man i Wolverine przybywają na miejsce zbadać sprawę. Do śledztwa przyłączają się kolejni superbohaterowie, w tym Punisher, ale wszystko wskazuje na to, że zbrodni dokonał któryś z herosów. Kto mógł to zrobić? I dlaczego? Badając kolejne tropy, bohaterowie trafiają w sam środek szaleństwa, kiedy posiadający jedno z oczu Watchera Orb używa go do wyjawienia sekretów, które ci skrywają. Wydarzenie to odmienia wszystko, ale stanowi ono zaledwie początek…

 

„Grzech pierworodny” to historia oparta na schemacie, w którym właściwie nikt nie może ufać nikomu. A wręcz jeszcze gorzej – jak się przekona jeden z bohaterów, czasem nie można także ani odrobinę ufać samemu sobie. Wszystko to prowadzi jednak do poznania sekretów zarówno bohaterów, jak i Watchera. W przypadku tych pierwszych czeka nas wiele nowości, o czym mogliśmy już się przekonać, czytając choćby „Amazing Spider-Man: Szczęście Parkera”, gdzie główny bohater dowiaduje się o istnieniu dziewczyny ugryzionej przez tego samego pająka co on, oraz „Avengers: Wieczni Avengers” – tu Kapitan Ameryka dowiaduje się, że Iluminaci wymazali mu pamięć, a to dopiero początek. Co się tyczy samego Watchera, w końcu dowiadujemy się wielu rzeczy o nim, czy jednak wszystkich, będzie musieli przekonać się, sięgając po „Grzech pierworodny”. Po latach to nie on w końcu obserwuje nas, a my jego – i jest to satysfakcjonujące doświadczenie; choć jak się okazuje to nie jego tajemnice są tu najważniejsze. A wszystko to w epickiej, pełnej rozmachu opowieści autentycznie potrafiącej zachwycić.

 

Znakomita jest także strona graficzna „Grzechu”. Realistyczna, szczegółowa kreska i stonowana kolorystyka prezentują się naprawdę znakomicie, a plenery prezentujące miasto z lotu ptaka potrafią zachwycić. Mike Deodato Jr, główny rysownik tej opowieści, nie raz pokazał już co potrafi, ale ten album jest jedną z jego najlepszych prac. Aż szkoda, że ilustracje nie pozostały czarnobiałe, autor bowiem świetnie operuje cieniami i kolor, choć udany, nie jest w stanie dać takiego efektu, jak miałyby surowe prace.

 

Jednakże i tak siłą tej opowieści jest przede wszystkim jej scenariusz. Jason Aaron, choć jego prace prezentowały najróżniejszy poziom, tym razem nie zawodzi, a stworzona przez niego opowieść jest nie tylko znakomita, ale i wywiera olbrzymi wpływ na uniwersum Marvela. Jeśli jesteście miłośnikami komiksów z tego wydawnictwa, „Grzech pierworodny” to absolutne musisz-to-przeczytać. Polecam bardzo gorąco.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Hummusy i pasty – Konrad Budzyk

DO KANAPEK I NIE TYLKO

 

Kuchnia wegetariańska, że już o wegańskiej nie wspomnę, nie jest dla mnie. Nie czuję tego, nie przemawia do mnie, a jak widzę w sklepach produkty typu „parówki wegańskie”, których skład aż przeraża, zastanawiam się jak wiele w tym wszystkim hipokryzji – bo w to, że taka dieta zapewnia pełnię wartości odżywczych już dawno nie wierzę (widziałem zbyt wielu wegan, którzy wyglądem przeczyli temu wszystkiemu). Czemu wiec sięgnąłem po książkę napisaną przez blogera niestosującego produktów odzwierzęcych? Cóż, moja lepsza połowa świetnie gotuje, chętnie poznaje nowe rzeczy, a pasty i hummusy całkiem dobrze mogą smakować same, jak i (a może przede wszystkim) jako dodatek do kanapek z wędliną. A co mogę powiedzieć o samej książce?

 

Zacznijmy może od jej zawartości. Na ponad 200 stronach znalazło się 76 przepisów na pasty i hummusy z różnych składników. Ciecierzyca, czosnek, sezam i oliwa to jedynie prosta podstawa, składników, których można użyć jest całe mnóstwo. Oliwki, fasola, dynia, orzechy (jest też przepis na masło orzechowe, choć ten wydaje się być tu zbędny, skoro rzecz tak prostą każdy mógłby zrobić sam bez podobnych instrukcji), kasza, awokado, soja, papryka, buraki, koper, mak, szpinak, bakłażan… Wymieniać można by bardzo długo. Liczy się efekt końcowy i prostota wykonania poszczególnych „dań”. Dodatkowo znalazło się tu nieco miejsca na wegańskie pasztety oraz sosy i im podobne.

 

O samych daniach nie mogę wiele powiedzieć – przekonam się, kiedy ich spróbuję, ale kilka z nich zdecydowanie wygląda smakowicie. Choćby taki smalczyk (sic!) z fasoli czy ogólnie wszelkie pasty fasolowe. Jest też kilka takich, które wydają się strzałem w kolano – majonez z wody spod ciecierzycy (oczywiście bez jajeczny) to niestety dobry na to przykład, tak samo jak wszędobylska soja, której nie znoszę. Ale tak czy inaczej, hummusy i tego typu pasty wydają się być dobrą (i kolorową!) alternatywą dla nudnych kanapek. Czyś w sam raz na podróż czy na piknik. Wprawdzie przygotowywanie całości potrafi trwać bardzo długo (moczenie ziaren jednak wymaga czasu), ale przyrządzenie danej pasty z gotowych już składników to kwestia kilku minut. Trzeba przyznać, że jak na człowieka, który wcześniej nie potrafił ugotować niczego poza schabowym książka wyszła całkiem udana.

 

Tu warto wspomnieć kilka słów także o samym wydaniu. Każdy przepis został przedstawiony na oddzielnej stronie, towarzyszy mu pełnoformatowe zdjęcie gotowego dania i tabelka wartości odżywczych. Porady i składniki zostały podane przejrzyście, wszystko podzielono na rozdziały, autor napisał trochę o samych pastach i hummusach, o sobie także nie zapomniał. Szkoda tylko trochę, że książka nie zyskała nieco twardszej okładki, ale całość, jak widać powyżej, edytorsko przedstawia się naprawdę dobrze, więc nie mam powodów do narzekań.

 

Jeśli więc lubicie gotować, chcecie lepiej poznać świat past w wegańskim wykonaniu albo po prostu doświadczyć czegoś nowego, myślę, że będziecie zadowoleni. Wprawdzie mnie autor nie przekonał do odrzucenia mięsa, ale do kilku swoich przepisów już tak. Dlatego też polecam niniejszą pozycję miłośnikom kulinariów.

 

A wydawnictwu Znak Literanova dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szkolne życie! #4 – Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou

STUDIA CZY PRACA

 

To życiowe pytanie musi paść w każdej mandze typu szkolne życie (no prawie każdej, ale nie bądźmy drobiazgowi). Wybór dalszej drogi zawsze jest ważny, a w społeczeństwie takim, jak to japońskie, chyba bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Jaki ma jednak sens zastanawianie się czy wybrać studia czy pracę, kiedy świat przeżył apokalipsę, a niedobitki ludzkości mają większe zmartwienia? Przekonajcie się sięgając po czwarty tom „Szkolnego życia!”.

 

Od kiedy uczennice prywatnego liceum Megurikaoka dowiedziały się o istnieniu szkolnego bunkra minęło zaledwie kilka chwil, a już spotkała ich pierwsza tragedia. Kurumiś została ugryziona przez zmobie-Megunię, a to oznacza, że sama zmieni się w żywego trupa. Czy dziewczyny będą w stanie zabić własną przyjaciółkę, kiedy ta wreszcie ulegnie przemianie? A może jednak da się ją jeszcze uratować? Tajemnicza teczka mówiła coś o lekarstwie, a to znajduje się przecież w bunkrze. Miki decyduje się wyruszyć po nie samotnie, ale czy ma jakieś szanse? I co jeszcze znajduje się w bunkrze?

Obecna sytuacja skłania dziewczyny do rozmyślań zarówno nad przeszłością, jak i przyszłością. Co właściwie powinny zrobić w najbliższym czasie? Szkoła się kończy – ta trwająca w umyśle Yuki. Nie oznacza to jednak, że nie trzeba podejmować ważnych decyzji. Ktoś przecież może kryć się gdzieś tam, nastolatki nie są w końcu jedynymi ocalałymi. Poza tym liceum nie jest w stanie wiecznie ich chronić i zapewniać niezbędnych rzeczy…

 

Ten tom zapowiada sporą zmianę w życiu bohaterek. Nie chodzi tu oczywiście o problem co zrobić po opuszczeniu szkoły, ale o to, co już wkrótce może dotrzeć do ukrywających się przed żywymi trupami nastolatek, a co za tym idzie jakie to będzie miało wpływ na całą obecną sytuację. Czy dowiemy się co właściwie się stało? Czy przekonamy się jak wygląda życie w innych rejonach? A może już nie ma na nic nadziei i pozostaje jedynie żyć z dnia na dzień?

 

„Szkolne życie!” zaczęło się dość niepozornie, ale z każdym kolejnym tomem opowieść nie tylko nabiera tempa i przedstawia coraz bardziej dramatyczne wydarzenia, ale także – a może przede wszystkim – stawia pytania, które intrygują. Fabuła coraz bardziej przypomina „Resident Evil”, co wspominałem już przy okazji poprzedniego tomu, ale jest to jeden z jej plusów. Twórcy nie zapomnieli także o początkowej słodyczy i lekko erotyzującej nucie, a na dodatek całość czyta się bardzo szybko i ogląda z dużą przyjemnością.

 

Jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego, ale mrocznego horroru postapo, „Szkolne życie!” to pozycja dla Was. Szczególnie jeśli macie kilkanaście lat i należycie do męskiej części odbiorców. Chociaż nie tylko, ja nadal bawię się znakomicie. Dlatego polecam tytuł Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sword Art Online #15 – Alicyzacja: Inwazja – Reki Kawahara, abec

JEDNA Z NAJSŁYNNIEJSZYCH LIGHT NOVEL

 

Fenomen light novel nie jest dla mnie do końca zrozumiały. Bo, że mamy do czynienia z fenomenem trudno jest zaprzeczyć – rocznie sprzedaje się ich przecież blisko 80 milionów egzemplarzy (oczywiście mowa tu tylko o rynku japońskim). W końcu to tylko lekkie, nieskomplikowane powieści ilustrowane, które wydają się być przeznaczone dla dość wąskiej grupy odbiorców – ich treść i wykonanie przypominają bardziej książki rozbudowujące uniwersa filmowe czy growe (choćby „Gwiezdne Wojny”) niż cokolwiek innego. Z liczbami jednak nie ma się co sprzeczać, gatunek zdobył popularność, a „Sword Art Online” to zdecydowanie jeden z jego największych hitów. Co ma do zaoferowania?

 

Zacznijmy może od tego o czym właściwie opowiada niniejsza seria. Jej bohaterem jest nastoletni Kirito, miłośnik gier komputerowych, który trafia do świata wirtualnej gry Sword Art Online. Tam, oczywiście, czekają na niego przygody, niebezpieczeństwa etc. W najnowszym, piętnastym już tomie, Kirito po ostatnich wydarzeniach skończył z uszkodzoną psychiką, przykuty na dodatek do wózka, i wraz z Alice skrył się w wiosce Ruild. Ale w tym świecie na spokój nikt nie może liczyć, szczególnie że nadciąga inwazja…

 

Seria powieści light novel „Sword Art Online” zaczęła się ukazywać w 2009 i nie przestała po dziś dzień. Szybko zdobyła popularność, po zaledwie półtora roku doczekała się mangowej adaptacji,  potem kolejnych komiksów a wreszcie także i dwóch sezonów anime. Sięgając po najnowszy, piętnasty tom tej historii, nie mogę wprawdzie w pełni ocenić serii – przyznam, że nie do końca potrafiłem odnaleźć się w samej treści – ale mimo wszystko spróbuję.

 

Dzieło Rekiego Kawahary to lekkie, dynamiczne i szybkie w odbiorze science fantasy oparte na podobnym schemacie, co „Jumanji”. Bohater uwięziony w grze musi dokończyć rozgrywkę by odzyskać wolność. Największym plusem całości jest lekkość stylu i przystępność opowieści. Co ważne dzieje się w niej dużo, na nudę nie ma więc czasu, a rozmachem „Sword Art Online” przypomina nieco hollywoodzkie hity. I chociaż nie będę należał do miłośników light novel, „SAO” to całkiem niezły przedstawiciel tej odmiany literatury, przeznaczony dla młodzieży.

 

Jeśli należycie do tej konkretnej grupy wiekowej i lubicie podobne tematy, będziecie dobrze się bawić. Szczególnie, że całość oferuje naprawdę solidną porcję czytania, mile dla oka zilustrowaną i ładnie wydaną. Miłośnicy fantastycznych light novel będą zadowoleni.

 

Tytuł można kupić tutaj:

Hej, Jędrek! Szukasz guza? – Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak

MIŁOŚĆ, DIETA I INNE NIESZCZĘŚCIA

 

Piąty tom serii „Hej, Jędrek” nie zawodzi. Jeśli czytaliście poprzednie części i dobrze się przy nich bawiliście (a dało się inaczej?), także i teraz będziecie zachwyceni. A jeśli nie znacie jeszcze psotnego dziesięciolatka, cóż, nadróbcie jak najszybciej ten błąd, bo czy macie lat 7 czy 70, przygody Jędrka dostarczą Wam mnóstwa znakomitej, poprawiającej humor zabawy, która młodych czegoś nauczy, a starszym zapewni powrót do dziecięcych lat, pozwalający choć na chwilę oderwać się od codziennych trosk.

 

Jędrek ma dziesięć lat i jest chłopcem cierpiącym na nadmiar energii i pomysłów, które nie pozwalają się nudzić nikomu. Posiada starszą siostrę, pieszczotliwie zwaną Wyjcem (antybohaterkę tworzonych przez niego komiksów), ojca mechanika, mamę zajmującą się tropieniem „wszelkich ściemniaczy, złodziei i innych bandytów”, a także dwóch przyjaciół – Witka i Grubego. Czasem w ich gronie pojawia się inteligentna koleżanka Karola, czasem wrogowie w postaci szkolnych prześladowców Siwego i Karka. I to właśnie ci dwaj ostatni sprawiają, że Jędrek wpada na kolejny genialny pomysł. Kiedy bowiem zaczynają gonić jego i jego przyjaciół, okazuje się, że Gruby jest za gruby, żeby uciekać. Dlatego też nasz bohater postanawia go odchudzić, co niestety okazuje się wyzwaniem o wiele większym niż mógł się spodziewać. Z czego, jak z czego, ale z jedzenia kolega nie zamierza rezygnować w najmniejszym stopniu, a sama sugestia, by ograniczył nieco spożycie tego i owego potrafi go zranić. Jak zatem poradzić sobie  tym kłopotem? Wkrótce pojawia się kolejny problem do rozwiązania. Wyjec znajduje sobie chłopaka! Że jak, że co?! Jak ktoś mógłby ją chcieć i w ogóle po co? Jędrek postanawia przeprowadzić w tej sprawie śledztwo!

 

Rafał Skarżycki i Tomasz Lew Leśniak, autorzy takich komiksów jak seria „Jeż Jerzy” czy „Tymek i Mistrz”, tworząc „Jędrka” zdecydowali się na zabieg połączenia książki z komiksem. Treści i ilustracji jest tutaj mniej więcej tyle samo, do tego obie te formy uzupełniają się wzajemnie, tworząc nierozerwalną całość. Nie jest to może zabieg szczególnie odkrywczy, w końcu inne serie dla dzieci także łączyły w sobie literaturę i komiks, ale nadal na tyle świeży, by nie było w nim nic wtórnego. Co ważniejsze jednak autorzy wykorzystali go w znakomitym stylu, lepszym nawet niż „Zapiski Luzaka”, tworząc wprost wspaniała lekturę.

 

Fabularnie „Jędrek” jest ciekawy, akcja pędzi na złamanie karku, ciągle coś się dzieje, a humor wylewa się prawie z każdej strony. Pod względem stylu całość napisana jest prosto, ale nie infantylnie, tekst nie jest więc pusty, ale pochłania się go bardzo szybko i z wielką przyjemnością. Do tego dochodzi jeszcze znakomita szata graficzna – przeurocze, cartoonowe ilustracje, doskonale oddające klimat książki i zachwycające absolutnie genialną mimiką bohaterów (dodatkowe ukłony należą się Leśniakowi za podobizny znanych twórców na czwartej stronie okładki, Baranowski to prawdziwe mistrzostwo! Brawa!). W skrócie, znakomita lektura dla każdego. I nie ważne czy czytaliście poprzednie tomy, czy też nie, bo ich znajomość nie jest potrzebna do tego, by cieszyć się „Szukasz guza?”. Dlatego też polecam Wam gorąco tą część – jak i wszystkie pozostałe.

 

A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Drzewo kłamstw – Frances Hardinge

KŁAMSTWO MA DŁUGIE PNĄCZA

 

Drzewo, które karmi się kłamstwami? Kiedy przeczytałem ten fragment opisu fabuły niniejszej książki, nie byłem zainteresowany. Zobaczcie jak to brzmi – jak z taniego horroru, który zresztą tematyką roślin także zajmował się niejednokrotnie. Czemu więc ostatecznie sięgnąłem po dzieło Frances Hardinge? Bo cała reszta wydawała się ciekawa, a zdobyta przez tytuł nagroda, nawet jeśli nie należy do czołówki literackich wyróżnień, o czymś przecież świadczy. I nie żałuję, bo „Drzewo kłamstw” to naprawdę udana lektura, o wiele ciekawsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

 

Główną bohaterką powieści jest czternastoletnia Faith, dobrze ułożona panienka, która wbrew temu co się o niej myśli, nie jest wcale tak grzeczna i głupia, jak niektórzy by chcieli. Kiedy ją poznajemy wraz z rodziną przybija do wyspy Vane, która stać ma się ich nowym domem. Anglię opuścili w pospiechu, oficjalnie z powodu wykopalisk, które ma prowadzić jej ojciec, będący zarazem pastorem. Niestety, prawda wygląda inaczej – ojciec został oskarżony o sfałszowanie swoich wcześniejszych odkryć, chociaż nikt nigdy nie miał wątpliwości co do ich prawdziwości, w tym najważniejsi uczeni, a jego wyjazd to nic innego, jak ucieczka przed koniecznością odniesienia się do zarzutów. Wyspa Vane ma być więc nowym początkiem, na co liczy też Faith, która ma dość bycia traktowana przez ojca, jako coś o wiele mniej wartościowego, niż eksponaty i dokumenty, jakie ze sobą zabrał. Niestety pewnego dnia pastor zostaje znaleziony martwy. Wszystko wskazuje na to, że popełnił samobójstwo, jednak okoliczności pozwalają zinterpretować jego śmierć jako tragiczny wypadek. Faith jest innego zdania, ale co może zrobić młoda panienka? Co najwyżej działać na własną rękę. Podejrzewając, ze ojciec został zamordowany, dziewczyna zaczyna sama szukać śladów. Szybko trafia na coś, co wydaje się absurdalnym żartem, ale może mieć w sobie o wiele więcej prawdy, niż ktokolwiek byłby skłonny uważać. Na opowieść o drzewie mendacity, pochodzącej z Chin roślinie, która według opowieści żywi się kłamstwami, dając za ich sprawą niezwykłe owoce. Opowieść mającą bardzo wiele wspólnego z prawdą i obecnymi wydarzeniami…

 

Nie jest to może zbyt trafne porównanie, bo podobieństwa między owymi dziełami są bardzo powierzchowne, ale lektura „Drzewa kłamstw” kojarzyła mi się z filmem „Sklepik z horrorami” oraz serią cyfrowych opowiadań Stephena Kinga składających się na nieukończoną powieść „The Plant”. Oczywiście są to skojarzenia bardzo, bardzo luźne, ale miłośnicy horrorów z pewnością dobrze poczują się w towarzystwie tej książki. Czy to znaczy, że mamy do czynienia z powieścią grozy? Nie do końca. To bardziej utrzymany w wiktoriańskich klimatach thriller fantasy niż cokolwiek innego, ale nie zmienia to przyjemności płynącej z lektury, a ta jest o wiele większa niż można by sądzić po tak infantylnie brzmiącym pomyśle i fakcie, że mamy do czynienia z literaturą młodzieżową.

 

Oczywiście nie mówię, że „Drzewo” jest powieścią wybitną. To po prostu dobra pozycja rozrywkowa i nic więcej, ale, jak na swoją kategorię wiekową, dojrzała i naprawdę przyzwoicie napisana. Styl nie jest naiwnie prosty, bohaterowie są przekonujący, a zagadka ciekawa. Sama roślina także ma swój urok i wcale nie wydaje się być nie na miejscu. W skrócie udana lektura dla młodszych i starszych, pokazująca, że kłamstwo ma nie tylko krótkie nogi, ale także i długie pnącza sięgające bardzo daleko.

 

Na koniec dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Szkolne życie! #3 – Chiba Sadoru, Kaihou Norimitsu (Nitroplus)

KLASA SIĘ ROZRASTA

 

Bez czego nie może obejść się manga typu szkolne życie? Oczywiście bez zawodów sportowych! (między innymi, ale na więcej przyjdzie pewnie jeszcze czas) Dlatego też teraz Yuki i jej koleżanki stają do zmagań, które same organizują, ale spokojnie. „Szkolne życie!” nie uległo zmianie, nadal są tu żywe trupy, zagrożenie i tajemnice – oraz wszędobylska słodycz – a na horyzoncie pojawiają się fakty stawiające wszystko na głowie!

 

W poprzednim tomie dziewczyny wyruszyły do miasta po zakupy. W szkolnym sklepiku zaczynało brakować produktów, a one, mimo niebezpieczeństw, musiały zdobyć niezbędne rzeczy. Z tej wyprawy powróciły jednak z nową towarzyszką niedoli, choć wydawało się, że nikt poza nimi – przynajmniej w tej okolicy – nie został przy życiu. Teraz wracają do szkoły wraz z Naoki Miki, która musi odnaleźć się w ich świecie. Dziewczyna nie zamierza zostawać tutaj zbyt długo, nie chce też dostosowywać się do panujących w szkole zasad, dlatego też postanawia zrobić wszystko, by uświadomić Yuki, że rzeczywistość, w której ta żyje, jest jedynie jej wymysłem. Czy jednak szczerość i uczucia, jakie wyzwala dziewczyna mogą sprawić, że porzuci swoje starania?

Jakby tego było mało, grzebiąc w bibliotece, Miki znajduje pewną teczkę, która wywraca wszystko do góry nogami. Zawarte w niej informacje są szokiem dla nastolatek, ale dają też nadzieję na poprawę ich życia. Dowiadują się bowiem o istnieniu szkolnego bunkra, który zawiera nie tylko żywność, ale także i leki. Czy to jednak jedyne co będzie tam na nie czekać?

 

Im dalej wchodzę w świat „Szkolnego życia!”, tym bardziej cała historia zaczyna przypominać mi „Residen Evil”. I nie jest to wcale jej minus – powiedziałby, że wręcz przeciwnie. Przybywa zagadek, pojawiają się nowe, ciekawe kwestie, więcej jest też grozy (a nawet krwi) oraz emocji. Przybycie nowej postaci odświeża nieco relacje panujące w grupie i pozwala nam inaczej spojrzeć na wiele rzeczy. Do tego dochodzi szybka akcja, dużo uroku i słodyczy i znakomita szata graficzna.

 

Chociaż tytuł „Szkolne życie!” jest tu użyty dość żartobliwie, autorzy nie zapominają o elementach charakterystycznych dla gatunku, z którym go kojarzymy. Wspomniane już zawody sportowe (że tak szumnie je nazwę) zajmują wprawdzie kilka stron i nie mają wiele wspólnego z tym, z czym się kojarzą, ale dobrze pasują do całej historii, w której to, co zwyczajne, miesza się z posatpokaliptycznym horrorem o zombie w bardzo przyjemny sposób.

 

Od strony graficznej, „Szkolne życie!” wygląda znakomicie. Słodkie, wielkookie, na wskroś mangowe można by rzec bohaterki w szkolnych mundurkach (narysowane tak, by spodobały się męskiej części czytelników – w końcu które uczennice chodzą w podwiązkach?), realistycznie przedstawiony świat i mroczne, krwawe sceny grozy sąsiadują ze sobą i dobrze się wzajemnie uzupełniają.

 

Brzmi ciekawie? I tak też jest, jeśli więc lubicie podobne klimaty, będziecie zadowoleni. Mi się podobało, chociaż nie jestem miłośnikiem zombie.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.